środa, 18 marca 2015

Raport, cz.II

VII

Przychodzi niedziela. Żadnych operacji, zabiegów, czas zwalnia, nawet w takim przybytku jak szpital. Lekarz dyżurny co jakiś czas przemyka przez oddział. Zmieniane są opatrunki. Obiad nawet jakiś taki bardziej odświętny; to znaczy do się to coś zjeść. 

Znalazłem szpitalną kaplicę i mówię sobie: idę, co tam, pomodlę się, jestem w końcu na siłach, więc czemu nie. Nie zaszkodzi przecież. A i rutynę kolejnych dni jakoś przerwę.

Idę po schodach. Otwieram drzwi. Wchodzę do wypełnionej pacjentami kapliczki. Wszystko w drewnie. Okno zamknięte, bo lodowaty wiatr z zewnątrz. Kilka świętych obrazów. Tabernakulum niewielkie. Ołtarz niemal jak polowy. Chudy wysoki kapłan.

Wszyscyśmy w szlafrokach. Kobiety, głównie one, ale też paru mężczyzn. Starszych. Niektórzy z opatrunkami, cewnikami. Niemal każdy ma stygmaty - wbite w dłonie wenflony.

Modlimy się. Chóralnie. Śpiewamy. Wpatrujemy w krzyż wiszący nad ołtarzem. Podniośle się robi. Przynajmniej tak to czuję, a potem nagle wyrasta ze mnie nauczyciel i zaczynam widzieć to wszystko w kategoriach baroku, sarmatyzmu.

Oto my, sarmaci, szlachta poraniona w swoich kontuszach frotte.

VIII

Ja wciąż czekałem na operację. Wokół mnie zmieniali się ci, których szybciej obsługiwano. Traf chciał, że zawsze sąsiednie łóżka zajmowali panowie w wieku postprodukcyjnym. Rodzili się jak mój ojciec tuż (lub prawie tuż) po drugiej wojnie światowej. Całe dorosłe życie strawili w PRL-u. Skończyli szkoły, studia, odbębnili wojsko, znaleźli się w jakichś zawodach, pożenili się i dzieci napłodzili. 

Dziś powoli dogasają ich świece i zbiera im się na wspomnienia. Chociaż nie, samych wspomnień jest stosunkowo mało. O wiele więcej żółci i goryczy, które wzbierają w nich, gdy zaczną porównywać świat, w którym żyli, ze światem, z którego przyjdzie im odejść.

Porównanie zawsze wypada na korzyść przeszłości. I nie dajmy się zwieść - to nie chodzi o utraconą lub zamkniętą w PRL-u młodość. Tu chodzi o coś bardziej namacalnego, konkretnego.

Największe rozczarowanie dotyczyło ostatnich 25 lat istnienia "wolnej Polski." I nie mówili o tym ludzi, których bym podejrzewał o sympatie komunistyczne. Mówili to drobni inżynierowie, nauczyciele przedmiotów zawodowych, rolnicy, mechanicy. Sami konkretni profesjonaliści, którzy przykładali się do budowy Polski ludowej, a potem obserwowali jak wszystko było niszczone, złodziejsko prywatyzowane, dewastowane...

Nie mówili o represjach, o cenzurze, o braku jakichś tam swobód obywatelskich, ale mówili o tym, że mieliśmy swoje zakłady pracy, swój przemysł, transport, szkoły. Układy w zakładach pracy były zdrowsze niż dzisiaj, gdy "nowa szkoła zarządzania" zmusza różnych psycholi do poniewierania pracownikami. Niewolnikami.

Tego się nasłuchałem.

Głucha wściekłość buzowała we mnie, gdy wchłaniałem kolejne przykłady niszczenia polskich zakładów pracy, polskich fabryk, przedsiębiorstw, browarów... 

Nie mamy tak naprawdę nic, dotarło do mnie. I powróciła myśl - dziś ci, którzy w młodości budowali Polskę, tuż przed emeryturą zakładają uniformy jakiejś firmy ochroniarskiej i pilnują tego niczego.

Gorzko i smutno.

5 komentarzy:

  1. Drogi Antku,
    Z tą szlachtą to trochę poniosła Cię fantazja. Większość Polaków to potomkowie chłopstwa i nie inaczej musiało być w Twoim szpitalu :)
    Oni nie strawili życia w PRL-u, jak piszesz. Oni je przeżyli. Pamiętam tamten ustrój i pamiętam, że ludzie wcale nie siedzieli wtedy pogrążeni w marazmie, czekając na koniec swojego ponurego życia. To trudne do wytłumaczenia, czym się różniło życie w PRL od dzisiejszego. Przypuszczam, że młode pokolenie nie może tego dobrze zrozumieć, nie ma takich doświadczeń. Powiedzieć, że wtedy brakowało papieru toaletowego i teraz jest go full, to nie powiedzieć nic. Klimatu stosunków międzyludzkich z tamtego okresu się nie opowie. Faktem jest, że poczucie bycia u siebie, we własnym kraju było wtedy silne. Teraz wielu ludzi ma własny komputer, samochód, ciuchy i niewiele więcej. Nieprawdą jest, że wszystko rozkradziono i zmarnowano, ale że wiele zniszczono bez potrzeby to prawda, a zawsze najbardziej widzi się to, co złe, nie to, co dobre. Prawda jest we wszystkich ludzkich słowach, chociaż nie każde słowo jest prawdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś sporo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że nie ma jednej prawdy o PRL-u. (Pewnie nie ma też żadnej jednej prawdy o jakiejkolwiek przeszłości). Mój Ojciec zapytany kiedyś przeze mnie, jak się w Kaliszu żyło za komuny, odpowiedział: "Kto wtedy był świnią, był świnią i potem."

      Inni mogliby się oburzać, perorować, że jesteśmy w wolnym kraju i takie tam, ale istnieje silne przeświadczenie, że stosunki społeczne, międzyludzkie wcale nie mają związku (przynajmniej silnego) z systemem politycznym. Raczej z systemem gospodarczym. Wściekły dziki kapitalizm zamienił nas w szczury, które patrzą wilkiem na siebie.

      Szczury, wilki...

      Usuń
    2. Z tym ostatnim, to chyba trafiłeś. Ja tam specjalnych wspomnień z PRL-u nie mam a właściwie nie mam takich związanych z nim, bo niby czasy sprzed przełomu pamiętam, ale nie są to wspomnienia, w których się odbija polityka i ideologia. Za to pamiętam, że znałem wszystkich sąsiadów a właściwie wszystkich mieszkańców osiedla, nie tylko tych zza płotu. U jednych byliśmy kiedyś z rodzicami - dorośli oglądali jakiś film na video a my jedliśmy wyrób czekoladopodobny. W każdym razie było tak, że jak ktoś miał video, to czasem zapraszał sąsiadów. I od każdego można było pożyczyć jajko albo szklankę mąki. A dziś - sąsiadom mówię 'dzień dobry', ale żebym tak znał ich z nazwiska, to już nie koniecznie. Nie ma czasu na zacieśnianie więzi albo nie ma na to ochoty. I nie ma potrzeby, bo wszyscy wszystko mają.
      Czasy są teraz takie, że wszyscy się skupiają na sobie, to jest chyba podstawowa różnica. Może te szczury i wilki to lekka przesada, ale potrzeby bliskości nie ma.

      Usuń
  2. Mój ojciec podobnie mówi.
    Ja urodziłam się pod koniec PRLu, więc można powiedzieć, że nic nie pamiętam. Ale i bez tego porównania wiem, że dzisiaj jest bardzo źle, a jutro wygląda niewiele lepiej. Rodzą się już pewne zmiany, ale na razie trudno przewidzieć, w którą stronę pójdą.

    Od firm ochroniarskich trzymać się z daleka. Niedawno w takiej staż odbywałam (na szczęście krótko). To, co się tam wyprawiało i jak traktowali ludzi... W głowie się ledwo mieści. Dość powiedzieć, że ludziom z wypłatami po pół roku zalegali, a nikomu nie płacili składek, chyba tylko "szefostwo" sobie. O innych rzeczach miłościwie nie wspomnę.



    OdpowiedzUsuń
  3. Pomijając PRL - fajnie, że wróciłeś!!!!
    :))))))

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.