sobota, 3 września 2016

Jest tu jeszcze ktoś?

Jak pewnie wiecie, pisałem kiedyś dziennik. Nie blog, ale taki zwykły papierowy dziennik, w którym sobie spisywałem spotykające mnie dzień po dniu przypadki. Miałem wtedy dobry czas, przynajmniej tak się wydawało. Byłem młody, dostałem się na studia, zdobyłem paru kumpli, którzy skutecznie słodzili trudy edukacji uniwersyteckiej.

Ostatnio kolejny raz porządkowałem papiery. Chwyciłem dziennik (jeden z tomów) i zacząłem czytać. Na co liczyłem? Czy jak Marcel Proust odtwarzający przeszłość ze smaku i zapachu ciastka cofnę się w czasie? Czy zapiski z tamtych dni pozwolą zapomnieć o udrękach teraźniejszości?

No jak myślicie?

Gdzie tam! Nie udało się. Nie udało. Wiodłem życie do bólu nudne, przewidywalne, pozbawione jakichkolwiek większych niespodzianej, ekscytacji, emocji. Nawet katastrofy miłosne brzmią teraz jakoś tak w "drewniany" sposób. Kolejny raz się przekonałem, że nie ma powrotu. No nie ma.

A może coś innego się stało? Dlaczego tak ciepło myślę o przeszłości? Czyżby chodziło o coś innego? Chyba tak.

Od kiedy piszę tego bloga (zaniedbywanego szalenie)... No właśnie. Każda notka miała mieć jakąś pointę, wstęp, zawiązanie akcji, zakończenie. Chciałem zaciekawiać, bawić, wzruszać. Chciałem być bardziej uważny, lepiej widzieć i słyszeć otoczenie, by destylować z niego to, co istotne na różne sposoby. 

A więc kolejny raz okazuje się, że fikcja lub moderowane fakty są duże lepsze niż rzeczywistość. Dużo lepsze. A to, co myślimy o naszej przeszłości, jest ciekawsze niż to, jaką ona była naprawdę.

Tak więc podczytuję sobie swoje posty z kilku poprzednich lat i mogę przysiąc, że moje życie było duże atrakcyjniejsze, gdy okrzepłem jako ojciec, mąż i pracownik (nuda, co?) niż wtedy, gdy pławiłem się w beztroskiej młodości i imprezowałem. Dlaczego tak było? Bo uważne patrzenie na własne życie i na otoczenie sprawia, że wszystko jest zabawniejsze.

Dziwne, co?

Dziwne, ale prawdziwe.

Witajcie po przerwie. 

7 komentarzy:

  1. moje dzienniki pewnie też by były takie; szkoda, że te szczeniackie spaliłam;
    tych obecnych nie czytam, boję się, a nuż rzeczywiście musiałabym nieźle podkolorować, żeby nie usnąć...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.