wtorek, 31 marca 2015

Trzecie dziecko

Mierzy ciut ponad 19 centymetrów. Waga? Ciężko stwierdzić, bo waga kuchenna się zepsuła. W dłoni nieźle się układa. 

Proszę Państwa, dumny autor z egzemplarzem autorskim:


Do nabycia od dzisiaj tutaj lub po Świętach w księgarniach w kraju. To znaczy w Polsce.

Nie polecam, bo trochę nie wypada. ;-)

PS

Na chwilę zawieszam pisanie o chorobach. Swoje jeszcze przeżyję, niestety...

środa, 18 marca 2015

Raport, cz.II

VII

Przychodzi niedziela. Żadnych operacji, zabiegów, czas zwalnia, nawet w takim przybytku jak szpital. Lekarz dyżurny co jakiś czas przemyka przez oddział. Zmieniane są opatrunki. Obiad nawet jakiś taki bardziej odświętny; to znaczy do się to coś zjeść. 

Znalazłem szpitalną kaplicę i mówię sobie: idę, co tam, pomodlę się, jestem w końcu na siłach, więc czemu nie. Nie zaszkodzi przecież. A i rutynę kolejnych dni jakoś przerwę.

Idę po schodach. Otwieram drzwi. Wchodzę do wypełnionej pacjentami kapliczki. Wszystko w drewnie. Okno zamknięte, bo lodowaty wiatr z zewnątrz. Kilka świętych obrazów. Tabernakulum niewielkie. Ołtarz niemal jak polowy. Chudy wysoki kapłan.

Wszyscyśmy w szlafrokach. Kobiety, głównie one, ale też paru mężczyzn. Starszych. Niektórzy z opatrunkami, cewnikami. Niemal każdy ma stygmaty - wbite w dłonie wenflony.

Modlimy się. Chóralnie. Śpiewamy. Wpatrujemy w krzyż wiszący nad ołtarzem. Podniośle się robi. Przynajmniej tak to czuję, a potem nagle wyrasta ze mnie nauczyciel i zaczynam widzieć to wszystko w kategoriach baroku, sarmatyzmu.

Oto my, sarmaci, szlachta poraniona w swoich kontuszach frotte.

VIII

Ja wciąż czekałem na operację. Wokół mnie zmieniali się ci, których szybciej obsługiwano. Traf chciał, że zawsze sąsiednie łóżka zajmowali panowie w wieku postprodukcyjnym. Rodzili się jak mój ojciec tuż (lub prawie tuż) po drugiej wojnie światowej. Całe dorosłe życie strawili w PRL-u. Skończyli szkoły, studia, odbębnili wojsko, znaleźli się w jakichś zawodach, pożenili się i dzieci napłodzili. 

Dziś powoli dogasają ich świece i zbiera im się na wspomnienia. Chociaż nie, samych wspomnień jest stosunkowo mało. O wiele więcej żółci i goryczy, które wzbierają w nich, gdy zaczną porównywać świat, w którym żyli, ze światem, z którego przyjdzie im odejść.

Porównanie zawsze wypada na korzyść przeszłości. I nie dajmy się zwieść - to nie chodzi o utraconą lub zamkniętą w PRL-u młodość. Tu chodzi o coś bardziej namacalnego, konkretnego.

Największe rozczarowanie dotyczyło ostatnich 25 lat istnienia "wolnej Polski." I nie mówili o tym ludzi, których bym podejrzewał o sympatie komunistyczne. Mówili to drobni inżynierowie, nauczyciele przedmiotów zawodowych, rolnicy, mechanicy. Sami konkretni profesjonaliści, którzy przykładali się do budowy Polski ludowej, a potem obserwowali jak wszystko było niszczone, złodziejsko prywatyzowane, dewastowane...

Nie mówili o represjach, o cenzurze, o braku jakichś tam swobód obywatelskich, ale mówili o tym, że mieliśmy swoje zakłady pracy, swój przemysł, transport, szkoły. Układy w zakładach pracy były zdrowsze niż dzisiaj, gdy "nowa szkoła zarządzania" zmusza różnych psycholi do poniewierania pracownikami. Niewolnikami.

Tego się nasłuchałem.

Głucha wściekłość buzowała we mnie, gdy wchłaniałem kolejne przykłady niszczenia polskich zakładów pracy, polskich fabryk, przedsiębiorstw, browarów... 

Nie mamy tak naprawdę nic, dotarło do mnie. I powróciła myśl - dziś ci, którzy w młodości budowali Polskę, tuż przed emeryturą zakładają uniformy jakiejś firmy ochroniarskiej i pilnują tego niczego.

Gorzko i smutno.

piątek, 6 marca 2015

Raport, cz.I

I

"Nieszczęśliwi chętnie słuchają o swoich nieszczęściach" napisał kiedyś tam Seneka. Jeżeli to prawda, rzadko kiedy byłem nieszczęśliwy. A już na pewno nie byłem nieszczęśliwy w szpitalu. Ani jednym ani drugim. 

II

Mam w głowie masę przykładów literatury "szpitalnej." Mój ulubieniec, Miron Białoszewski, umiał się rozpisać. Jego "Zawał" to pyszny kawałek prozy na temat sal chorych, korytarzy, powolnego przywracania własnego ciała do użytku. Na temat pacjentów, lekarzy, odwiedzających. 

Ale Białoszewski miał słuch absolutny. Czuł rytmy ludzkiej codziennej paplaniny. Miał niezłą pamięć, która pozwalała mu zatrzymać i wypuścić na papier to, co podejrzał, podsłuchał. W czym sam brał udział.

Ja tak nie umiem. 

III

Na onkologię trafiłem w pewien czwartek. Oddział chirurgiczny. Wpierw jednak musiałem przedostać się przez śluzę rejestracji. Tam odesłano mnie pod odpowiedni pokój, skąd miał mnie wywołać lekarz. 

Trafiłem. Tak, trafiłem do miejsca, gdzie czekało już około 50 osób. Część z nich z walizkami, torbami, siatkami. A więc z nimi dzielić będę niepewny los? Część twarzy staram się zapamiętać, by mieć orientację w czasie - ile oni, a ile poleżymy.

Lekarz w końcu wyłania się ze swojego gabinetu i wywołuje po nazwisku szczęśliwców. Dostaniemy łóżka i czarującą opiekę pielęgniarską. Podźgają nas igłami, zważą nas, opiszą jako przypadki. Prześwietlą. 

Wjeżdżam więc windą na właściwe piętro. Rejestrują mnie, wpisują, przypisują numer pokoju i łóżko. 

Czuję się zameldowany. Zasiedliłem się w dwuosobowym pokoju. Komfortowo. 

III

Po pobraniu krwi (ofiara złożona bóstwom?) idę do swojego pokoju. Przebieram się w piżamę (jej górna część może mylić, do złudzenia przypomina elegancką koszulę), szlafrok (takoż elegancki) i zaczynam kursować po korytarzu. 

Badam teren. Rozglądam się. Wytyczam sobie ścieżki, którymi będę miał chodzić kolejne dni. Mapuję przestrzeń. Zadamawiam się. 

Stanowisko pielęgniarskie zdobi akwarium. W nim malutki słodki krab. Kazio.

Poznam go bardzo dobrze. Jego zwyczaje, sposób karmienia, fazy snu i czuwania.

IV

Przedziwna rzecz. Przedziwna. Pierwsza, na którą zwróciłem uwagę. 

Na parterze szpitala znajduje się całkiem nieźle zaopatrzony bufet, kilka automatów z przyzwoitą kawą. Chcąc tam trafić, trzeba zjechać windą i przejść przez tłumy "zwykłych" ludzi, którzy przychodzą z Zewnątrz. 

Zwykłych, ubranych w kurtki i płaszcze, ludzi, wśród których człowiek w piżamie, szlafroku i kapciach czuć się może cokolwiek dziwnie.

Śniło Wam się kiedyś, że szliście do pracy lub do szkoły w bieliźnie lub całkiem nago? Pewnie tak. Ja kilka razy dziennie przezywałem ten stan na jawie. Paraduję w negliżu niemal między ludźmi i tłumię w sobie wrażenie dziwności, osobliwości. 

Czuję się surrealistycznie. Jakbym odtwarzał senne majaki. 

Przypominam sobie nagle, że kiedyś śniła mi się pielęgniarka robiąca strip-tease...

V

Sąsiad z pokoju już był po operacji. Wycięto mu coś z jelita. Trzeba przyznać, że dzielnie walczył z późniejszym bólem, powtarzając swoje "ja pierdylę, ja pierdylę." 

Dostało mu się nawet od personelu za to, że nie prosił w nocy o środki przeciwbólowe. 

- Nie chciałem nikomu przeszkadzać w nocy, jeszcze by siostry pomyślały, że taki marudliwy jestem.

Nie rozmawialiśmy za dużo. Zgasić światło? Zapalić światło? Tylko tyle.

Za dużo barier. 

VI

Miałem problemy z komunikacją. Kilka dni, powiedzmy, że niemal tydzień czasu czekania na operację, upłynęło mi między innymi na uświadamianiu sobie, jak trudno mi przełamać się i wdać się w rozmowę w drugim człowiekiem.

Widziałem jak zupełnie obcy ludzie (z reguły kobiety, starsze) w ciągu kilku minut zawiązywali tak żywą i serdeczną rozmowę, jakby znali się od lat. Zarzewiem rozmowy były oczywiście historie przebytych chorób, szlak bojowy (od lekarza rodzinnego po stół operacyjny), dzieje ciała.

Śmiech mieszał się z westchnieniami, żal z nadzieją. Tak rozmawiają ludzie, myślę sobie, ja tak nie umiem. 

Gdy zapytano mnie: "Co taki młody tu robi?", odpowiadałem, ale byłem skrępowany. Nie umiałem wejść na tę ścieżkę nieszczęścia prowadzącą do nawiązania kontaktu. Miałem wrażenie, że opowiadając o moich przypadłościach, chwalę się.

Jestem za skromny na moją chorobę.

wtorek, 3 marca 2015

Po walce

Po 26 dniach w dwóch szpitalach, posiniaczony po dziesiątkach igieł, z wizją kolejnego leczenia (choć mam nadzieję już tylko prewencyjnego), jestem już w domu.



Popracuję nad dłuższym wpisem, by oddać całą złożoną materię polskiego szpitalnictwa, ale musicie się jeszcze w cierpliwość uzbroić, a ja sił nabrać.

Tymczasem śmiać się za mocno nie mogę, bo rozcięty brzuch jeszcze trochę czuję. Za dużo chodzić też mi raczej nie wolno, chociaż wczoraj odwiedziłem fryzjera, który zgolił mi brodę - przez całą hospitalizację ani razu się nie ogoliłem i jak Wiking wyglądałem. 

"Chociaż broda pana nie postarza, odwrotnie" - powiedział mi współtowarzysz cierpienia z sali, w której leżeliśmy.

Bywajcie zdrowi! Za kilka dni postaram się wrzucić dłuuugi wpis.