sobota, 9 stycznia 2016

O maniu dzieci

Moje osobiste dzieci już wiele razy gościły na łamach "Maszyny do pisania". W różnych odsłonach, na dziesiątki różnych sposobów - a to historyjka, a to dialog, a to moje zachwyty, a to żale... Wiecie doskonale, że kocham moje dzieci, daję im jeść i pozwalam w jednym pomieszczeniu razem ze mną przebywać...

Ostatnio mieliśmy około 12 dni wolnego. Przerwa świąteczna jet okazją by z rodziną poprzebywać i odpocząć. Cóż, z tym ostatnim to jest różnie. Z dwójką dzieci (5 i 7 lat mają teraz) odpoczynek trzeba zdefiniować nieco inaczej. Nie jest to dolce far niente, słodkie nieróbstwo, gdy można się cały dzień snuć z książką, herbatą z miodem i kocem w szkocką kratę. O nie! Odpoczynek z dziećmi oznacza konfrontację z takimi pytaniami:

- Tato, co będziemy robić?

- Tato, nudzę się. Co mam robić?

- Tato, on mnie popchnął. Dasz mu jakąś karę?

Litania jest bardzo długa. Oczywiście zdarza się, że inwencja pozwala wymyślić jakąś zabawę. Siły pozwalają biegać lub spacerować. Cierpliwość jest bezcenna. Warta jest więcej niż złoto. 

Jasne, cudowne są chwile, gdy Tymek i Kalina bawią się długo razem. To niesamowity plus tego, że nie ma się jedynaka. Kapitalnie jest grać z młodymi w gry planszowe. Czyta im książki. Śmieje się z głupot, ćwiczy zapasy etc. To niesamowicie fajne momenty.

Jednak czasem dorosłym brak energii. I ochoty. Dorośli chcieliby mieć trochę czasu dla siebie. To dość naturalne, prawda? Nie dam sobie wmówić, że rodzice są zobowiązani poświęcać 100% uwagi dzieciom w ciągu dnia. Oj, nie dam. A tu i ówdzie w różnych miejscach Sieci czytam porady dla rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci zaznały nudy. Całe strony poświęcane atrakcjom, frajdom, grom edukacyjnym, zajęciom artystycznym etc.

Nuda dzieci jest śmiertelnym wrogiem. Ale raczej dla dorosłych, nie dla samych dzieci.

Ja pamiętam swoje dzieciństwo. Dziś w Sieci jest masa nostalgicznych obrazków, przy pomocy których moje pokolenie wspomina własne dzieciństwo. Sielskie, anielskie. Jasne, ja też uważam, że dzieciństwo w latach 80 i 90 to było to! I nie tylko dlatego, że sam je przeżyłem. 

Ale dlaczego było takie świetne? Bo rodzice mieli nas gdzieś. Tak, mogliśmy całymi godzinami, do późnych godzin wieczornych, szlajać się po ulicach, podwórzach, boiskach i otrzaskiwać się społecznie. 

Ba! Ja pamiętam, gdy miałem jakieś 8-9 lat i późnym jesiennym wieczorem przyszli po mnie koledzy. Ciemno i zimno, ale rodzice mnie puścili. Wyobrażacie sobie to dzisiaj? Przed domem czekało na mnie około 20 chłopaków. Ktoś wpadł na pomysł, że każdy z nas na wszelki wypadek ma zmienić sobie imię, by nikt się nie dowiedział, kim jesteśmy. Brzmi to tak, jakbyśmy planowali włam do sklepu spożywczego, by zwinąć zapas wyrobów czekoladopodobnych. A tak naprawdę największym naszym wyczynem było zapukanie do okna sąsiada i ucieczka za róg ulicy.

Te wszystkie zadrapanie, siniaki, guzy, złamania, podarte ubrania brały się moim zdaniem stąd, że rodzice nie zaprzątali sobie głowy czymś tak mało istotnym jak ich dzieci. Mieliśmy się uczyć i nie trzymać się z chuliganami. To wystarczyło. Reszta była olbrzymią powierzchnią wolności.

Ja nie pamiętam na przykład, by mój Ojciec się bawił ze mną i z moimi braćmi. Na palcach jednej ręki policzę chwilę, gdy graliśmy w piłkę. Nauczył nas jeździć na rowerach i co oznaczają kolory sygnalizacji świetlnej. To miało nam wystarczyć. I wystarczyło.

Ojcowie wracali z pracy. Brali gazety. Czekali na obiad. Oglądali tv lub zajmowali się swoimi pasjami (ryby, pielęgnacja silników samochodowych lub majsterkowanie). Dzieci, zwłaszcza w wakacje, były same sobie. I to było ok. 

Nie pamiętam, bym jakoś cierpiał z tego powodu. 

Mój znajomy miał inaczej. Opowiadał mi taką historię. Przez dwa tygodnie chyba urabiał ojca, by ten zagrał z nim w warcaby. "Tato, no tato, zagrajmy w końcu. Obiecałeś przecież..." - marudził, chodząc za ojcem po całym domu. Ojciec w końcu się ugiął i mówi;

- Dobra! Zagramy. Ale tylko raz i pamiętaj, że będę palił papierosa w czasie gry.

Tak to wyglądało. (Nie mówię już nawet o imieninach, w czasie których wódeczka lała się strumieniami, a dzieciaki spijały z kieliszków wodę ognistą...)

Dziś chyba dzieci są zbyt cennym dobrem, by spuszczać je z oczu i chyba jednak zbyt wiele niebezpieczeństw na nie czeka. A może tak tylko się wydaje? Nie wiem. W każdym razie wiem jedno - dziś dzieci mają zbyt wielu "wychowawców". Nie tylko koledzy mogą nam "zepsuć" pociechy, ale również telewizja przesycona złymi wzorami i kształtująca konsumpcjonizm, może narobić bałaganu w młodych umysłach. No i Sieć. Tutaj szczególnie trzeba uważać.

Kiedyś? Szkoła i podwórko były miejscami, gdzie nie było rodziców, ale te przestrzenie nie były aż tak groźne. Najwyżej dziecko zarobiło guza - od nauczyciela lub kolegi. Ale to też jakoś hartowało.

Kończąc te niepoukładane ... Kurde, miasto z klocków Lego i mieszkające w nim wróżki wymagają mojej uwagi...

- Tymku! Kalino! Już idę!

13 komentarzy:

  1. Ja mam jeszcze jeden zgrzyt w tej materii - sama wychowywałam się na wsi, gdzie lasy, pola i łąki stanowiły naturalny plac zabaw bez nadzoru (z uwzględnieniem pór obiadu i kolacji). Można było dosłownie wszystko i jeszcze cały zwierzyniec był dostępny. A nasz Mały ma biegać po blokowiskach, które mnie do szału doprowadzają... Na szczęście istnieje instytucja dziadków i wakacji u nich :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dziadkowie gdzieś dalej, gdzieś, gdzie można pojechać na wyprawę, to świetna sprawa.

      Usuń
  2. Miałam całkiem podobne dzieciństwo, mimo że mnie już dotknęło gimnazjum (stety lub nie ;)) i trochę później internet. Ja chyba najmilej wspominam zabawy, które opierały się głównie na (wspólnej) wyobraźni. Człowiek biegał od rana do wieczora, skąd się brało na to energię? :D
    Ale nie będę mówić, że dziś jest gorzej. Jest inaczej. Tak po prostu :) W tej chwili obserwuję (kątem oka, bo mnie wychowywanie dzieci nie dotyczy osobiście) jednak odwrót od tego planowania dzieciom każdej sekundy i bycia rodzicem na 150%, całe szczęście! Powoli chyba następuje powrót do dawania samodzielności dzieciom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udało nam się doprowadzić do takiego stanu, że czytam na głos książki, które też mi się podobają, gramy w gry, które lubimy wszyscy, jeździmy na spacery w miejsca wybierane w demokratycznych wyborach (dzieci szybko nauczyły się zawierać sojusze, co nas bardzo cieszy!) i wszyscy akceptujemy prawo każdego do przebywania w samotności. Jeszcze trochę, Bosy, i będziesz pytał dzieci, kiedy będą mogły Ci poświęcić dwie godziny, bo chciałeś się poradzić w ważnej sprawie. W rodzicielstwie najbardziej zaskakujący jest fakt, że budzisz się pewnego dnia, a stoi nad Tobą jakaś kobieta/mężczyzna i mówi: "Mamo/Tato, czy możesz ze mną poćwiczyć parkowanie samochodu?" A to się dopiero co urodziło! ;-)

      Usuń
  3. jeszcze zatęsknisz za tym marudzeniem i to szybciej, niż się wydaje:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wątpię, nie wątpię... Zawsze się miło myśli o tym,co było kiedyś.

      pzdr

      Usuń
  4. z dorosłymi dziećmi też się fajnie gra w planszówki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ile się człowiek naprosi, żeby przyszły spać do mamy do łóżka ;-)

      Usuń
  5. Ja się czasem zastanawiam, czego to jest kwestią: rodzice zwracali na nas mniejszą uwagę, to prawda, ale my byliśmy też chyba innymi dziećmi. Może mi się wspomnienia zacierają, może mam wyidealizowany obraz własnego dzieciństwa, ale wydaje mi się, że my nie byliśmy tacy... absorbujący (żeby nie powiedzieć upierdliwi). Ile to razy muszę na takie 'On mnie popchnął' reagować,ile razy patrzę, jak dzieci się nudzą i w związku z tym najdziksze wyczyniają swawole, tyle razy się dziwię (poza tym, że się zwyczajnie, po ludzku wk*****m), że sobie nie mogą znaleźć normalnego zajęcia. Dziś dzieci trzeba zabawiać. Pełen pokój zabawek, a one nie mają co obić. Dziwny jest ten świat. Mnie chyba jednak nikt nie zabawiał. I z nudów nie umarłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mniej dóbr oznacza więcej pola do popisu dla wyobraźni.
      Ale sensownego gospodarowania czasem wolnym, jak nie ma się obowiązków, trzeba się chyba samemu nauczyć.
      Anyway, masz rację co do tego zabawiania, to istne szaleństwo. Jedna blogerka określa u siebie dzieci absorberami, bardzo taktownie ;)

      Usuń
  6. A tak w ogóle piękna refleksja wychowawcza :)
    Pozdrawiam noworocznie.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.