niedziela, 31 stycznia 2016

O reklamach dolegliwości wszelkich

Ja w domu nie mam telewizora. To znaczy mam, ale raczej nie korzystam. Oduczyłem się. Chyba na dobre. Mój romans z telewizorem nawiązałem na nowo u moich rodziców, do których pojechałem na kilka dnia w czasie ferii. Pojechałem popisać, odpocząć, stare kąty obejść i bigosu mojej Mamy się najeść. 

Moi rodzice już na emeryturze żyją sobie powoli, wnukami się opiekują, zmagają z naszą służbą zdrowia i oglądają telewizję. (Ojciec dużo czytał, ale powiedział, że musi na nowo się do książek przekonać, bo czyta 5 książek jednocześnie i pogubił się, gdzie i jaką powieść skończył...)

No więc ja z nimi oglądam. Program jak program. Wiadomo - wiadomości, seriale, filmy... Pomiędzy nimi reklamy. Dawno żadnych nie widziałem. Takie szczęście miałem. Oglądam. Patrzę i nie wierzę, jakie przypadłości cielesne mogą mieć ludzie, dla których wymyślono najróżniejsze "suplementy diety" lub "leki."

Ja nie wiedziałem, ale Wy pewnie wiedzieliście o tym, że istnieje zespół niespokojnych nóg. Kopie się nogami, wierzga jak źrebak na łące w środku nocy, przez sen. Ja mam mało współczucia w stosunku do bliźnich i już sobie wyobrażam nieszczęśnika, który całą noc nogami wykonuje ruchy tancerza break dance.

To jeszcze nic. Dowiedziałem się, że można cierpieć na brzydki zapach z buzi. Tak. Komuś kopie z ust jak ze starej śmieciarki i nie może z tego powodu wieść udanego życia zawodowego i prywatnego. 

Nie będę wspominał o banalnych hemoroidach, o których z rozmarzeniem wspominają ryczące czterdziestki o aparycji wicedyrektorki Urzędu Pracy z (Tu sobie wstawcie malownicze byłe miasto wojewódzkie). Nie wspomnę o biegunkach i "krępujących gazach", bo chyba nie wypada. Nietrzymanie moczu to już inna sprawa. 

Kiedyś, na studiach jeszcze, zwróciliśmy z kolegami uwagę na jedną rzecz - dziewczyny, które sygnalizowały potrzebę udania się do WC, mówiły: "Idę siusiu." I szły. Parami. Tak, nawet studentki polonistyki robią siku.

Natomiast my (panowie)  ZAWSZE mówiliśmy w tych sytuacjach: "Muszę coś sprawdzić" i było jasne, że udaje się tam, gdzie król na wrotkach jeździ.

Jaki wniosek? Pewnie żaden. Pomyślcie sami. Ja muszę iść coś sprawdzić.

Czołem!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Z dziupli

Tydzień temu złapało mnie przeziębienie. Łaziłem z tymi oponami, o których Wam pisałem, i mnie złapała jakaś drobna infekcja. Z nosa katar, wieczne uczucie zimna, lekki ból gardła. Najlepsza na to wszystko jest herbata z miodem i malinówką od mojej Mamy. Na Jowisza! Tak dobra nalewka, że koniec świata. Mówię Wam...

No ale miód się skończył. Ja bez miodu jakiś taki osierocony się czuję, więc idę sobie kupić. W sklepach jednak tylko jakaś miodopodobna breja, "mieszanina miodów z UE i krajów spoza UE", więc na pewno w słoiku mamy jakiś chiński produkt.

Postanowiłem więc wjechać do sklepu pszczelarskiego, który codziennie mijam w pewnej wiosce, jadąc do pracy. Wychodzę ze szkoły z silnym postanowieniem, że tak właśnie zrobię, idę do samochodu i ...

No właśnie. Trzeba Wam wiedzieć, że w mieście, w którym uczę, jest pewien sklep. W bocznej uliczce, uliczce, na której jeden budynek grozi zawaleniem (UWAGA!), w innym budynku straszy zamknięta knajpa, poza tym nic, literalnie nic tam nie ma. 

Jest tylko ten sklep. Gdyby zrobić zdjęcie wystawie i drzwiom, to każdy by uwierzył, że oglądamy jakąś fotografię zrobioną w czasach PRL-u. Szyby brudne, drzwi pordzewiałe, na wystawie jedna paczka kawy, jeden słoik z jakimś dżemem, torebki z nasionami kwiatów, chrupki, pusta butelka po jakimś napoju... Chyba to wszystko. Całość pokryta kurzem pamiętającym czasy późnego Gierka. Przechodząc obok dostrzegłem, że na wystawie informację o sprzedaży miodu.

A wchodzę, myślę sobie, i wchodzę.

A tam... Myślałem, że moje piękne oczy już nigdy takich widoków nie ujrzą. Poczułem się, jakbym cofnął się do czasów głębokiego realnego socjalizmu.

Przez pół sklepu ciągnęła się zakurzona brudna lada, za ladą kilka półek skromnie wypełnionych lichymi i mało atrakcyjnymi towarami. W drugiej części sklepu stał stół. Przy stole siedziało czterech starszych panów. Wszyscy czterej palili papierosy i trzymali w rękach karty. Na środku stołu prężyła się półlitrówka. Brudna cerata w kratę. W powietrzu gęsto od dymu.

Wchodzę i czuję się jak gość nieproszony. Intruz. Mierzą mnie wzrokiem. Sprawdzają. A ja czuję się, jakbym do dziupli weteranów zorganizowanej przestępczości trafił.

Od stołu z trudem wstał właściciel sklepu i sprzedał mi miód.

Pomyślałem sobie, że trafiłem do skansenu. Do miejsca, w którym czas stanął w miejscu, w który wciąż i wciąż pielęgnuje się świeckie rytuały (karty, wódeczka...). Pomyślałem sobie też, że na starość, której być może dożyję, też chciałbym znaleźć taką niewielką kompanię, z którą dzień za dniem mógłbym w karciochy rżnąć i wodą ognistą popijać.

Ech, takie marzenia bez pointy...

sobota, 9 stycznia 2016

O maniu dzieci

Moje osobiste dzieci już wiele razy gościły na łamach "Maszyny do pisania". W różnych odsłonach, na dziesiątki różnych sposobów - a to historyjka, a to dialog, a to moje zachwyty, a to żale... Wiecie doskonale, że kocham moje dzieci, daję im jeść i pozwalam w jednym pomieszczeniu razem ze mną przebywać...

Ostatnio mieliśmy około 12 dni wolnego. Przerwa świąteczna jet okazją by z rodziną poprzebywać i odpocząć. Cóż, z tym ostatnim to jest różnie. Z dwójką dzieci (5 i 7 lat mają teraz) odpoczynek trzeba zdefiniować nieco inaczej. Nie jest to dolce far niente, słodkie nieróbstwo, gdy można się cały dzień snuć z książką, herbatą z miodem i kocem w szkocką kratę. O nie! Odpoczynek z dziećmi oznacza konfrontację z takimi pytaniami:

- Tato, co będziemy robić?

- Tato, nudzę się. Co mam robić?

- Tato, on mnie popchnął. Dasz mu jakąś karę?

Litania jest bardzo długa. Oczywiście zdarza się, że inwencja pozwala wymyślić jakąś zabawę. Siły pozwalają biegać lub spacerować. Cierpliwość jest bezcenna. Warta jest więcej niż złoto. 

Jasne, cudowne są chwile, gdy Tymek i Kalina bawią się długo razem. To niesamowity plus tego, że nie ma się jedynaka. Kapitalnie jest grać z młodymi w gry planszowe. Czyta im książki. Śmieje się z głupot, ćwiczy zapasy etc. To niesamowicie fajne momenty.

Jednak czasem dorosłym brak energii. I ochoty. Dorośli chcieliby mieć trochę czasu dla siebie. To dość naturalne, prawda? Nie dam sobie wmówić, że rodzice są zobowiązani poświęcać 100% uwagi dzieciom w ciągu dnia. Oj, nie dam. A tu i ówdzie w różnych miejscach Sieci czytam porady dla rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci zaznały nudy. Całe strony poświęcane atrakcjom, frajdom, grom edukacyjnym, zajęciom artystycznym etc.

Nuda dzieci jest śmiertelnym wrogiem. Ale raczej dla dorosłych, nie dla samych dzieci.

Ja pamiętam swoje dzieciństwo. Dziś w Sieci jest masa nostalgicznych obrazków, przy pomocy których moje pokolenie wspomina własne dzieciństwo. Sielskie, anielskie. Jasne, ja też uważam, że dzieciństwo w latach 80 i 90 to było to! I nie tylko dlatego, że sam je przeżyłem. 

Ale dlaczego było takie świetne? Bo rodzice mieli nas gdzieś. Tak, mogliśmy całymi godzinami, do późnych godzin wieczornych, szlajać się po ulicach, podwórzach, boiskach i otrzaskiwać się społecznie. 

Ba! Ja pamiętam, gdy miałem jakieś 8-9 lat i późnym jesiennym wieczorem przyszli po mnie koledzy. Ciemno i zimno, ale rodzice mnie puścili. Wyobrażacie sobie to dzisiaj? Przed domem czekało na mnie około 20 chłopaków. Ktoś wpadł na pomysł, że każdy z nas na wszelki wypadek ma zmienić sobie imię, by nikt się nie dowiedział, kim jesteśmy. Brzmi to tak, jakbyśmy planowali włam do sklepu spożywczego, by zwinąć zapas wyrobów czekoladopodobnych. A tak naprawdę największym naszym wyczynem było zapukanie do okna sąsiada i ucieczka za róg ulicy.

Te wszystkie zadrapanie, siniaki, guzy, złamania, podarte ubrania brały się moim zdaniem stąd, że rodzice nie zaprzątali sobie głowy czymś tak mało istotnym jak ich dzieci. Mieliśmy się uczyć i nie trzymać się z chuliganami. To wystarczyło. Reszta była olbrzymią powierzchnią wolności.

Ja nie pamiętam na przykład, by mój Ojciec się bawił ze mną i z moimi braćmi. Na palcach jednej ręki policzę chwilę, gdy graliśmy w piłkę. Nauczył nas jeździć na rowerach i co oznaczają kolory sygnalizacji świetlnej. To miało nam wystarczyć. I wystarczyło.

Ojcowie wracali z pracy. Brali gazety. Czekali na obiad. Oglądali tv lub zajmowali się swoimi pasjami (ryby, pielęgnacja silników samochodowych lub majsterkowanie). Dzieci, zwłaszcza w wakacje, były same sobie. I to było ok. 

Nie pamiętam, bym jakoś cierpiał z tego powodu. 

Mój znajomy miał inaczej. Opowiadał mi taką historię. Przez dwa tygodnie chyba urabiał ojca, by ten zagrał z nim w warcaby. "Tato, no tato, zagrajmy w końcu. Obiecałeś przecież..." - marudził, chodząc za ojcem po całym domu. Ojciec w końcu się ugiął i mówi;

- Dobra! Zagramy. Ale tylko raz i pamiętaj, że będę palił papierosa w czasie gry.

Tak to wyglądało. (Nie mówię już nawet o imieninach, w czasie których wódeczka lała się strumieniami, a dzieciaki spijały z kieliszków wodę ognistą...)

Dziś chyba dzieci są zbyt cennym dobrem, by spuszczać je z oczu i chyba jednak zbyt wiele niebezpieczeństw na nie czeka. A może tak tylko się wydaje? Nie wiem. W każdym razie wiem jedno - dziś dzieci mają zbyt wielu "wychowawców". Nie tylko koledzy mogą nam "zepsuć" pociechy, ale również telewizja przesycona złymi wzorami i kształtująca konsumpcjonizm, może narobić bałaganu w młodych umysłach. No i Sieć. Tutaj szczególnie trzeba uważać.

Kiedyś? Szkoła i podwórko były miejscami, gdzie nie było rodziców, ale te przestrzenie nie były aż tak groźne. Najwyżej dziecko zarobiło guza - od nauczyciela lub kolegi. Ale to też jakoś hartowało.

Kończąc te niepoukładane ... Kurde, miasto z klocków Lego i mieszkające w nim wróżki wymagają mojej uwagi...

- Tymku! Kalino! Już idę!

czwartek, 7 stycznia 2016

Opony

Wróciła zima i nie do śmiechu mi jest trochę. Jasne, śnieg, spacery po zamarzniętym jeziorze (wczuwanie się w pioniera wypraw arktycznych), sanki dla dzieciaków (jestem koniem), błyszczące wieczory... Tak, to wszystko ma większy urok niż potężny mróz, naga ziemia, wiatr i kalesony...

A właśnie, kalesony. Śnieg spadł i musiałem wymienić opony zimowe. Nienawidzę tej czynności. Ona zawsze kończy się źle, bo albo założę zimówki i zima trwa w nieskończoność, albo założę zimówki i po paru dniach przychodzi ocieplenie trwające aż do samej wiosny. Tak czy siak jest niefajnie.

No więc idę do garażu i próbuję wygrzebać zimowe opony. Są. Leżą obok letnich opon teścia. Zaczynam wybierać moje, ale coś mi się nie zgadza. Coś jest wybitnie nie do pary, a w przypadku opon to pewnie problem.



Oglądam te opony, przekładam, sprawdzam numerację, nie zgadza mi się coś. Trzy opony mają nr 185/65, jedna ma 195. No co jest?! Jakim cudem? Sięgam po opony teścia, oglądam, czynność ta sprawia lekki dyskomfort, bo wiecie, ja mam piękne i zadbane dłonie pianisty, ale walczę z tymi oponami, sprawdzam i nic się nie zgadza. Teść ma same letnie. Ja zostaję z trzema pasującymi, jedną nie.

Trudno, idę do pobliskiego wulkanizatora. Opowiadam facetowi o wszystkim, a ten się łapie za głowę i woła swoich dwóch pomagierów.

- Jak pan tym jeździł? Przecież to przednia opona! Całą zimę by pana ściągało na prawo!

- No nie pamiętam, jak jeździłem... Jakoś jeździłem.

Szczerze mówiąc to ja nawet nie pamiętam, bym w zeszłym sezonie opony zmieniał. Po szpitalach się włóczyłem, zima była ciepła, więc może nawet nie zmieniałem opon, ale nic nie mówię, by się nie ośmieszyć przed fachowcami.

- A gdzie pan zmieniał? Bo te znaczki na oponach nie są nasze.

- W X - wymieniam nazwę pobliskiej miejscowości, gdzie chyba rok/dwa lata temu zmieniałem opony.

- No to wszystko jasne... Pewnie panu podmienili. Ostatnio była u nas kobieta, której zmieniali opony. Założyli jej trzy należące do niej, a jedną sobie wzięli. Bo im pasowała. Kobieta miała szczęście, bo na drugi dzień wjechała na śrubę. Przyjechała do mnie, a ja jej na to, że ma pani jedną inną oponę. A ona na to, że niemożliwe. I pojechała do nich się wykłócać.

Cóż, jak widzicie w naszym kraju nie można mieć większego zaufania do fachowców. Jak nie znasz się na wszystkim - od budowy lodówki po opony zimowe, od komputerów po kuchenki mikrofalowe - to masz spore prawdopodobieństwo, że zostaniesz oszukana.

Taki lajf... 

I tym bezbarwnym akcentem kończymy naszą relację.

PS

Pocieszcie mnie, że nie tylko mnie zrobiono w bambuko.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Witajcie w Nowym Roku

Witajcie po całych miesiącach milczenia. Cóż, zmobilizował mnie Zdesperowany (Marcin), który w komentarzu do poprzedniego wątku wszedł mi na ambicję/ Tak więc jestem.

Oto ja. Niewiele się zmieniło od ostatniego czasu. Przybyło obowiązków i zobowiązań. Wiecie, ja taki głupi jestem, że najpierw się na coś zgadzam, a potem sobie myślę, że debil jestem, że się zgodziłem. No więc biorę sobie na głowę kolejne obowiązki i jakoś. dzięki Bogu, udaje się coś tak zrobić. 

Nie dość, że zaangażowałem się w duży projekt edukacyjny (będę musiał 2,5 godziny udawać przed innymi polonistami z Polski, że mam jakieś pomysły na uczenie), to jeszcze mam pełno godzin w szkole. no i walczę z kontynuacją książki.

Powieść ukaże się w okolicach czerwca, więc na wakacje będzie jak znalazł. Tytuł wymyśliłem wczoraj w nocy. SIERPY KRONOSA, tak to będzie się zwało. Kupcie, będzie grubo. Dosłownie.

Może faktycznie się uaktywnię na polu blogerki życiowej, ale chcę uciec od polityki i tego całego syfu ze świata. Jest mi mroczno. gdy słucham wieści z kraju i ze świata, więc chyba ograniczę się do starego dobrego życiopisania.

A więc zaczynam na nowo i informuję: zimno jest, co mnie wkurza niemożliwie i zmusza do degenerujących zachowań. Musiałem założyć kalesony.

Czołem!