poniedziałek, 5 września 2016

Kiedyś Pan Jezus...

Kiedyś Pan Jezus chodził po świecie...

Tak, każdy nieszczęśnik, wdowa, sierota, dziad proszalny, baba pielgrzymkowa, inwalida, każdego podejrzewano onegdaj o bycie Panem Jezusem i przegnać takiego, a groszem nie wspomóc, to grzech śmiertelny był. 

Przepędzenie nieszczęśnika groziło karą natychmiastową. Niebiosa otwierały się i na złego człowieka deszcz kar spadał. A to go piorun strzelił, a to w kamień się obrócił... 

Kultura ludowa zna masę podobnych scenariuszy. 

A dziś rano dzwoni dzwonek. Czekam na listonosza, bo miał mi książkę przynieść. Otwieram, a tam starsza pani. Ubrana byle jak, z naręczem reklamówek, w wieku mojej mamy. Nieco zmęczona życiem, posiwiała.

- Miałby pan parę złotych na jedzenie? Jakieś drobne. Miałby pan...

Westchnąłem i mówię, żeby poczekała.

Znalazłem w portfelu trochę konkretnych drobnych (banknotów nie miałem) i dałem kobiecinie. Podziękowała.

- Życzę panu zdrowia - mówi - Nic innego nie mam.

- Dziękuję - odpowiadam - przyda się, bo idę dziś do lekarza.

Zapomniałem potem w sumie o tej kobiecie, bo i do szkoły musiałem jechać, a po szkole do Poznania (40 km), by się zarejestrować  do onkologa i na tomografię. Nie chciało mi się. No nie chciało mi się i już, ale co zrobić...

Pomyślałem, nie licząc na za dużo, że może zadzwonię i uda się zarejestrować bez męczącej jazdy i stania w korkach w samym Poznaniu. Dzwonię. Po dwóch próbach... udało się. I zważywszy na kondycję naszej służby zdrowia, sprawa zakrawa na malutki cud.

Wprawdzie termin mam za trzy miesiące, ale darowanym uśmiechom opatrzności w zęby się nie zagląda, prawda?

sobota, 3 września 2016

Jest tu jeszcze ktoś?

Jak pewnie wiecie, pisałem kiedyś dziennik. Nie blog, ale taki zwykły papierowy dziennik, w którym sobie spisywałem spotykające mnie dzień po dniu przypadki. Miałem wtedy dobry czas, przynajmniej tak się wydawało. Byłem młody, dostałem się na studia, zdobyłem paru kumpli, którzy skutecznie słodzili trudy edukacji uniwersyteckiej.

Ostatnio kolejny raz porządkowałem papiery. Chwyciłem dziennik (jeden z tomów) i zacząłem czytać. Na co liczyłem? Czy jak Marcel Proust odtwarzający przeszłość ze smaku i zapachu ciastka cofnę się w czasie? Czy zapiski z tamtych dni pozwolą zapomnieć o udrękach teraźniejszości?

No jak myślicie?

Gdzie tam! Nie udało się. Nie udało. Wiodłem życie do bólu nudne, przewidywalne, pozbawione jakichkolwiek większych niespodzianej, ekscytacji, emocji. Nawet katastrofy miłosne brzmią teraz jakoś tak w "drewniany" sposób. Kolejny raz się przekonałem, że nie ma powrotu. No nie ma.

A może coś innego się stało? Dlaczego tak ciepło myślę o przeszłości? Czyżby chodziło o coś innego? Chyba tak.

Od kiedy piszę tego bloga (zaniedbywanego szalenie)... No właśnie. Każda notka miała mieć jakąś pointę, wstęp, zawiązanie akcji, zakończenie. Chciałem zaciekawiać, bawić, wzruszać. Chciałem być bardziej uważny, lepiej widzieć i słyszeć otoczenie, by destylować z niego to, co istotne na różne sposoby. 

A więc kolejny raz okazuje się, że fikcja lub moderowane fakty są duże lepsze niż rzeczywistość. Dużo lepsze. A to, co myślimy o naszej przeszłości, jest ciekawsze niż to, jaką ona była naprawdę.

Tak więc podczytuję sobie swoje posty z kilku poprzednich lat i mogę przysiąc, że moje życie było duże atrakcyjniejsze, gdy okrzepłem jako ojciec, mąż i pracownik (nuda, co?) niż wtedy, gdy pławiłem się w beztroskiej młodości i imprezowałem. Dlaczego tak było? Bo uważne patrzenie na własne życie i na otoczenie sprawia, że wszystko jest zabawniejsze.

Dziwne, co?

Dziwne, ale prawdziwe.

Witajcie po przerwie. 

sobota, 18 czerwca 2016

Ilość liter we wszechświecie się zgadza...

Nie dziwię się, gdyby Was nie dziwiło, że milczę. Blogowo. Przyzwyczaiłem się do tego swojego milczenia.

Pytano mnie kiedyś, co daje mi takie "pisanie o pierogach", a ja na to, że uważniej przyglądam się życiu i blog jest tego dowodem. Być może taki właśnie jest sens tej mojej pisaniny tutaj.

Nie myślcie jednak, że przez ten czas próżnowałem. Zostałem poproszony o wygłoszenie prezentacji internetowej (tzw. webinarium) pt. Kreatywne metody pisania i czytania. 2,5 godziny mówienia do kamery w pustej sali konferencyjnej. Surrealistyczne doznanie nieco. 

Po drugiej stronie Sieci, przed monitorami, siedziała pewnie dwudziestka nauczycieli, którzy pękali ze śmiechu na mój widok, bo rzadko się zdarza, żeby inny nauczyciel-polonista tyle razy się przejęzyczał, żenująco żartował i generalnie starał się przekonać wszystkich, że wie, o czym mówi...

Poza tym udało się dokończyć drugą powieść. Pisałem 13 miesięcy. Mam 195 stron. Wordem. Czcionka 10, ale pogrubiona. 16 arkuszy wydawniczych. Narobiłem się nieziemsko, ale może coś z tego wyjdzie... Czas pokaże.

No i oczywiście wypuściłem dwie klasy maturzystów, podchowałem dwójkę własnych dzieci, przybrałem na wadze (jestem jakieś 20 cm za niski w stosunku do mojego ciężaru) i żyję sobie spokojnie.

Dziś (sobota) wyjeżdżam z klasą moją w góry, więc jeśli więcej się nie przeczytamy to znaczy, że pożarł mnie jakiś miś albo wpadłem w jakąś rozpadlinę i nie mogę z niej wyleźć...

niedziela, 22 maja 2016

Jakbym pierwszy raz...

...po takiej długiej przerwie w blogowaniu mam wrażenie, jakbym zaczynał pisać od nowa. Od zera. Odzwyczaiłem się. Przeniosłem się na najpopularniejszy serwis społecznościowy i tam rozsiewam kompromitujące oświadczenia światopoglądowe, wrzucam zdjęcia dziwaczne, komentuje wrogów ideowych posty, generalnie rzucam się i warczę...

Odzwyczaiłem się też, bo nie mam czasu. Oj srogo się narobiłem już w tym roku, a jeszcze sporo przede mną. Opiszę kiedyś, gdy znów się przyzwyczaję...

Odzwyczaiłem się, bo też słowo "bloger" łączy się w moim Prywatnym Słowniku Terminów Żenujących z takimi słowami jak "blagier", "pozer",  "pretensjonalność", "biegunka"... Wybaczcie. Tak dziś te Internety widzę.

A więc żyję sobie, patrzę na ten nasz rozpadający się świat i modlę się, by znowu coś nie pierdyknęło w Europie, w Polsce, w pobliżu... Dzieciaki mi podrosły, ja się nieco postarzałem w pasie, zgryźliwy się zrobiłem i większy dewot też.

Może coś sklecę w najbliższych dniach, bo może się komuś z Was coś ode mnie należy. Za tyle lat obserwowanie tego bloga na pewno...

środa, 16 marca 2016

Ja też

Święty Paweł miał rację. Przemija postać tego świata. Patrzymy na to każdego dnia. Każdy serwis informacyjny. Każdy portal. Każda poważniejsza gazeta. 

Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, że będę myślał o tym, kiedy wybrać się na strzelnicę, opanować podstawy posługiwania się bronią, zwiądłbym ze śmiechu. A dziś byłbym pierwszy, który ustawiłby się w kolejce po pozwolenie na skuteczną broń palną (nie czarnoprochową)...

Dziś nie wiem. Nie wiem, na jakim etapie zatrzymają się procesy, które obserwujemy w Europie i okolicach. Powoli tracę wiarę, że zakończy się ten cały burdel bez rozlewu krwi, bez bomb, strzałów, noży i kamieni. 

Każdego dnia dziękuję Bogu, że urodziłem się w Polsce (chociaż mógłbym w Nowej Zelandii na przykład...) i nie dotyka nas jeszcze groza, brud i bezsilność, jaka narasta w Europie Zachodniej. 

Dziękuję, że ta nasza homogeniczna i w miarę zwarta kulturowo Polska, ta nasza biedna, byle jaka, brzydka panna nie stanowi apetycznego kąska dla hord barbarzyńców płynących zewsząd. 

Dziękuję za tę siermiężność, brzydotę nawet, za zaścianek i ciemnogród...

A co ja będę pisał swoimi słowami, lepiej ujął to pewien poznański raper, Hans, któremu oddaję teraz mikrofon:

Z niekłamaną radością odkrywam jak wielką wdzięcznością napełnia mnie fakt że najbardziej skrajne i fanatyczne ugrupowania religijne w Polsce to taka, dajmy na to, Rodzina Radia Maryja. Że ich opresyjna działalność notorycznie powoduje WYBUCHY oburzenia lub EKSPLOZJE śmiechu. Że co bardziej odważna babinka może ZAATAKOWAĆ mnie moralizmem, a co bardziej zażywny dziadek ROZSTRZELAĆ kanonadą słów w klasycznym stylu "spierdalać, my się tu modlimy". Że mogą mnie INDOKTRYNOWAĆ za pomocą radia i telewizji, a nawet zastosować BROŃ MASOWEGO RAŻENIA w postaci modlitwy lub NAPADU z użyciem "dziesiątki" różańca. Że kato-faszyści z organizacji Pro-Life popełniają ZAMACH NA WOLNOŚĆ I DEMOKRACJĘ wywieszając plakaty antyaborcyjne i manifestując przeciwko in vitro.
I ci przerażający narodowcy w wynajętych salkach katechetycznych, podczas seansu filmu o rotmistrzu Pileckim, zamawiają już pewno mundury u Hugo Bossa i spiskują jak tu wprowadzić totalitaryzm. Sprzątają groby niezłomnym, bo żołnierze sprzątają groby komunistom. I nawet Ci którym bliżej do rasowego polskiego penera co lubi dać komuś z bani a potem iść do spowiedzi.
Wszyscy Wy dajecie mi niesłychanie swojskie poczucie bezpieczeństwa i harmonii.
Czuję że wszystko jest na właściwym miejscu. Jesteście tu niezbędni. Jesteście jak teściowa.. to w końcu też rodzina!
I z tego miejsca chciałbym Was wszystkich przytulić i podziękować.
Życzę wszystkim takich fanatyków.
I jeśli mogę podsumować to jakoś z perspektywy kogoś, kto przedkłada kromkę chleba z dębieckiej piekarni z poznańską wątrobianką, nad flambirowany anyżkiem kotlecik jagnięcy - ryj nie szklanka.

I marzę o tym, by jak najdłużej taka Polska właśnie istniała. Bym ja mógł, moi bliscy/dalsi mogli spokojnie wieść życie nieurozmaicone atrakcjami, z jakimi wciąż muszą się konfrontować Niemcy, Szwedzi, Francuzi, Anglicy...

Być może w końcu ominie nasz kraj Wielka Nawałnica? No bo ile razy można się wykrwawiać?

Wiem, jestem dziś poważny jak 150, ale nie do śmiechu mi, oj nie...

Synek, któremu czasami w ramach opowieści na dobranoc relacjonuję moje przygody z dzieciństwa - odpalanie petard zrobionych z saletry, buszowanie w łanach zboża, rozbijanie się rowerami, głupie kawały płatane sąsiadom - często powtarza:

- Tata, chciałbym żyć w czasach, gdy ty byłeś dzieckiem.

- Ja też... - odpowiadam i zawieszam głos.

piątek, 12 lutego 2016

Lokalny ekspert

A stoję ostatnio w kolejce do kasy. Biedronka. Czujecie już więc przaśny klimat, z którym mi całkiem do twarzy. Stoję i czekam. Kolejka długa. Za mną stanął znany w okolicy drobny młody ale już całkiem doświadczony koneser tanich win i piw. Po zapachu wyczułem obecność gościa.

Niby nic do niego nie mam, ale nie lubię, gdy odzywa się w taki sposób:

- Którą to mamy godzinę?
- Dochodzi 15 - odpowiadam grzecznie.
- A co ten czas tak leci? - pyta i nie wiem, czy retorycznie, czy odwrotnie i oczekuje jakiejś głębokiej filozoficznej odpowiedzi.

Po chwili milczenia znów pytanie:

- Co to słońce tak świeci? To zima jest czy już wiosna?

Rozważając te zawiłości czasu i przestrzeni, dochodzimy do kasy. Mój rozmówca podaje kasjerce puszkę piwa, a kasjerka na to:

- O nie! My mamy odgórny nakaz od kierowniczki, żeby tobie i Heniowi nie sprzedawać alkoholu. Koniec, skończyło się. 

A co się skończyło? No chyba szwendanie się tego gościa po parkingu. Chodzi i proponuje, że ludziom odprowadzi wózek i przy okazji zgarnie złotówkę, którą wsuwa się w specjalną szczelinkę, by odpiąć wózek od reszty wózków. W żadnym razie się nie narzuca, ale... no wiecie, taki folklor lokalny.

Ostatnio mój znajomy był świadkiem takiej oto sytuacji. Kobieta jakaś pakowała zakupy do bagażnika. Skończyła, wsiada do samochodu, odpala i... nic. Pod maską rzęzi, charczy, niewiele więcej. 

Nasz bohater z miną fachowca podchodzi do samochodu kobiety i mówi:

- Może pani podnieść maskę?

Kobieta posłusznie wykonuje polecenie, wierząc, że ma do czynienia z fachowcem.

Gość popatrzył na wnętrzności auta, pomedytował i obwieścił z namaszczeniem:

- To jest coś z silnikiem.

Odwrócił się i poszedł.

niedziela, 31 stycznia 2016

O reklamach dolegliwości wszelkich

Ja w domu nie mam telewizora. To znaczy mam, ale raczej nie korzystam. Oduczyłem się. Chyba na dobre. Mój romans z telewizorem nawiązałem na nowo u moich rodziców, do których pojechałem na kilka dnia w czasie ferii. Pojechałem popisać, odpocząć, stare kąty obejść i bigosu mojej Mamy się najeść. 

Moi rodzice już na emeryturze żyją sobie powoli, wnukami się opiekują, zmagają z naszą służbą zdrowia i oglądają telewizję. (Ojciec dużo czytał, ale powiedział, że musi na nowo się do książek przekonać, bo czyta 5 książek jednocześnie i pogubił się, gdzie i jaką powieść skończył...)

No więc ja z nimi oglądam. Program jak program. Wiadomo - wiadomości, seriale, filmy... Pomiędzy nimi reklamy. Dawno żadnych nie widziałem. Takie szczęście miałem. Oglądam. Patrzę i nie wierzę, jakie przypadłości cielesne mogą mieć ludzie, dla których wymyślono najróżniejsze "suplementy diety" lub "leki."

Ja nie wiedziałem, ale Wy pewnie wiedzieliście o tym, że istnieje zespół niespokojnych nóg. Kopie się nogami, wierzga jak źrebak na łące w środku nocy, przez sen. Ja mam mało współczucia w stosunku do bliźnich i już sobie wyobrażam nieszczęśnika, który całą noc nogami wykonuje ruchy tancerza break dance.

To jeszcze nic. Dowiedziałem się, że można cierpieć na brzydki zapach z buzi. Tak. Komuś kopie z ust jak ze starej śmieciarki i nie może z tego powodu wieść udanego życia zawodowego i prywatnego. 

Nie będę wspominał o banalnych hemoroidach, o których z rozmarzeniem wspominają ryczące czterdziestki o aparycji wicedyrektorki Urzędu Pracy z (Tu sobie wstawcie malownicze byłe miasto wojewódzkie). Nie wspomnę o biegunkach i "krępujących gazach", bo chyba nie wypada. Nietrzymanie moczu to już inna sprawa. 

Kiedyś, na studiach jeszcze, zwróciliśmy z kolegami uwagę na jedną rzecz - dziewczyny, które sygnalizowały potrzebę udania się do WC, mówiły: "Idę siusiu." I szły. Parami. Tak, nawet studentki polonistyki robią siku.

Natomiast my (panowie)  ZAWSZE mówiliśmy w tych sytuacjach: "Muszę coś sprawdzić" i było jasne, że udaje się tam, gdzie król na wrotkach jeździ.

Jaki wniosek? Pewnie żaden. Pomyślcie sami. Ja muszę iść coś sprawdzić.

Czołem!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Z dziupli

Tydzień temu złapało mnie przeziębienie. Łaziłem z tymi oponami, o których Wam pisałem, i mnie złapała jakaś drobna infekcja. Z nosa katar, wieczne uczucie zimna, lekki ból gardła. Najlepsza na to wszystko jest herbata z miodem i malinówką od mojej Mamy. Na Jowisza! Tak dobra nalewka, że koniec świata. Mówię Wam...

No ale miód się skończył. Ja bez miodu jakiś taki osierocony się czuję, więc idę sobie kupić. W sklepach jednak tylko jakaś miodopodobna breja, "mieszanina miodów z UE i krajów spoza UE", więc na pewno w słoiku mamy jakiś chiński produkt.

Postanowiłem więc wjechać do sklepu pszczelarskiego, który codziennie mijam w pewnej wiosce, jadąc do pracy. Wychodzę ze szkoły z silnym postanowieniem, że tak właśnie zrobię, idę do samochodu i ...

No właśnie. Trzeba Wam wiedzieć, że w mieście, w którym uczę, jest pewien sklep. W bocznej uliczce, uliczce, na której jeden budynek grozi zawaleniem (UWAGA!), w innym budynku straszy zamknięta knajpa, poza tym nic, literalnie nic tam nie ma. 

Jest tylko ten sklep. Gdyby zrobić zdjęcie wystawie i drzwiom, to każdy by uwierzył, że oglądamy jakąś fotografię zrobioną w czasach PRL-u. Szyby brudne, drzwi pordzewiałe, na wystawie jedna paczka kawy, jeden słoik z jakimś dżemem, torebki z nasionami kwiatów, chrupki, pusta butelka po jakimś napoju... Chyba to wszystko. Całość pokryta kurzem pamiętającym czasy późnego Gierka. Przechodząc obok dostrzegłem, że na wystawie informację o sprzedaży miodu.

A wchodzę, myślę sobie, i wchodzę.

A tam... Myślałem, że moje piękne oczy już nigdy takich widoków nie ujrzą. Poczułem się, jakbym cofnął się do czasów głębokiego realnego socjalizmu.

Przez pół sklepu ciągnęła się zakurzona brudna lada, za ladą kilka półek skromnie wypełnionych lichymi i mało atrakcyjnymi towarami. W drugiej części sklepu stał stół. Przy stole siedziało czterech starszych panów. Wszyscy czterej palili papierosy i trzymali w rękach karty. Na środku stołu prężyła się półlitrówka. Brudna cerata w kratę. W powietrzu gęsto od dymu.

Wchodzę i czuję się jak gość nieproszony. Intruz. Mierzą mnie wzrokiem. Sprawdzają. A ja czuję się, jakbym do dziupli weteranów zorganizowanej przestępczości trafił.

Od stołu z trudem wstał właściciel sklepu i sprzedał mi miód.

Pomyślałem sobie, że trafiłem do skansenu. Do miejsca, w którym czas stanął w miejscu, w który wciąż i wciąż pielęgnuje się świeckie rytuały (karty, wódeczka...). Pomyślałem sobie też, że na starość, której być może dożyję, też chciałbym znaleźć taką niewielką kompanię, z którą dzień za dniem mógłbym w karciochy rżnąć i wodą ognistą popijać.

Ech, takie marzenia bez pointy...

sobota, 9 stycznia 2016

O maniu dzieci

Moje osobiste dzieci już wiele razy gościły na łamach "Maszyny do pisania". W różnych odsłonach, na dziesiątki różnych sposobów - a to historyjka, a to dialog, a to moje zachwyty, a to żale... Wiecie doskonale, że kocham moje dzieci, daję im jeść i pozwalam w jednym pomieszczeniu razem ze mną przebywać...

Ostatnio mieliśmy około 12 dni wolnego. Przerwa świąteczna jet okazją by z rodziną poprzebywać i odpocząć. Cóż, z tym ostatnim to jest różnie. Z dwójką dzieci (5 i 7 lat mają teraz) odpoczynek trzeba zdefiniować nieco inaczej. Nie jest to dolce far niente, słodkie nieróbstwo, gdy można się cały dzień snuć z książką, herbatą z miodem i kocem w szkocką kratę. O nie! Odpoczynek z dziećmi oznacza konfrontację z takimi pytaniami:

- Tato, co będziemy robić?

- Tato, nudzę się. Co mam robić?

- Tato, on mnie popchnął. Dasz mu jakąś karę?

Litania jest bardzo długa. Oczywiście zdarza się, że inwencja pozwala wymyślić jakąś zabawę. Siły pozwalają biegać lub spacerować. Cierpliwość jest bezcenna. Warta jest więcej niż złoto. 

Jasne, cudowne są chwile, gdy Tymek i Kalina bawią się długo razem. To niesamowity plus tego, że nie ma się jedynaka. Kapitalnie jest grać z młodymi w gry planszowe. Czyta im książki. Śmieje się z głupot, ćwiczy zapasy etc. To niesamowicie fajne momenty.

Jednak czasem dorosłym brak energii. I ochoty. Dorośli chcieliby mieć trochę czasu dla siebie. To dość naturalne, prawda? Nie dam sobie wmówić, że rodzice są zobowiązani poświęcać 100% uwagi dzieciom w ciągu dnia. Oj, nie dam. A tu i ówdzie w różnych miejscach Sieci czytam porady dla rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci zaznały nudy. Całe strony poświęcane atrakcjom, frajdom, grom edukacyjnym, zajęciom artystycznym etc.

Nuda dzieci jest śmiertelnym wrogiem. Ale raczej dla dorosłych, nie dla samych dzieci.

Ja pamiętam swoje dzieciństwo. Dziś w Sieci jest masa nostalgicznych obrazków, przy pomocy których moje pokolenie wspomina własne dzieciństwo. Sielskie, anielskie. Jasne, ja też uważam, że dzieciństwo w latach 80 i 90 to było to! I nie tylko dlatego, że sam je przeżyłem. 

Ale dlaczego było takie świetne? Bo rodzice mieli nas gdzieś. Tak, mogliśmy całymi godzinami, do późnych godzin wieczornych, szlajać się po ulicach, podwórzach, boiskach i otrzaskiwać się społecznie. 

Ba! Ja pamiętam, gdy miałem jakieś 8-9 lat i późnym jesiennym wieczorem przyszli po mnie koledzy. Ciemno i zimno, ale rodzice mnie puścili. Wyobrażacie sobie to dzisiaj? Przed domem czekało na mnie około 20 chłopaków. Ktoś wpadł na pomysł, że każdy z nas na wszelki wypadek ma zmienić sobie imię, by nikt się nie dowiedział, kim jesteśmy. Brzmi to tak, jakbyśmy planowali włam do sklepu spożywczego, by zwinąć zapas wyrobów czekoladopodobnych. A tak naprawdę największym naszym wyczynem było zapukanie do okna sąsiada i ucieczka za róg ulicy.

Te wszystkie zadrapanie, siniaki, guzy, złamania, podarte ubrania brały się moim zdaniem stąd, że rodzice nie zaprzątali sobie głowy czymś tak mało istotnym jak ich dzieci. Mieliśmy się uczyć i nie trzymać się z chuliganami. To wystarczyło. Reszta była olbrzymią powierzchnią wolności.

Ja nie pamiętam na przykład, by mój Ojciec się bawił ze mną i z moimi braćmi. Na palcach jednej ręki policzę chwilę, gdy graliśmy w piłkę. Nauczył nas jeździć na rowerach i co oznaczają kolory sygnalizacji świetlnej. To miało nam wystarczyć. I wystarczyło.

Ojcowie wracali z pracy. Brali gazety. Czekali na obiad. Oglądali tv lub zajmowali się swoimi pasjami (ryby, pielęgnacja silników samochodowych lub majsterkowanie). Dzieci, zwłaszcza w wakacje, były same sobie. I to było ok. 

Nie pamiętam, bym jakoś cierpiał z tego powodu. 

Mój znajomy miał inaczej. Opowiadał mi taką historię. Przez dwa tygodnie chyba urabiał ojca, by ten zagrał z nim w warcaby. "Tato, no tato, zagrajmy w końcu. Obiecałeś przecież..." - marudził, chodząc za ojcem po całym domu. Ojciec w końcu się ugiął i mówi;

- Dobra! Zagramy. Ale tylko raz i pamiętaj, że będę palił papierosa w czasie gry.

Tak to wyglądało. (Nie mówię już nawet o imieninach, w czasie których wódeczka lała się strumieniami, a dzieciaki spijały z kieliszków wodę ognistą...)

Dziś chyba dzieci są zbyt cennym dobrem, by spuszczać je z oczu i chyba jednak zbyt wiele niebezpieczeństw na nie czeka. A może tak tylko się wydaje? Nie wiem. W każdym razie wiem jedno - dziś dzieci mają zbyt wielu "wychowawców". Nie tylko koledzy mogą nam "zepsuć" pociechy, ale również telewizja przesycona złymi wzorami i kształtująca konsumpcjonizm, może narobić bałaganu w młodych umysłach. No i Sieć. Tutaj szczególnie trzeba uważać.

Kiedyś? Szkoła i podwórko były miejscami, gdzie nie było rodziców, ale te przestrzenie nie były aż tak groźne. Najwyżej dziecko zarobiło guza - od nauczyciela lub kolegi. Ale to też jakoś hartowało.

Kończąc te niepoukładane ... Kurde, miasto z klocków Lego i mieszkające w nim wróżki wymagają mojej uwagi...

- Tymku! Kalino! Już idę!

czwartek, 7 stycznia 2016

Opony

Wróciła zima i nie do śmiechu mi jest trochę. Jasne, śnieg, spacery po zamarzniętym jeziorze (wczuwanie się w pioniera wypraw arktycznych), sanki dla dzieciaków (jestem koniem), błyszczące wieczory... Tak, to wszystko ma większy urok niż potężny mróz, naga ziemia, wiatr i kalesony...

A właśnie, kalesony. Śnieg spadł i musiałem wymienić opony zimowe. Nienawidzę tej czynności. Ona zawsze kończy się źle, bo albo założę zimówki i zima trwa w nieskończoność, albo założę zimówki i po paru dniach przychodzi ocieplenie trwające aż do samej wiosny. Tak czy siak jest niefajnie.

No więc idę do garażu i próbuję wygrzebać zimowe opony. Są. Leżą obok letnich opon teścia. Zaczynam wybierać moje, ale coś mi się nie zgadza. Coś jest wybitnie nie do pary, a w przypadku opon to pewnie problem.



Oglądam te opony, przekładam, sprawdzam numerację, nie zgadza mi się coś. Trzy opony mają nr 185/65, jedna ma 195. No co jest?! Jakim cudem? Sięgam po opony teścia, oglądam, czynność ta sprawia lekki dyskomfort, bo wiecie, ja mam piękne i zadbane dłonie pianisty, ale walczę z tymi oponami, sprawdzam i nic się nie zgadza. Teść ma same letnie. Ja zostaję z trzema pasującymi, jedną nie.

Trudno, idę do pobliskiego wulkanizatora. Opowiadam facetowi o wszystkim, a ten się łapie za głowę i woła swoich dwóch pomagierów.

- Jak pan tym jeździł? Przecież to przednia opona! Całą zimę by pana ściągało na prawo!

- No nie pamiętam, jak jeździłem... Jakoś jeździłem.

Szczerze mówiąc to ja nawet nie pamiętam, bym w zeszłym sezonie opony zmieniał. Po szpitalach się włóczyłem, zima była ciepła, więc może nawet nie zmieniałem opon, ale nic nie mówię, by się nie ośmieszyć przed fachowcami.

- A gdzie pan zmieniał? Bo te znaczki na oponach nie są nasze.

- W X - wymieniam nazwę pobliskiej miejscowości, gdzie chyba rok/dwa lata temu zmieniałem opony.

- No to wszystko jasne... Pewnie panu podmienili. Ostatnio była u nas kobieta, której zmieniali opony. Założyli jej trzy należące do niej, a jedną sobie wzięli. Bo im pasowała. Kobieta miała szczęście, bo na drugi dzień wjechała na śrubę. Przyjechała do mnie, a ja jej na to, że ma pani jedną inną oponę. A ona na to, że niemożliwe. I pojechała do nich się wykłócać.

Cóż, jak widzicie w naszym kraju nie można mieć większego zaufania do fachowców. Jak nie znasz się na wszystkim - od budowy lodówki po opony zimowe, od komputerów po kuchenki mikrofalowe - to masz spore prawdopodobieństwo, że zostaniesz oszukana.

Taki lajf... 

I tym bezbarwnym akcentem kończymy naszą relację.

PS

Pocieszcie mnie, że nie tylko mnie zrobiono w bambuko.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Witajcie w Nowym Roku

Witajcie po całych miesiącach milczenia. Cóż, zmobilizował mnie Zdesperowany (Marcin), który w komentarzu do poprzedniego wątku wszedł mi na ambicję/ Tak więc jestem.

Oto ja. Niewiele się zmieniło od ostatniego czasu. Przybyło obowiązków i zobowiązań. Wiecie, ja taki głupi jestem, że najpierw się na coś zgadzam, a potem sobie myślę, że debil jestem, że się zgodziłem. No więc biorę sobie na głowę kolejne obowiązki i jakoś. dzięki Bogu, udaje się coś tak zrobić. 

Nie dość, że zaangażowałem się w duży projekt edukacyjny (będę musiał 2,5 godziny udawać przed innymi polonistami z Polski, że mam jakieś pomysły na uczenie), to jeszcze mam pełno godzin w szkole. no i walczę z kontynuacją książki.

Powieść ukaże się w okolicach czerwca, więc na wakacje będzie jak znalazł. Tytuł wymyśliłem wczoraj w nocy. SIERPY KRONOSA, tak to będzie się zwało. Kupcie, będzie grubo. Dosłownie.

Może faktycznie się uaktywnię na polu blogerki życiowej, ale chcę uciec od polityki i tego całego syfu ze świata. Jest mi mroczno. gdy słucham wieści z kraju i ze świata, więc chyba ograniczę się do starego dobrego życiopisania.

A więc zaczynam na nowo i informuję: zimno jest, co mnie wkurza niemożliwie i zmusza do degenerujących zachowań. Musiałem założyć kalesony.

Czołem!