poniedziałek, 5 września 2016

Kiedyś Pan Jezus...

Kiedyś Pan Jezus chodził po świecie...

Tak, każdy nieszczęśnik, wdowa, sierota, dziad proszalny, baba pielgrzymkowa, inwalida, każdego podejrzewano onegdaj o bycie Panem Jezusem i przegnać takiego, a groszem nie wspomóc, to grzech śmiertelny był. 

Przepędzenie nieszczęśnika groziło karą natychmiastową. Niebiosa otwierały się i na złego człowieka deszcz kar spadał. A to go piorun strzelił, a to w kamień się obrócił... 

Kultura ludowa zna masę podobnych scenariuszy. 

A dziś rano dzwoni dzwonek. Czekam na listonosza, bo miał mi książkę przynieść. Otwieram, a tam starsza pani. Ubrana byle jak, z naręczem reklamówek, w wieku mojej mamy. Nieco zmęczona życiem, posiwiała.

- Miałby pan parę złotych na jedzenie? Jakieś drobne. Miałby pan...

Westchnąłem i mówię, żeby poczekała.

Znalazłem w portfelu trochę konkretnych drobnych (banknotów nie miałem) i dałem kobiecinie. Podziękowała.

- Życzę panu zdrowia - mówi - Nic innego nie mam.

- Dziękuję - odpowiadam - przyda się, bo idę dziś do lekarza.

Zapomniałem potem w sumie o tej kobiecie, bo i do szkoły musiałem jechać, a po szkole do Poznania (40 km), by się zarejestrować  do onkologa i na tomografię. Nie chciało mi się. No nie chciało mi się i już, ale co zrobić...

Pomyślałem, nie licząc na za dużo, że może zadzwonię i uda się zarejestrować bez męczącej jazdy i stania w korkach w samym Poznaniu. Dzwonię. Po dwóch próbach... udało się. I zważywszy na kondycję naszej służby zdrowia, sprawa zakrawa na malutki cud.

Wprawdzie termin mam za trzy miesiące, ale darowanym uśmiechom opatrzności w zęby się nie zagląda, prawda?

sobota, 3 września 2016

Jest tu jeszcze ktoś?

Jak pewnie wiecie, pisałem kiedyś dziennik. Nie blog, ale taki zwykły papierowy dziennik, w którym sobie spisywałem spotykające mnie dzień po dniu przypadki. Miałem wtedy dobry czas, przynajmniej tak się wydawało. Byłem młody, dostałem się na studia, zdobyłem paru kumpli, którzy skutecznie słodzili trudy edukacji uniwersyteckiej.

Ostatnio kolejny raz porządkowałem papiery. Chwyciłem dziennik (jeden z tomów) i zacząłem czytać. Na co liczyłem? Czy jak Marcel Proust odtwarzający przeszłość ze smaku i zapachu ciastka cofnę się w czasie? Czy zapiski z tamtych dni pozwolą zapomnieć o udrękach teraźniejszości?

No jak myślicie?

Gdzie tam! Nie udało się. Nie udało. Wiodłem życie do bólu nudne, przewidywalne, pozbawione jakichkolwiek większych niespodzianej, ekscytacji, emocji. Nawet katastrofy miłosne brzmią teraz jakoś tak w "drewniany" sposób. Kolejny raz się przekonałem, że nie ma powrotu. No nie ma.

A może coś innego się stało? Dlaczego tak ciepło myślę o przeszłości? Czyżby chodziło o coś innego? Chyba tak.

Od kiedy piszę tego bloga (zaniedbywanego szalenie)... No właśnie. Każda notka miała mieć jakąś pointę, wstęp, zawiązanie akcji, zakończenie. Chciałem zaciekawiać, bawić, wzruszać. Chciałem być bardziej uważny, lepiej widzieć i słyszeć otoczenie, by destylować z niego to, co istotne na różne sposoby. 

A więc kolejny raz okazuje się, że fikcja lub moderowane fakty są duże lepsze niż rzeczywistość. Dużo lepsze. A to, co myślimy o naszej przeszłości, jest ciekawsze niż to, jaką ona była naprawdę.

Tak więc podczytuję sobie swoje posty z kilku poprzednich lat i mogę przysiąc, że moje życie było duże atrakcyjniejsze, gdy okrzepłem jako ojciec, mąż i pracownik (nuda, co?) niż wtedy, gdy pławiłem się w beztroskiej młodości i imprezowałem. Dlaczego tak było? Bo uważne patrzenie na własne życie i na otoczenie sprawia, że wszystko jest zabawniejsze.

Dziwne, co?

Dziwne, ale prawdziwe.

Witajcie po przerwie.