środa, 7 czerwca 2017

Chcieliśmy dobrze...

Ech, jak łatwo coś u nas zepsuć. A jeśli już nie zepsuć, to przynajmniej mocno wypaczyć ideę. Niby wszyscy chcą dobrze, teoretycznie wszystko się zgadza i nie powinno być w zasięgu wzroku żadnego malkontenta, który kręciłby nosem i marudził pod nosem. I tutaj wchodzę ja...

Dwa przykłady, które dzieli niemal równe pół roku.

I

Mój okoliczny ośrodek kultury prowadzony przez wysokiej klasy... ok, nie napiszę tego słowa, ale tak samo nazywa się wybitny włoski bramkarz,,, co roku organizuje na rynku spotkanie ze św. Mikołajem. Rzecz jasna najbardziej zainteresowani są najmłodsi, dzieciaki, które przebierają nogami, by zdążyć na rynek na godzinę 16, bo "będzie Mikołaj!" 

Oczywiście około godziny 16 w centrum grudnia najczęściej jest zimno, wietrznie, może z nieba nawet sypie obrzydliwa mieszanina śniegu z deszczem. Wszyscy marzną, tupią, zacierają ręce. Dzieciaki się niecierpliwią. Rodzice z trudem znajdują usprawiedliwienie dla spóźniającego się Mikołaja.

A Mikołaj się spóźnia, bo od godziny 16 muszą przemówić do zebranych lokalni prominenci, muszą zostać wręczone nagrody dla zasłużonych wolontariuszy, muszą zaśpiewać dwa lub trzy chóry. Wszystko to trwa i trwa. Jest coraz ciemniej, coraz zimniej. 

Po godzinie Mikołaj w końcu się ukazuje i robi swoje... No, ale godzinę trzeba była poczekać. I sami rozumiecie, że to wcale nie chodzi o te nieszczęsne (ale najwidoczniej komuś do szczęścia potrzebne) okoliczności towarzyszące. Ci notable, te drętwe przemówienia i żarty, nawet te chóry mają swoją rację bytu, ale niech na litość boską, pojawi się konkretna informacja, o której konkretnie będzie ta największa atrakcja, by nikt, kto nie musi, nie czekał w przenikliwym mrozie.

Gdy z podobną sugestią zgłosiłem się do organizatorów tej imprezy (ok, trochę nakrzyczałem przez Internet), usłyszałem, że się nie znam, jestem niewychowany itd. Cóż...

II

Promocja czytelnictwa w szkole mojego Synka. Czytania trzeba uczyć i przyzwyczajać do kontaktu z książką. No wiem, że to banał, ale dzieciom w podstawówce koniecznie trzeba skojarzyć czytanie z przyjemnością, z radością, zabawą.

Stąd tez szkoła podstawowa zorganizowała ogromne czytanie książek na wolnym powietrzu. Na promenadzie wzdłuż brzegu jeziora naszego. Brzmi fajnie? Ok, to też można spartolić.

Sproszono dzieciaki z okolicznych szkół. Nagłośniono wszystko odpowiednio. Każdy miał się przebrać za ulubionego bohatera książki. Synek przebieranek nie lubi, a i trudno było mu znaleźć ulubioną książkę. ("Ta dla dzidziusiów." "Ta nie, bo nie." "Tej nie lubiłem." 'Tu nie ma się za kogo przebrać") W końcu stanęło na "Dzieciach z Bullerbyn" i na postaci dentysty. Przebranie było dość umowne. W ręce rekwizyt - wędka, na końcu której kołysał się tekturowy ząb. I voila!

Synek idzie i wraca ze skwaszoną miną.

- Jak było?

- Nuda. Głupio.

- Dlaczego?

- Bo tylko staliśmy. Godzinę staliśmy na tej promenadzie. Tyle czasu się ustawialiśmy równo.

- A co dalej?

- Potem szedł ktoś z kamerą i musieliśmy udawać, że czytamy te książki, które przynieśliśmy.

Czujecie? Tyle w kwestii promocji czytania... No i dzieci żal, które de facto wykorzystano, by promować - nie książki, ale raczej szkołę. No i żeby jakiś jeden z drugim nauczyciel mógł sobie coś do papierów spektakularnego wpisać.

2 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o Mikołaja, to nie mogą powiedzieć, o której godzinie on się pojawi, bo wtedy nikt nie przyszedłby słuchać głupich przemówień.
    Pozoracja to jedna z cech polskiej mentalności. Było tak i jest. chciałbym wierzyć, że kiedyś będzie inaczej, ale jestem niewierzący.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie o te głupie przemówienia chodzi. Kogo one z czekających za Mikołaja obchodzą? I nie wiem, czy to cecha tylko polskiej mentalności. To chyba uniwersalna potrzeba "tych, co na górze", by ugrać swoje przy pomocy innych.

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.