poniedziałek, 25 stycznia 2016

Z dziupli

Tydzień temu złapało mnie przeziębienie. Łaziłem z tymi oponami, o których Wam pisałem, i mnie złapała jakaś drobna infekcja. Z nosa katar, wieczne uczucie zimna, lekki ból gardła. Najlepsza na to wszystko jest herbata z miodem i malinówką od mojej Mamy. Na Jowisza! Tak dobra nalewka, że koniec świata. Mówię Wam...

No ale miód się skończył. Ja bez miodu jakiś taki osierocony się czuję, więc idę sobie kupić. W sklepach jednak tylko jakaś miodopodobna breja, "mieszanina miodów z UE i krajów spoza UE", więc na pewno w słoiku mamy jakiś chiński produkt.

Postanowiłem więc wjechać do sklepu pszczelarskiego, który codziennie mijam w pewnej wiosce, jadąc do pracy. Wychodzę ze szkoły z silnym postanowieniem, że tak właśnie zrobię, idę do samochodu i ...

No właśnie. Trzeba Wam wiedzieć, że w mieście, w którym uczę, jest pewien sklep. W bocznej uliczce, uliczce, na której jeden budynek grozi zawaleniem (UWAGA!), w innym budynku straszy zamknięta knajpa, poza tym nic, literalnie nic tam nie ma. 

Jest tylko ten sklep. Gdyby zrobić zdjęcie wystawie i drzwiom, to każdy by uwierzył, że oglądamy jakąś fotografię zrobioną w czasach PRL-u. Szyby brudne, drzwi pordzewiałe, na wystawie jedna paczka kawy, jeden słoik z jakimś dżemem, torebki z nasionami kwiatów, chrupki, pusta butelka po jakimś napoju... Chyba to wszystko. Całość pokryta kurzem pamiętającym czasy późnego Gierka. Przechodząc obok dostrzegłem, że na wystawie informację o sprzedaży miodu.

A wchodzę, myślę sobie, i wchodzę.

A tam... Myślałem, że moje piękne oczy już nigdy takich widoków nie ujrzą. Poczułem się, jakbym cofnął się do czasów głębokiego realnego socjalizmu.

Przez pół sklepu ciągnęła się zakurzona brudna lada, za ladą kilka półek skromnie wypełnionych lichymi i mało atrakcyjnymi towarami. W drugiej części sklepu stał stół. Przy stole siedziało czterech starszych panów. Wszyscy czterej palili papierosy i trzymali w rękach karty. Na środku stołu prężyła się półlitrówka. Brudna cerata w kratę. W powietrzu gęsto od dymu.

Wchodzę i czuję się jak gość nieproszony. Intruz. Mierzą mnie wzrokiem. Sprawdzają. A ja czuję się, jakbym do dziupli weteranów zorganizowanej przestępczości trafił.

Od stołu z trudem wstał właściciel sklepu i sprzedał mi miód.

Pomyślałem sobie, że trafiłem do skansenu. Do miejsca, w którym czas stanął w miejscu, w który wciąż i wciąż pielęgnuje się świeckie rytuały (karty, wódeczka...). Pomyślałem sobie też, że na starość, której być może dożyję, też chciałbym znaleźć taką niewielką kompanię, z którą dzień za dniem mógłbym w karciochy rżnąć i wodą ognistą popijać.

Ech, takie marzenia bez pointy...

5 komentarzy:

  1. A kalendarz z "gołą babą" na ścianie nie wisiał? Wtedy mógłbyś dokładnie rok ustalić ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, też znam taki sklepik, doładowuję w nim kartę miejską (o ironio, taka nowoczesność). Piękne i bardzo klimatyczne miejsce, przynajmniej dla kogoś urodzonego po PRL-u, więc niemającego traumatycznych wspomnień.

    OdpowiedzUsuń
  3. Najwyraźniej ten sklep nie jet potrzebny jako źródło dochodu. Właściciel ma emeryturę lub rentę. Możliwe, że właśnie tak wygląda szczęście.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.