poniedziałek, 14 września 2015

Z apteki (przepraszam za temat taki nieco... eee

Jak może zacząć się tydzień, gdy człowiek wchodzi do apteki, by kupić coś przeciw-głowo-bólowego i widzi kolejkę, która ustawiła się niemal natychmiast po otwarciu, a w kolejce jako pierwszy stoi mężczyzna w sile wieku i mówi:


- ...i coś na zatwardzenia poproszę, bo mam ostatnio takie jakby stara baba rodziła.

No jak może się zacząć taki tydzień...

czwartek, 10 września 2015

Swoje obowiązki to ja znam, czyli jak oblałem pewien egzamin

Ekscytujemy się (i pewnie słusznie) kwestią uchodźców/emigrantów ekonomicznych. Przerzucamy się argumentami, że TAK, że NIE, że TAK, ALE... I tak dalej. W całej tej pyskówce, mniej lub bardziej udolnej wymianie ciosów, zabrzmiał też Papież, a potem niemal jednocześnie zabrzmiały jego tuby tutejsze - biskupi.

Cóż, Papież jak zawsze wyraził się jasno, wprost, ale jak to u niego w zwyczaju, słowa nie przystają do rzeczywistości. Znacie takich ludzi? Macie takich przełożonych, którzy rzucają hasło, machają rękami, niby motywują do działania, ale gdy się wgryźć w szczegóły, detale, okazuje się, że za prostym porywającym hasłem stoi problem, przy którym wyciągnięcie z dna oceanu "Titanica" to małe miki.

A więc mówisz, że mamy przyjmować uchodźców? Każda parafia, klasztor, sanktuarium? Tak? I co dalej? W miejscowości, w której pracuję, była rodzina syryjskich uciekinierów. Mieli zapewniony loka, pracę, szkołę (katolicką, bo to przecież chrześcijanie byli) i po jakimś czasie, nocą, pod osłoną ciemności, uciekli. Ponoć na Zachód...

Powinniśmy ich ścigać i przywiązać pasami, karmić kroplówkami i błagać, by dzieci do szkoły poszły?

I co pan powie, panie Franciszku?

To jeszcze nic. Festiwal hipokryzji, jaki oglądamy w środkach masowego ogłupiania, przypomina najczarniejsze czasy PRL-u. No bo jak mamy się czuć, gdy przystawia nam się do głów pistolet miłosierdzia i w sumie wprost mówi, że

albo jesteśmy chrześcijanami i przyjmujemy ludzi, wśród których mogą czaić się terroryści, ludzi obcych naszej kulturze, mentalności, ludzi, którzy w wiadomym celu do Europy przybywają (It's about the money, maaan...), ale jakoś do pracy zarobkowej się nie palą (vide Szwajcaria i w sumie każdy inny kraj europejski), ludzi, w których mamy widzieć ludzi, a nie jednostki naznaczone konkretnym pochodzeniem, wyznaniem, systemem wartości...

(gorzej, że nie ma czegoś takiego jak "po prostu człowiek", ale to już inna bajka)

albo jesteśmy źli, ksenofobiczni, egoistyczni, nie znamy pojęcia solidarności, empatii, nie jesteśmy godni do kościoła w niedzielę chodzić, bo to czysty faryzeim ociekający faszyzmem.

Cóż, najśmieszniejsze jest to, że najgłośniej wypowiedź papieża powtarzają ci, którzy wcześniej piali z zachwytu nad sekularyzującym się polskim i europejskim społeczeństwem. Pisali instrukcje, jak najłatwiej zdobyć akt apostazji. Cieszyli się jak dzieci obserwując, jak "Polacy coraz częściej wybierają wyjazd na Wyspy Kanaryjskie zamiast celebrowania sztywniackiego śniadania wielkanocnego." Media wałkujące bez przerwy temat zakonnic dręczących dzieci (gdzie Wasza troska o uchodźców? Może te betanki też spacyfikują jedno czy drugie syryjskie dziecko?), pedofilię wśród księży, apelują teraz do chrześcijańskich sumień Polaków.

Może być coś bardziej cynicznego? Bardziej przewrotnego?

Ja jako aplikujący do miana chrześcijanina, mając tak naiwnych przewodników stada, wolę nie ryzykować i nie wcielać w życie ich polityki miłości. Została we mnie resztka instynktu samozachowawczego, a także obserwuję uważnie to, co stało się w miejscach, w których na stałe osiedlili się obcy kulturowo przybysze. Jeżeli nie pochodzą z podobnego kręgu kulturowego, jest bieda. Mam problem.

Mój nauczyciel z liceum definiował go tak: "Wpuścisz chłopa do urzędu, a wypije ci atrament." Dziś widzimy, że wpuszczając obcych, nie możemy przesadnie liczyć ani na wdzięczność, ani na asymilację, ani na szacunek wobec tradycji miejsca, w jakim się znaleźli.

Europa jest po prostu głupia. Naiwna. Tak naiwna jak na przykład inny papież - Jan Paweł II, o którym słyszałem kiedyś takie zdanie: "On myślał, że wystarczy pokazać człowiekowi dobro, delikatnie go popchnąć we właściwą stronę, a wtedy ku dobru pójdzie." No ale ludzie rzadko kiedy tak działają. W stronę dobra zawrócą najczęściej wtedy, gdy totalnie się zeszmacą, idąc w stronę przeciwną.

Znamy to przecież - "Od jutra nie piję..."

Europa wierzy, że wystarczy mówić o wartościach, o prawach człowieka. Taka gadka-szmatka paraliżuje jakikolwiek zdroworozsądkowy odruch refleksji. "Zaraz, skoro oni nie traktują nas dobrze - powinien myśleć mieszkaniec Starego Kontynentu - to ja też nie muszę się z nimi certolić." Tak jednak nie myśli. On nie chce obrażać inności, chociażby ta inność na głowę mu wchodziła.

Ilustruje to w dość prosty sposób mało poprawna politycznie kreskówka "Captain Sweden." Nie będę wstawiał linki, wystarczy wpisać w YouTube.

Moje obowiązki wobec bliźniego kończą się tam, gdzie zaczyna się troska o moich najbliższych i nieco dalszych. Dokładnie tak to wygląda. To im jestem coś winny, cała reszta świata może najwyżej łaskawie poczekać, aż spojrzę w jego stronę. Być może to brzmi nieco egoistycznie, ale sam Jezus powiedział... A sprawdźcie sobie tu: MT 15, 21-28.

Cóż, nie będą mnie papież Franciszek i jego pomagierzy/klakierzy terroryzować wartościami chrześcijańskimi. O nie. Nawet gdyby miał zostać automatycznie wykreślonym z pewnego kółka i nie zdać egzaminu z "humanitaryzmu i uniwersalnych wartości europejskich", nie zmartwię się tym za bardzo. Wolę martwić się o najbliższych.



Aha,

wpłaciłem dziś pewną sumę na ratowanie pszczół. Satysfakcja gwarantowana.

wtorek, 8 września 2015

Jeszcze Polska...

Na fali ostatnich doniesień o niekontrowanym przyboju uchodźców (lub emigrantów ekonomicznych) postanowiłem zareagować pozytywnie. Na portalu społecznościowym (z twarzą w nazwie) już dosyć nadyskutowałem. Tutaj nieco spokojnie się odzywam. Zbieram więc pierwsze z brzegu obrazki z mojego/naszego kraju. Z miejsca, w którym żyjemy. W którym nasi rodzice żyli. Dziadkowie, pradziadkowie... 

Tak, taką Polskę widzę i chcę, by taką zastały ją moje dzieci, wnuki i prawnuki. Tak, możecie mnie podejrzewać o polonofilię, ale polonofilem jestem. Kocham ten kraj z wszystkimi jego patologiami, słabościami, niedostatkami. Bo to tutejsze patologie, moje także. Znam je. Oswojone są. Urodzone z naszej polskiej ziemi.

To miejsce, w które wrosłem i które ucząc języka polskiego jakoś tłumaczę. A jest co tłumaczyć, jest czego bronić i jest za czym tęsknić. Tak więc prezentuję się Wam tutaj w pełnej polonocentrycznej krasie. Zapraszam.





























piątek, 4 września 2015

Wartburg

Nie rozpieszczam moich elitarnych czytelników. Oj, niewielu Was zostało, niewielu... Blogowanie to przyjemność wielka, ale początkowy zapał szybko może zamienić się w rutynę i z pięknej wewnętrznej motywacji zostają zgliszcza, na których próbuje rosnąć motywacja zewnętrzna. 

Pisze się z przymusu, by "odbiorców nakarmić." A i inne media społecznościowe chyba powoli blogi zastępują. No bo któż nie lubi śledzić reakcji (nie)znajomych na statusy, fotki czy co tam jeszcze chcecie światu pokazać.

A przy okazji pokazywania światu czegokolwiek - jestem subskrybentem kilku sporych serwisów informacyjnych i tematycznych. I niestety powoli zaczynam tego żałować. Zalewa mnie taka fala beznadziejnie zredagowanych, wziętych z dupy, fałszujących priorytety artykułów, że zastanawiam się, kto u licha to wszystko pisze?!

Te pseudoodkrycia, te tanie sensacje z życia ludzi, których powinien znać każdy gapiący się w telewizor zombie, te żenujące, na siłę sensacyjne komentarze... To jest dziennikarstwo? - ja się pytam - to jest traktowanie na serio odbiorcy?

Nie, odpowiadam sam sobie. To szambo, które bulgoce. 



A blogi? A mój? To taki wartburg. Rzadko go teraz wyprowadzam z garażu i odpalam. Uruchamiam z trudem. Prowadzi się opornie. Rzadko kto się obejrzy, bo on taki jakby z innej epoki. Ani wizualnie nie powala, ani treść nie budzi wielkich emocji. 

Pozostał sentyment do niegdysiejszych wojaży. Niewiele więcej...

A tu się okazuje, że dziś odbieram pocztę, a tam mail z zapytaniem, czy zgadzam się odpłatnie umieścić na blogu "artykuł sponsorowany"... Dawno mnie nic tak nie zaskoczyło. 

Odpowiedziałem, że proszę o więcej informacji, konkretów. Ciekawy jestem, jak to się rozwinie. 

Jeszcze mi tego wartburga oblepią reklamami...