środa, 26 sierpnia 2015

V

Z dumą informuję, że MASZYNA DO PISANIA obchodzi dziś 

To jest blog humanisty.


5 rocznicę powstania. 

Dziękuję za Waszą obecność w tym zwariowanym roku. Działo się dobrze, działo się źle. Nie zawsze miałem siłę, czas i ochotę, by to wszystko relacjonować. Liczę jednak na to, że kolejny rok będzie lepszy od poprzedniego, co z humorem, swadą, biglem, błyskotliwie opiszę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Z automatu czy kulki?

Wakacje się kończą, więc temat będzie wakacyjny.

Lato=lody. To aksjomat. Nie ma o czym dyskutować... A w sumie okazuje się, że jest o czym. 

Nie lubię lodów "z papierka", tych wszystkich z oszronionych lodówek, poduszonych, połamanych, wrzuconych jak leci. Lodów na patyku, w plastikowych kubkach... No nie lubię.

Za to lody tzw. włoskie, z automatu, uwielbiam. Tak samo zresztą lody "kulkowe" są jak najbardziej w porządku. A gama smaków bije na głowę lody każdego innego gatunku. (Mój ulubiony smak to słony karmel przypominający cukierki toffi z PRL-u)

No i właśnie o lodach kulkowych teraz. 

Gdy byliśmy w Łagowie, trafiliśmy tam do rewelacyjnej małej budki z lodami produkowanymi przez miejscowych "lodziarzy". Smaków mieli od groma, większość spróbowałem. Rewelacja. A cena? 2 złocisze za jedną kulkę. Ale jakaż to była kula! Ogromna! Wylewała się z wafelka. Ledwie mieściła się w nim, tak była szczodrze nałożona. 

Moje dzieciaki, które za lody dałyby się namówić na zjedzenie szpinaku z dżemem, nie były w stanie poradzić sobie z dwiema takimi kulkami. 

Po wakacjach przyjeżdżam do mojego hrabstwa. Tam też widzę stoisko z lodami "kulkowymi" - cena za jedną wynosi 2,5 złotego. Ok, biorę. Dziewczyna nakłada mi tak miniaturową porcję, że niemal cały "słony karmel" ginie w wafelku. Jadę kilka dni później do Kalisza, do rodziców. (Do domu pracy twórczej, by pisać kontynuację pierwszej książki) Idę w miasto. Znów widzę szyld "LODY NATURALNE", podchodzę. Cena 2,5. Poproszę więc. I znów to samo. Miniaturowa kuleczka, na którą aż żal było patrzeć.

Wniosek?

Na wakacje oprócz wszystkiego, co się nam może przydać i nie przydać, należny również własną łyżkę do lodów zabrać. 

Najlepiej słusznych rozmiarów...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Się zbliża krokami wielkimi

Długo mnie nie było w pracy, oj za długo... Zdrowie, które w ciągu ostatniego roku mocno się popsuło, wraca do normy i chyba jest już w porządku, skoro tylko pozostała mi potężna migrena w przypadku zbliżającej się burzy lub lekkie kłucie w operowanym onegdaj brzuchu. Może i jedno, i drugie to takie zjawiska, do których muszę przywyknąć.

A co się zbliża? Nowy rok szkolny. Możecie mi nie wierzyć, ale już mi brakowało wrzawy na korytarzach, gadania o literaturze, uspokajania nieokrzesanych... Już się stęskniłem. I wracam od września. 

Wcześniej musiałem załatwić pozytywną opinię z medycyny pracy o zdolności do omawiania "Pana Tadeusza" lub "Ferdydurke", ale zapomniałem zapytać, czy mogę mieć na przykład taką niezdolność wybiórczą, czyli mogę uczyć w klasie, ale na radach pedagogicznych siedzieć to już niespecjalnie...

Tak więc zaczynam. Godzin mam akurat, klas też mam w sam raz. Nic tylko się cieszyć i nosić z dumą taką koszulkę:


piątek, 14 sierpnia 2015

Nie o morzu

Pierwsze od lat wakacje z dziećmi nie nad polskim morzem. Ile to już razy walczyliśmy o skrawek wolnej plaży, by ogrodzić się parawanami lub schować głowy w skromnym namiocie plażowym? Sześć? Pięć razy z rzędu?

Tym razem nie. Koniec dobrego, Bałtyku, zimny jesteś, sinice mi podsyłasz, bakteriami e-coli częstujesz (a ja nawet zwykłej coli nie lubię)… Musimy od siebie odpocząć. To nic osobistego.

Nie zapominam też o Twoich plażach, na których trzeba się stawić wcześnie rano, by móc pomarzyć o kawałku piasku. Pamiętam też tony chińskich pamiątek znad morza, smród kebabów, puszki po najtańszych piwach. Mam to na świeżo…

Wybraliśmy się pośrodku kanikuły do pięknej miejscowości położonej nad dwoma jeziorami. Łagów. Od Poznania odbijacie na Świecko. 100 kilometrów autostradą i już jesteście na miejscu.

O walorach turystycznych tego miejsca rozpisywać się nie będą za bardzo. Możecie sobie poczytać.  Ja nie o tym.

Mieszkaliśmy w „willi”, w której właściciele zmajstrowali 4 oddzielne wejścia. Komfort pewnej intymności był zapewniony. Chociaż muszę się Wam przyznać do jednej dziwnej słabości – przynajmniej dwa dni zajęło mi przyzwyczajenie się do naszego „apartamentu.” Dlaczego? Może też tak macie – gdy wchodzę do obcego domu, do domu, w którym uparcie trwa zwykłe życie, często nie umiem przywyknąć do zapachu innej rodziny. Nie moje ubrania, potrawy, meble, kosmetyki. Inne wszystko.

Tym razem było podobnie. Lubię puste, niemal sterylne i minimalistyczne wnętrza hoteli, moteli, pensjonatów. Lubię, gdy jest szeroko i płasko na półkach… A w naszej kwaterze milion drobnych pierdółek. Ozdoby, grafiki na ścianach, figurki, kompozycje z suchych kwiatów, miedzioryty, zdjęcia okolicy… Gdzie się człowiek nie obrócił, uświadamiał sobie, że to jednak CZYJŚ dom. Musiałem przywyknąć.

Jezioro piękne. No piękne i już. Czysta woda. Tak czysta, że człowiek widział dno, a jednocześnie wiedział, że w tym miejscu „już go kryje.” Jezioro otoczone bukowymi lasami. Nie czuć upału. Gdy cała Polska zdychała z gorąca, ja się w cieniu kryłem lub wariowałem z dzieciakami w wodzie. Skłamałbym, że ja, którym każdy upał przesiedziałbym w piwnicy, czułem się niekomfortowo.

Kilka scenek takich:

Wchodzę do wody. Najpierw ciut chłodna. Trza przywyknąć. Potem już się rzucam. Przeszywa mnie przyjemny dreszcz. Niestety trochę chlapię naokoło i kilka kropel trafia w starszą panią, która w towarzystwie męża dopiero przyzwyczaja się do jeziora. Kobieta wzdryga się zabawnie.
- Oj, przepraszam – mówię.
- Nic nie szkodzi – odpowiada.
A jej mąż na to:
- Mówi, że nic nie szkodzi, a potem wyciągnie toporek i ubije.
Taki żarcik.

Inna, taka bardzo moja sytuacja: Wychodzę z jeziora. Dużo pływałem. Zmęczony, oszołomiony nieco zmęczeniem. Stoję na swoim kocu. Zamyślony. I... zaczynam zdejmować mokre kąpielówki. W porę się zorientowałem, że wokół pełno ludzi.

Serio.

Przyjemnie ze mną podróżować, mówię Wam.
Tymczasem kończę. Tak bez pointy ani bez puenty.