wtorek, 30 czerwca 2015

O przygodach, gdy się miesza od ulicy

Dziś rano wychodzę po pieczywo. Drożdżówki. Rozpieśćmy się nieco na początku wakacji. Szybko się uwinąłem, bo w moim miasteczku nigdzie daleko nie jest. Wracam. Podchodzę do drzwi i… chwila, przecież je zamykałem, a są otwarte. Wchodzę i widzę, że w korytarzu stoi jakiś dziadek. Autentyczny stary dziadek, pomarszczony jak zasuszone jabłko, przygarbiony, przygnieciony wiekiem.

- Słucham – nieco atakuję, nie chcę, ale atakuję. Szorstko brzmię.

Dziadek tłumaczy, że przywiózł zepsutą pralkę do mojego teścia, ale warsztat zamknięty („Przecież to ósma rano, chłopie” – myślę sobie), więc chciał sprawdzić, czy jest ktoś w domu… Tak coś zaczął tłumaczyć. Dobra, dobra, mówię, otworzę ten warsztat i wezmę tę pralkę.

Wtaszczyłem tę FRANIĘ do warsztatu. Dziadek, do którego złość po czasie mi minęła, ukłonił się grzecznie. Okazało się, że mieszka na wsi. Nie ma telefonu, dzięki któremu mógłby zadzwonić i dowiedzieć się, jak wygląda sprawa naprawy pralki.

Na pożegnanie uścisnął mi rękę. Najpierw lewą, potem prawą i odjechał swoim maluchem.

Dlaczego mnie to aż tak ruszyło? Cóż… Zdałem sobie sprawę, że w innych kulturach, choćby gdzieś na mitycznym Zachodzie lub jeszcze dalej taki dziadek musiałby się liczyć z tym, że ktoś wyceluje w niego strzelbę, bo wiecie „My Home is my Castel.” Zresztą ja też, wychowujący się w zwykłym średnim polskim mieście, mam wpojone przekonanie, że NIE WOLNO wchodzić komuś do domu. Można pukać, dzwonić, ale gdy nikt nie odpowiada, odchodzę spod drzwi. No tak już jakoś mam.

Skąd więc taki dziadek i jego bezceremonialne wejście? Myślę sobie – wieś. W żadnym negatywnym znaczeniu. Po prostu stara dobra wiejska gościnność, która pozwala na wejście komuś do domu bez zapowiedzi, bez umawiania się, bez tego całego Wersalu. Dziadek zachował się najnaturalniej na świecie.

I dlatego złość szybko mi przeszła i tak sobie jak dorosły antropolog wszystko ładnie wytłumaczyłem.

Dom i Córa przed.

Miałem już zresztą podobne niespodzianki. Siedzę przy komputerze. Nagle katem oka widzę otwierające się drzwi do domu. Myślę sobie, że teściowa wróciła z zakupów. Ale coś mi nie pasowało. Idę i niemal na zawał nie padłem, bo w korytarzu stoi jakaś starsza posępna kobieta.

- Ma pan jakieś stare meble na sprzedaż? – zapytała, a ja przez chwilę nie wiedziałem, czy chce mnie w wysublimowany sposób obrazić czy jak…

- Nie, nie mam. Do widzenia – wypchnąłem ją niemal na ulicę. Oj, wkurzyłem się wtedy. Wkurzyłem.

Innym razem ktoś dzwoni do drzwi. O, dzwonią ludzie. W końcu. Otwieram, a tam jakaś dziwna pulchniutka kobieta z wyglądu Eskimoska.

- Czy tu jest jakiś pokój do wynajęcia?

- Co?


- No bo w tych dwóch oknach tak długo żaluzje są opuszczone, że pomyślałam sobie…

8 komentarzy:

  1. Ale jak tak do domu, kurczę, się pakować? Tego dziadka jeszcze rozumiem, ale pozostałe dwie kobiety? Zresztą chyba nawet na wsi, to okej, sąsiedzi, znajomi, owszem, ale całkiem obcy ludzie chyba nie wchodzą do domów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz... Całe życie przeżyjesz, a nie zrozumiesz niektórych zakamarków ludzkich decyzji.

      pzdr

      Usuń
  2. Ja mam ekstremalny przypadek my home/room is my castle i chyba bym takiej przygody nie przeżyła, umarłabym na pękniętą ze złości żyłkę :P

    Eskimoska przednia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc w jednym klubie jesteśmy.

      pzdr

      Usuń
  3. Jakiej cudownej dwuznaczności nabrał tytuł posta ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, tytuł posta uroczy :)
    Wchodzić do cudzych domów nie należy, to prawda. Dobrze by było jednak, aby wszyscy właściciele domów i mieszkań mieli skuteczne dzwonki. Ileż to razy nie mogłem wywołać domowników do drzwi, chociaż wiedziałem, że są w środku. Wtedy pozostaje tylko nacisnąć klamkę. Na szczęście nie mieszkamy w USA :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niech Wam będzie, że tytuł taki zostawię. Literka zżarta i tyle radości. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to już bardzo dziwne, że literka zżarta, a ona właśnie dodaje najwięcej smaczku ;-)

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.