wtorek, 13 czerwca 2017

Tam gruz

Zdecydowaliśmy się na remont pokoju dzieci naszych i już od tygodnia walczymy na niepewnych wodach tego zadania. 

Zaczęło się dobrze - wyrzuciłem przez okno piec kaflowy. Pod oknem stał kontener, okno otwarte, a ja te wszystkie kafle, cegły i inne bryły posyłałem pięknym łukiem (i hukiem) do tegoż kontenera. Wiem, zawsze znajdą się tacy, którzy napiszą, że żal pieca lub że trzeba było kafle ładnie skuć i sprzedać gdzieś, ale ja Wam powiem tak: guzik prawda. Gdy piec nieużywany od dekad całych stoi w miejscu, w którym postawić by można szafę dla dzieciaków, to się nie zastanawiam długo. Piec precz!

W demontażu pomagał mi mocno Synek. Rzadko zdarza mu się okazja, by coś bezkarnie zdemolować, więc wyżył się za wszystkie czasy. Tłukł młotkiem i przecinakiem, aż miło. 

I tak w ciągu czterech godzin żeśmy bez strat w ludziach pieca się pozbyli. Brudni byliśmy jak nieboskie stworzenia, pełno sadzy w nosie, pełno pyłu w uszach. Zadowolenie jednak ogromne i duma, że hej. Cóż, łatwiej pewnie piec rozwalić niż zbudować...



W remoncie tkwimy dalej. A to sufit pomalować, a to ściany wygipsować, a to szafę zdemontować. Sporo tego, a ja powoli osuwam się w przepaść histerii - ile jeszcze niespodzianek kryje ten jeden pokój w ponadstuletnim domu? Jak bardzo krzywe okażą się ściany? Ile razy trzeba będzie... I tak dalej...

Znam ludzi realizujących się doskonale w czasie wszelkich metamorfoz przestrzeni. Ludzie tacy całą zimę układają plany, by wiosną zdekomponować wszystko i złożyć na nowo. Nigdy nie są tak szczęśliwi jak w chwilach chaosu, z którego wynurza się nowy ład. 

A ja? Mam tak głęboko zakodowaną obawę przed remontami (i wszelkimi zmianami pewnie też), że aż mi wstyd. Już jako dziecko niemal ryczałem, gdy rodzice zabierali się za remontowanie. Chorowałem całymi dniami, gdy tapetowali, malowali, przenosili meble z pokoju do pokoju. I nic mnie nie mogło uspokoić - ani wizja ładniejszego pokoju, ani ojcowska ręka, która "prosiła", bym nie wariował. Nic. 

Gdy opowiadał o tym Żonie, zdiagnozowała u mnie jakiś delikatny objaw autyzmu. Może, może... Pociesza nie fakt, że jak na razie mężnie stawiam odpór moim fobiom. Na razie...

środa, 7 czerwca 2017

Chcieliśmy dobrze...

Ech, jak łatwo coś u nas zepsuć. A jeśli już nie zepsuć, to przynajmniej mocno wypaczyć ideę. Niby wszyscy chcą dobrze, teoretycznie wszystko się zgadza i nie powinno być w zasięgu wzroku żadnego malkontenta, który kręciłby nosem i marudził pod nosem. I tutaj wchodzę ja...

Dwa przykłady, które dzieli niemal równe pół roku.

I

Mój okoliczny ośrodek kultury prowadzony przez wysokiej klasy... ok, nie napiszę tego słowa, ale tak samo nazywa się wybitny włoski bramkarz,,, co roku organizuje na rynku spotkanie ze św. Mikołajem. Rzecz jasna najbardziej zainteresowani są najmłodsi, dzieciaki, które przebierają nogami, by zdążyć na rynek na godzinę 16, bo "będzie Mikołaj!" 

Oczywiście około godziny 16 w centrum grudnia najczęściej jest zimno, wietrznie, może z nieba nawet sypie obrzydliwa mieszanina śniegu z deszczem. Wszyscy marzną, tupią, zacierają ręce. Dzieciaki się niecierpliwią. Rodzice z trudem znajdują usprawiedliwienie dla spóźniającego się Mikołaja.

A Mikołaj się spóźnia, bo od godziny 16 muszą przemówić do zebranych lokalni prominenci, muszą zostać wręczone nagrody dla zasłużonych wolontariuszy, muszą zaśpiewać dwa lub trzy chóry. Wszystko to trwa i trwa. Jest coraz ciemniej, coraz zimniej. 

Po godzinie Mikołaj w końcu się ukazuje i robi swoje... No, ale godzinę trzeba była poczekać. I sami rozumiecie, że to wcale nie chodzi o te nieszczęsne (ale najwidoczniej komuś do szczęścia potrzebne) okoliczności towarzyszące. Ci notable, te drętwe przemówienia i żarty, nawet te chóry mają swoją rację bytu, ale niech na litość boską, pojawi się konkretna informacja, o której konkretnie będzie ta największa atrakcja, by nikt, kto nie musi, nie czekał w przenikliwym mrozie.

Gdy z podobną sugestią zgłosiłem się do organizatorów tej imprezy (ok, trochę nakrzyczałem przez Internet), usłyszałem, że się nie znam, jestem niewychowany itd. Cóż...

II

Promocja czytelnictwa w szkole mojego Synka. Czytania trzeba uczyć i przyzwyczajać do kontaktu z książką. No wiem, że to banał, ale dzieciom w podstawówce koniecznie trzeba skojarzyć czytanie z przyjemnością, z radością, zabawą.

Stąd tez szkoła podstawowa zorganizowała ogromne czytanie książek na wolnym powietrzu. Na promenadzie wzdłuż brzegu jeziora naszego. Brzmi fajnie? Ok, to też można spartolić.

Sproszono dzieciaki z okolicznych szkół. Nagłośniono wszystko odpowiednio. Każdy miał się przebrać za ulubionego bohatera książki. Synek przebieranek nie lubi, a i trudno było mu znaleźć ulubioną książkę. ("Ta dla dzidziusiów." "Ta nie, bo nie." "Tej nie lubiłem." 'Tu nie ma się za kogo przebrać") W końcu stanęło na "Dzieciach z Bullerbyn" i na postaci dentysty. Przebranie było dość umowne. W ręce rekwizyt - wędka, na końcu której kołysał się tekturowy ząb. I voila!

Synek idzie i wraca ze skwaszoną miną.

- Jak było?

- Nuda. Głupio.

- Dlaczego?

- Bo tylko staliśmy. Godzinę staliśmy na tej promenadzie. Tyle czasu się ustawialiśmy równo.

- A co dalej?

- Potem szedł ktoś z kamerą i musieliśmy udawać, że czytamy te książki, które przynieśliśmy.

Czujecie? Tyle w kwestii promocji czytania... No i dzieci żal, które de facto wykorzystano, by promować - nie książki, ale raczej szkołę. No i żeby jakiś jeden z drugim nauczyciel mógł sobie coś do papierów spektakularnego wpisać.

niedziela, 4 czerwca 2017

Wykrakałem chyba

No własnie... Ja tu wczoraj o kryzysach za miedzą, a tu...

Budzę się, a tu w radio info o kolejnym "incydencie" w Wielkiej Brytanii. Słowo "incydent" to oczywiście chora nowomowa, która nie pozwala nazywać wprost zagrożenia, by nie daj Boże nie urazić wyznawców pewnej religii lub by nie siać paniki wśród zwykłych ludzi. (Tak, jakby wyznawcy pewnej religii nie byli wystarczająco źli, a zwykli ludzie nie byli wystarczająco przestraszeni...)

Niedziela, więc do kościoła. Msza dziecięca i te autentycznie wzruszające mnie piosenki małych (i nieco większych) dzieci, które z prawdziwą pasją i żarem śpiewają o najzwyklejszych rzeczach - o Bogu, o niebie i dobrych ludziach, Matce Boskiej... Morda mi się śmieje, gdy stoję blisko ołtarza i widzę tę radość. 

Synek za rok komunia (wiem, wiem, ten czas tak szybko leci...), więc odebraliśmy dziś dzienniczek dziecka pierwszokomunijnego - broszurkę, która rozmiarami przypomina indeks studencki i ma pełno rubryczek do uzupełnienia. Cóż, będziemy walczyć, by się wszystko ładnie uzupełniło, a ja może w ciągu najbliższego roku namówię jeszcze Synka do tego, by został ministrantem. Ktoś te rodzinne tradycje kontynuować musi, bo i ja ministrantem byłem, i chrzestny Synka też do mszy służył. 

Nie ukrywam też, że przydałoby mu się towarzystwo dobrych kolegów, bo obecność mniej sympatycznych chłopaków musi znosić w swojej klasie w szkole. Tak, tu jest problem, ale nie na dzisiejszy wpis. 

Spokój dziś. Nieco pracy (recenzje, recenzje...), goście, gra w piłkę w dusznej atmosferze parującego w słońcu deszczu, za dużo kawy. Taka niedziela. Zwykły dzień. Typowy wpis bez pointy większej. Rozkręcę się od poniedziałku.

sobota, 3 czerwca 2017

"Niech na całym świecie wojna..."

Wróciłem do domu, czyli do bloga życiowego. Do miejsca początku. Wyszedłem z Facebooka, na którym tylko sporadycznie się pojawiam w celach, powiedzmy, zawodowych. Jakieś tam tam proste komunikaty, wezwania, informacje.

Za dużo mnie kosztuje śledzenie wszystkich i każdego, kogo kiedykolwiek "polubiłem." Za dużo nerwów tracę, czytając o świecie, o jego patologiach, o tym całym złu, które, dzięki Bogu, nie dotknęło ani mnie, ani moich bliskich, ani Polski, ale panoszy się z lewej i prawej strony naszego kraju. Za dużo spokoju wewnętrznego zgubiłem, użerając się z ludźmi, w których żyłach płynie inna grupa krwi. Nie, nie żal mi wcale a wcale straconych przypadkowych "znajomych."

Ja się wypisałem. 

Zmieniłem też tytuł bloga - kiedyś "Maszyna do pisania", dziś cytat z Wyspiańskiego.

Dziennikarza z "Wesela" zwykło się negatywnie oceniać. Cytuję za pierwszym lepszym internetowym opracowaniem: "Dziennikarz okazuje się więc być ignorantem, człowiekiem o dość ciasnych horyzontach, egoistycznie patrzącym na swoją warstwę społeczną i traktującym wieś jedynie jako miejsce odpoczynku od spraw poważnych, czyli miejskich."

Ja natomiast widzę w Dziennikarzu tęsknotę za spokojem, ładem, odpoczynkiem, błogosławionym łacińskim otia post negotia. Tak to widzę. I dlatego też zmieniam optykę tego bloga - niech się na całym świecie pali i wali, ja mam swój mały ogródek, który staram się pielęgnować. Dzieci, pracę, książki, muzykę, pamięć, miasteczko...

Mój wszechświat najlepiej opisał w XVIII wieku William Blake:

A każda przestrzeń
którą widzi człowiek dookoła domu,
kiedy stoi na swym dachu
albo w sadzie na pagórku
trzy metry wzniesionym,
taka przestrzeń jest jego wszechświatem.
Sprawy małe. Przyjemności. Migotliwe wrażenia. Strzępy rozmów. Zanoty. W sumie powrót do przeszłości, ale bardziej świadomie skupiam się na swojej przestrzeni, bo ta za miedzą w ogóle mi nie odpowiada. Wołam, by się zmieniła, opamiętała, a ona nie odpowiada...

Tak więc witajcie ponownie! Nie wiem, ilu Was tu jeszcze jest. Kto ocalał po tylu latach? Ilu ma cierpliwość do dłuższych postów i komentarzy? Kto nie zatonął w serwisach społecznościowych? 

Wybaczcie ten chaotyczny post po całych miesiącach milczenia. Postaram się znowu włączyć nadawanie. Czuwajcie!