poniedziałek, 14 września 2015

Z apteki (przepraszam za temat taki nieco... eee

Jak może zacząć się tydzień, gdy człowiek wchodzi do apteki, by kupić coś przeciw-głowo-bólowego i widzi kolejkę, która ustawiła się niemal natychmiast po otwarciu, a w kolejce jako pierwszy stoi mężczyzna w sile wieku i mówi:


- ...i coś na zatwardzenia poproszę, bo mam ostatnio takie jakby stara baba rodziła.

No jak może się zacząć taki tydzień...

czwartek, 10 września 2015

Swoje obowiązki to ja znam, czyli jak oblałem pewien egzamin

Ekscytujemy się (i pewnie słusznie) kwestią uchodźców/emigrantów ekonomicznych. Przerzucamy się argumentami, że TAK, że NIE, że TAK, ALE... I tak dalej. W całej tej pyskówce, mniej lub bardziej udolnej wymianie ciosów, zabrzmiał też Papież, a potem niemal jednocześnie zabrzmiały jego tuby tutejsze - biskupi.

Cóż, Papież jak zawsze wyraził się jasno, wprost, ale jak to u niego w zwyczaju, słowa nie przystają do rzeczywistości. Znacie takich ludzi? Macie takich przełożonych, którzy rzucają hasło, machają rękami, niby motywują do działania, ale gdy się wgryźć w szczegóły, detale, okazuje się, że za prostym porywającym hasłem stoi problem, przy którym wyciągnięcie z dna oceanu "Titanica" to małe miki.

A więc mówisz, że mamy przyjmować uchodźców? Każda parafia, klasztor, sanktuarium? Tak? I co dalej? W miejscowości, w której pracuję, była rodzina syryjskich uciekinierów. Mieli zapewniony loka, pracę, szkołę (katolicką, bo to przecież chrześcijanie byli) i po jakimś czasie, nocą, pod osłoną ciemności, uciekli. Ponoć na Zachód...

Powinniśmy ich ścigać i przywiązać pasami, karmić kroplówkami i błagać, by dzieci do szkoły poszły?

I co pan powie, panie Franciszku?

To jeszcze nic. Festiwal hipokryzji, jaki oglądamy w środkach masowego ogłupiania, przypomina najczarniejsze czasy PRL-u. No bo jak mamy się czuć, gdy przystawia nam się do głów pistolet miłosierdzia i w sumie wprost mówi, że

albo jesteśmy chrześcijanami i przyjmujemy ludzi, wśród których mogą czaić się terroryści, ludzi obcych naszej kulturze, mentalności, ludzi, którzy w wiadomym celu do Europy przybywają (It's about the money, maaan...), ale jakoś do pracy zarobkowej się nie palą (vide Szwajcaria i w sumie każdy inny kraj europejski), ludzi, w których mamy widzieć ludzi, a nie jednostki naznaczone konkretnym pochodzeniem, wyznaniem, systemem wartości...

(gorzej, że nie ma czegoś takiego jak "po prostu człowiek", ale to już inna bajka)

albo jesteśmy źli, ksenofobiczni, egoistyczni, nie znamy pojęcia solidarności, empatii, nie jesteśmy godni do kościoła w niedzielę chodzić, bo to czysty faryzeim ociekający faszyzmem.

Cóż, najśmieszniejsze jest to, że najgłośniej wypowiedź papieża powtarzają ci, którzy wcześniej piali z zachwytu nad sekularyzującym się polskim i europejskim społeczeństwem. Pisali instrukcje, jak najłatwiej zdobyć akt apostazji. Cieszyli się jak dzieci obserwując, jak "Polacy coraz częściej wybierają wyjazd na Wyspy Kanaryjskie zamiast celebrowania sztywniackiego śniadania wielkanocnego." Media wałkujące bez przerwy temat zakonnic dręczących dzieci (gdzie Wasza troska o uchodźców? Może te betanki też spacyfikują jedno czy drugie syryjskie dziecko?), pedofilię wśród księży, apelują teraz do chrześcijańskich sumień Polaków.

Może być coś bardziej cynicznego? Bardziej przewrotnego?

Ja jako aplikujący do miana chrześcijanina, mając tak naiwnych przewodników stada, wolę nie ryzykować i nie wcielać w życie ich polityki miłości. Została we mnie resztka instynktu samozachowawczego, a także obserwuję uważnie to, co stało się w miejscach, w których na stałe osiedlili się obcy kulturowo przybysze. Jeżeli nie pochodzą z podobnego kręgu kulturowego, jest bieda. Mam problem.

Mój nauczyciel z liceum definiował go tak: "Wpuścisz chłopa do urzędu, a wypije ci atrament." Dziś widzimy, że wpuszczając obcych, nie możemy przesadnie liczyć ani na wdzięczność, ani na asymilację, ani na szacunek wobec tradycji miejsca, w jakim się znaleźli.

Europa jest po prostu głupia. Naiwna. Tak naiwna jak na przykład inny papież - Jan Paweł II, o którym słyszałem kiedyś takie zdanie: "On myślał, że wystarczy pokazać człowiekowi dobro, delikatnie go popchnąć we właściwą stronę, a wtedy ku dobru pójdzie." No ale ludzie rzadko kiedy tak działają. W stronę dobra zawrócą najczęściej wtedy, gdy totalnie się zeszmacą, idąc w stronę przeciwną.

Znamy to przecież - "Od jutra nie piję..."

Europa wierzy, że wystarczy mówić o wartościach, o prawach człowieka. Taka gadka-szmatka paraliżuje jakikolwiek zdroworozsądkowy odruch refleksji. "Zaraz, skoro oni nie traktują nas dobrze - powinien myśleć mieszkaniec Starego Kontynentu - to ja też nie muszę się z nimi certolić." Tak jednak nie myśli. On nie chce obrażać inności, chociażby ta inność na głowę mu wchodziła.

Ilustruje to w dość prosty sposób mało poprawna politycznie kreskówka "Captain Sweden." Nie będę wstawiał linki, wystarczy wpisać w YouTube.

Moje obowiązki wobec bliźniego kończą się tam, gdzie zaczyna się troska o moich najbliższych i nieco dalszych. Dokładnie tak to wygląda. To im jestem coś winny, cała reszta świata może najwyżej łaskawie poczekać, aż spojrzę w jego stronę. Być może to brzmi nieco egoistycznie, ale sam Jezus powiedział... A sprawdźcie sobie tu: MT 15, 21-28.

Cóż, nie będą mnie papież Franciszek i jego pomagierzy/klakierzy terroryzować wartościami chrześcijańskimi. O nie. Nawet gdyby miał zostać automatycznie wykreślonym z pewnego kółka i nie zdać egzaminu z "humanitaryzmu i uniwersalnych wartości europejskich", nie zmartwię się tym za bardzo. Wolę martwić się o najbliższych.



Aha,

wpłaciłem dziś pewną sumę na ratowanie pszczół. Satysfakcja gwarantowana.

wtorek, 8 września 2015

Jeszcze Polska...

Na fali ostatnich doniesień o niekontrowanym przyboju uchodźców (lub emigrantów ekonomicznych) postanowiłem zareagować pozytywnie. Na portalu społecznościowym (z twarzą w nazwie) już dosyć nadyskutowałem. Tutaj nieco spokojnie się odzywam. Zbieram więc pierwsze z brzegu obrazki z mojego/naszego kraju. Z miejsca, w którym żyjemy. W którym nasi rodzice żyli. Dziadkowie, pradziadkowie... 

Tak, taką Polskę widzę i chcę, by taką zastały ją moje dzieci, wnuki i prawnuki. Tak, możecie mnie podejrzewać o polonofilię, ale polonofilem jestem. Kocham ten kraj z wszystkimi jego patologiami, słabościami, niedostatkami. Bo to tutejsze patologie, moje także. Znam je. Oswojone są. Urodzone z naszej polskiej ziemi.

To miejsce, w które wrosłem i które ucząc języka polskiego jakoś tłumaczę. A jest co tłumaczyć, jest czego bronić i jest za czym tęsknić. Tak więc prezentuję się Wam tutaj w pełnej polonocentrycznej krasie. Zapraszam.





























piątek, 4 września 2015

Wartburg

Nie rozpieszczam moich elitarnych czytelników. Oj, niewielu Was zostało, niewielu... Blogowanie to przyjemność wielka, ale początkowy zapał szybko może zamienić się w rutynę i z pięknej wewnętrznej motywacji zostają zgliszcza, na których próbuje rosnąć motywacja zewnętrzna. 

Pisze się z przymusu, by "odbiorców nakarmić." A i inne media społecznościowe chyba powoli blogi zastępują. No bo któż nie lubi śledzić reakcji (nie)znajomych na statusy, fotki czy co tam jeszcze chcecie światu pokazać.

A przy okazji pokazywania światu czegokolwiek - jestem subskrybentem kilku sporych serwisów informacyjnych i tematycznych. I niestety powoli zaczynam tego żałować. Zalewa mnie taka fala beznadziejnie zredagowanych, wziętych z dupy, fałszujących priorytety artykułów, że zastanawiam się, kto u licha to wszystko pisze?!

Te pseudoodkrycia, te tanie sensacje z życia ludzi, których powinien znać każdy gapiący się w telewizor zombie, te żenujące, na siłę sensacyjne komentarze... To jest dziennikarstwo? - ja się pytam - to jest traktowanie na serio odbiorcy?

Nie, odpowiadam sam sobie. To szambo, które bulgoce. 



A blogi? A mój? To taki wartburg. Rzadko go teraz wyprowadzam z garażu i odpalam. Uruchamiam z trudem. Prowadzi się opornie. Rzadko kto się obejrzy, bo on taki jakby z innej epoki. Ani wizualnie nie powala, ani treść nie budzi wielkich emocji. 

Pozostał sentyment do niegdysiejszych wojaży. Niewiele więcej...

A tu się okazuje, że dziś odbieram pocztę, a tam mail z zapytaniem, czy zgadzam się odpłatnie umieścić na blogu "artykuł sponsorowany"... Dawno mnie nic tak nie zaskoczyło. 

Odpowiedziałem, że proszę o więcej informacji, konkretów. Ciekawy jestem, jak to się rozwinie. 

Jeszcze mi tego wartburga oblepią reklamami...

środa, 26 sierpnia 2015

V

Z dumą informuję, że MASZYNA DO PISANIA obchodzi dziś 

To jest blog humanisty.


5 rocznicę powstania. 

Dziękuję za Waszą obecność w tym zwariowanym roku. Działo się dobrze, działo się źle. Nie zawsze miałem siłę, czas i ochotę, by to wszystko relacjonować. Liczę jednak na to, że kolejny rok będzie lepszy od poprzedniego, co z humorem, swadą, biglem, błyskotliwie opiszę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Z automatu czy kulki?

Wakacje się kończą, więc temat będzie wakacyjny.

Lato=lody. To aksjomat. Nie ma o czym dyskutować... A w sumie okazuje się, że jest o czym. 

Nie lubię lodów "z papierka", tych wszystkich z oszronionych lodówek, poduszonych, połamanych, wrzuconych jak leci. Lodów na patyku, w plastikowych kubkach... No nie lubię.

Za to lody tzw. włoskie, z automatu, uwielbiam. Tak samo zresztą lody "kulkowe" są jak najbardziej w porządku. A gama smaków bije na głowę lody każdego innego gatunku. (Mój ulubiony smak to słony karmel przypominający cukierki toffi z PRL-u)

No i właśnie o lodach kulkowych teraz. 

Gdy byliśmy w Łagowie, trafiliśmy tam do rewelacyjnej małej budki z lodami produkowanymi przez miejscowych "lodziarzy". Smaków mieli od groma, większość spróbowałem. Rewelacja. A cena? 2 złocisze za jedną kulkę. Ale jakaż to była kula! Ogromna! Wylewała się z wafelka. Ledwie mieściła się w nim, tak była szczodrze nałożona. 

Moje dzieciaki, które za lody dałyby się namówić na zjedzenie szpinaku z dżemem, nie były w stanie poradzić sobie z dwiema takimi kulkami. 

Po wakacjach przyjeżdżam do mojego hrabstwa. Tam też widzę stoisko z lodami "kulkowymi" - cena za jedną wynosi 2,5 złotego. Ok, biorę. Dziewczyna nakłada mi tak miniaturową porcję, że niemal cały "słony karmel" ginie w wafelku. Jadę kilka dni później do Kalisza, do rodziców. (Do domu pracy twórczej, by pisać kontynuację pierwszej książki) Idę w miasto. Znów widzę szyld "LODY NATURALNE", podchodzę. Cena 2,5. Poproszę więc. I znów to samo. Miniaturowa kuleczka, na którą aż żal było patrzeć.

Wniosek?

Na wakacje oprócz wszystkiego, co się nam może przydać i nie przydać, należny również własną łyżkę do lodów zabrać. 

Najlepiej słusznych rozmiarów...

czwartek, 20 sierpnia 2015

Się zbliża krokami wielkimi

Długo mnie nie było w pracy, oj za długo... Zdrowie, które w ciągu ostatniego roku mocno się popsuło, wraca do normy i chyba jest już w porządku, skoro tylko pozostała mi potężna migrena w przypadku zbliżającej się burzy lub lekkie kłucie w operowanym onegdaj brzuchu. Może i jedno, i drugie to takie zjawiska, do których muszę przywyknąć.

A co się zbliża? Nowy rok szkolny. Możecie mi nie wierzyć, ale już mi brakowało wrzawy na korytarzach, gadania o literaturze, uspokajania nieokrzesanych... Już się stęskniłem. I wracam od września. 

Wcześniej musiałem załatwić pozytywną opinię z medycyny pracy o zdolności do omawiania "Pana Tadeusza" lub "Ferdydurke", ale zapomniałem zapytać, czy mogę mieć na przykład taką niezdolność wybiórczą, czyli mogę uczyć w klasie, ale na radach pedagogicznych siedzieć to już niespecjalnie...

Tak więc zaczynam. Godzin mam akurat, klas też mam w sam raz. Nic tylko się cieszyć i nosić z dumą taką koszulkę:


piątek, 14 sierpnia 2015

Nie o morzu

Pierwsze od lat wakacje z dziećmi nie nad polskim morzem. Ile to już razy walczyliśmy o skrawek wolnej plaży, by ogrodzić się parawanami lub schować głowy w skromnym namiocie plażowym? Sześć? Pięć razy z rzędu?

Tym razem nie. Koniec dobrego, Bałtyku, zimny jesteś, sinice mi podsyłasz, bakteriami e-coli częstujesz (a ja nawet zwykłej coli nie lubię)… Musimy od siebie odpocząć. To nic osobistego.

Nie zapominam też o Twoich plażach, na których trzeba się stawić wcześnie rano, by móc pomarzyć o kawałku piasku. Pamiętam też tony chińskich pamiątek znad morza, smród kebabów, puszki po najtańszych piwach. Mam to na świeżo…

Wybraliśmy się pośrodku kanikuły do pięknej miejscowości położonej nad dwoma jeziorami. Łagów. Od Poznania odbijacie na Świecko. 100 kilometrów autostradą i już jesteście na miejscu.

O walorach turystycznych tego miejsca rozpisywać się nie będą za bardzo. Możecie sobie poczytać.  Ja nie o tym.

Mieszkaliśmy w „willi”, w której właściciele zmajstrowali 4 oddzielne wejścia. Komfort pewnej intymności był zapewniony. Chociaż muszę się Wam przyznać do jednej dziwnej słabości – przynajmniej dwa dni zajęło mi przyzwyczajenie się do naszego „apartamentu.” Dlaczego? Może też tak macie – gdy wchodzę do obcego domu, do domu, w którym uparcie trwa zwykłe życie, często nie umiem przywyknąć do zapachu innej rodziny. Nie moje ubrania, potrawy, meble, kosmetyki. Inne wszystko.

Tym razem było podobnie. Lubię puste, niemal sterylne i minimalistyczne wnętrza hoteli, moteli, pensjonatów. Lubię, gdy jest szeroko i płasko na półkach… A w naszej kwaterze milion drobnych pierdółek. Ozdoby, grafiki na ścianach, figurki, kompozycje z suchych kwiatów, miedzioryty, zdjęcia okolicy… Gdzie się człowiek nie obrócił, uświadamiał sobie, że to jednak CZYJŚ dom. Musiałem przywyknąć.

Jezioro piękne. No piękne i już. Czysta woda. Tak czysta, że człowiek widział dno, a jednocześnie wiedział, że w tym miejscu „już go kryje.” Jezioro otoczone bukowymi lasami. Nie czuć upału. Gdy cała Polska zdychała z gorąca, ja się w cieniu kryłem lub wariowałem z dzieciakami w wodzie. Skłamałbym, że ja, którym każdy upał przesiedziałbym w piwnicy, czułem się niekomfortowo.

Kilka scenek takich:

Wchodzę do wody. Najpierw ciut chłodna. Trza przywyknąć. Potem już się rzucam. Przeszywa mnie przyjemny dreszcz. Niestety trochę chlapię naokoło i kilka kropel trafia w starszą panią, która w towarzystwie męża dopiero przyzwyczaja się do jeziora. Kobieta wzdryga się zabawnie.
- Oj, przepraszam – mówię.
- Nic nie szkodzi – odpowiada.
A jej mąż na to:
- Mówi, że nic nie szkodzi, a potem wyciągnie toporek i ubije.
Taki żarcik.

Inna, taka bardzo moja sytuacja: Wychodzę z jeziora. Dużo pływałem. Zmęczony, oszołomiony nieco zmęczeniem. Stoję na swoim kocu. Zamyślony. I... zaczynam zdejmować mokre kąpielówki. W porę się zorientowałem, że wokół pełno ludzi.

Serio.

Przyjemnie ze mną podróżować, mówię Wam.
Tymczasem kończę. Tak bez pointy ani bez puenty.

wtorek, 28 lipca 2015

Ostatnia szansa

We Francji ogłoszono właśnie tydzień ostatniej szansy na spotkanie z malarstwem mistrzów z XIX i XX wieku. Po tygodniu między innymi te dzieła zostaną spalone, a popiół zostanie wsypany do Sekwany. Wszystko to w ramach wciągnięcia społeczności muzułmańskiej do dialogu z Francuzami nie wyznającymi tej pokojowej religii. 

- Zrozummy ich - mówi francuski Minister Kultury - oni naprawdę nie mogą patrzeć na te, moim zdaniem też, potworne bazgroły. Nie wiem doprawdy, co nasi przodkowie widzieli w tych zboczonych bohomazach:








- W obawie o życie i zdrowie rodzin tych zdegenerowanych malarzy, nie podajemy nazwisk tych, pożal się Allahu, artystów - dodaje Minister - W dalszej kolejności urządzimy seans całej serii przygód żandarma z Saint-Tropez, który również teraz wydaje się być niemoralnym i plugawym dziełem sztuki filmowej:


- Jesteśmy również w stałym kontakcie z moim polski odpowiednikiem, który ma za zadanie przeforsować usunięcie pierwszego zdania z nagrodzonej Noblem powieści "Chłopi." Muszę niestety zacytować to zdanie: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!"

PS

21- letnia kobieta została pobita przez grupę pięciu młodych kobiet prawdopodobnie wyznających islam we francuskim mieście Reims. Dziewczynom nie spodobało się, że opala się w bikini, które według nich jest niemoralne. 


poniedziałek, 20 lipca 2015

Z parkingu

Wracam do nadawania z samego środka wakacji. Wczoraj burza, dziś wiatr, czekamy na kolejną falę upałów i tak w kółko. Dzieje się niewiele, bo jeszcze w sumie się nie ruszaliśmy gdzieś dalej.

Jadę dziś z dzieciakami do Dużego Niemieckiego Sklepu na L. Tuż obok jest biblioteka, więc pieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu - sprawunki i książki, strawa cielesna i duchowa.

Przede mną w kolejce stoi starszy pan. Lubię takich klientów, którzy mają pełno towaru, ale jest on mało zróżnicowany. Ten dżentelmen miał w jednej reklamóweczce bodajże osiem piw. Typowych banalnych Heinekenów. 

"Oho, będzie pite" - myślę sobie i w sumie o gościu zapominam. Teraz ja kasuję swoje zakupy, dzieciaki walczą z lodami, ja wbijam PIN-y... Nic niezwykłego.

Toczymy wózek na parking, a tam niemożliwy zaduch. Woń kwaśna. Piwsko, uświadamiam sobie i widzę na środku parkingu pełno potłuczonego szkła, kałużę spienionego browaru, strumyczki ściekające do najbliższej kratki ściekowej.

- O fuj! - mówię sobie - Ależ kopie to piwo po nozdrzach...

Mijamy jakąś młodą matkę prowadzącą za rączkę dziecko.

- Widzisz to? - pyta kobieta córeczkę - Ale by nasz tata płakał jakby to zobaczył.

Miłych wakacji.

wtorek, 30 czerwca 2015

O przygodach, gdy się miesza od ulicy

Dziś rano wychodzę po pieczywo. Drożdżówki. Rozpieśćmy się nieco na początku wakacji. Szybko się uwinąłem, bo w moim miasteczku nigdzie daleko nie jest. Wracam. Podchodzę do drzwi i… chwila, przecież je zamykałem, a są otwarte. Wchodzę i widzę, że w korytarzu stoi jakiś dziadek. Autentyczny stary dziadek, pomarszczony jak zasuszone jabłko, przygarbiony, przygnieciony wiekiem.

- Słucham – nieco atakuję, nie chcę, ale atakuję. Szorstko brzmię.

Dziadek tłumaczy, że przywiózł zepsutą pralkę do mojego teścia, ale warsztat zamknięty („Przecież to ósma rano, chłopie” – myślę sobie), więc chciał sprawdzić, czy jest ktoś w domu… Tak coś zaczął tłumaczyć. Dobra, dobra, mówię, otworzę ten warsztat i wezmę tę pralkę.

Wtaszczyłem tę FRANIĘ do warsztatu. Dziadek, do którego złość po czasie mi minęła, ukłonił się grzecznie. Okazało się, że mieszka na wsi. Nie ma telefonu, dzięki któremu mógłby zadzwonić i dowiedzieć się, jak wygląda sprawa naprawy pralki.

Na pożegnanie uścisnął mi rękę. Najpierw lewą, potem prawą i odjechał swoim maluchem.

Dlaczego mnie to aż tak ruszyło? Cóż… Zdałem sobie sprawę, że w innych kulturach, choćby gdzieś na mitycznym Zachodzie lub jeszcze dalej taki dziadek musiałby się liczyć z tym, że ktoś wyceluje w niego strzelbę, bo wiecie „My Home is my Castel.” Zresztą ja też, wychowujący się w zwykłym średnim polskim mieście, mam wpojone przekonanie, że NIE WOLNO wchodzić komuś do domu. Można pukać, dzwonić, ale gdy nikt nie odpowiada, odchodzę spod drzwi. No tak już jakoś mam.

Skąd więc taki dziadek i jego bezceremonialne wejście? Myślę sobie – wieś. W żadnym negatywnym znaczeniu. Po prostu stara dobra wiejska gościnność, która pozwala na wejście komuś do domu bez zapowiedzi, bez umawiania się, bez tego całego Wersalu. Dziadek zachował się najnaturalniej na świecie.

I dlatego złość szybko mi przeszła i tak sobie jak dorosły antropolog wszystko ładnie wytłumaczyłem.

Dom i Córa przed.

Miałem już zresztą podobne niespodzianki. Siedzę przy komputerze. Nagle katem oka widzę otwierające się drzwi do domu. Myślę sobie, że teściowa wróciła z zakupów. Ale coś mi nie pasowało. Idę i niemal na zawał nie padłem, bo w korytarzu stoi jakaś starsza posępna kobieta.

- Ma pan jakieś stare meble na sprzedaż? – zapytała, a ja przez chwilę nie wiedziałem, czy chce mnie w wysublimowany sposób obrazić czy jak…

- Nie, nie mam. Do widzenia – wypchnąłem ją niemal na ulicę. Oj, wkurzyłem się wtedy. Wkurzyłem.

Innym razem ktoś dzwoni do drzwi. O, dzwonią ludzie. W końcu. Otwieram, a tam jakaś dziwna pulchniutka kobieta z wyglądu Eskimoska.

- Czy tu jest jakiś pokój do wynajęcia?

- Co?


- No bo w tych dwóch oknach tak długo żaluzje są opuszczone, że pomyślałam sobie…

niedziela, 14 czerwca 2015

Kolekcjoner

Człowiek jest kolekcjonerem.

Mały człowiek zbierać może wszystko. Dosłownie wszystko. Piszący te słowa nie pamięta, czy zbierał w dzieciństwie coś poza siniakami, strupami i guzami, ale obserwuje teraz własne dziecko, siedmiolatka niemal, i widzi, jak mania zbierania potrafi zawładnąć na długie, długie miesiące.

Otóż Synek został kolekcjonerem kapsli. Preferuje kapsle od piwa, ale nie pogardzi też kapslami od innych napojów. Niestety, kapsli od piwa mamy miażdżącą przewagę. 



Kapsle znajdowane są najczęściej na ulicy - w czasie spacerów, wypadów na zakupy, nawet na boisku szkolnym, gdzie Synek spędza przerwy. Wszędzie da się znaleźć kapsle. Rozejrzycie się, a przekonacie się, jak bogaty i skomplikowany świat leży tuż u Waszych stóp.

A skoro już jesteśmy przy kapslach... Wiecie, jakich kapsli mamy najwięcej? Od piwa, to wiadomo. Ale jaka marka dominuje? (Uwaga, spoiler!) ŻUBR.

(Mówi nam to dużo o wyborach konsumenckich, bezcenna informacja)

Wiem, to raczej produkt piwopodobny, ale znajduje w mojej okolicy najwięcej amatorów. Cóż, o gustach się nie dyskutuje, tylko się pije, jak mawiał mój kolega z akademika.

A więc ŻUBRA mamy najwięcej. Do tego stopnia ŻUBR nam zdominował kolekcję, że... posłuchajcie, idziemy sobie z Synkiem na zakupy, na chodniku leży kapsel. Leży, ale nie widać, co ma "na obrazku." Synek schyla się, podnosi i z niesmakiem mówi:

- Tata, ŻUBR, już nie mogę patrzeć na to piwo. Już za dużo ŻUBRÓW mam.

Nie muszę chyba dodawać, że powinienem spodziewać się rychłej wizyty jakichś służb, które prześwietlą moje rodzicielskie kompetencje...

 (Chociaż pamiętam czasy, gdy Ojciec wysyłał mnie do sklepu po piwo i nikt nie zawracał sobie głowy tym, czy miałem już skończone osiemnaście lat czy tylko dziesięć...)

Na czym to ja skończyłem? Aha, Synek zbiera kapsle. Parę tygodni temu chciał przykleić do wielkiej płachty bristolu co cenniejsze okazy, by pochwalić się w szkole swoją kolekcją.

Długo musiałem tłumaczyć mu, że to nie jest do końca dobry pomysł. 

Kapsle mamy w kieszeniach spodni, w torbie na zakupy, w plecaku. Na półkach, pod biurkiem gdzieś się trafi, między książkami. Kapslom buduje się domy z klocków, kapsle ścigają się jako kolarze, kapsle...

Znajoma, którą ostatnio spotkaliśmy z Synkiem w tak zwanym mieście i z którą się zagadałem dłuższą chwilę, potwierdziła zbierackie możliwości dzieci. Jej córka gromadziła kamienie. Znosiła je, skąd tylko się dało. Usunięcie takiej kolekcji zabrało kilka ładnych godzin. 

W sumie kapsle nie są takie złe, pomyślałem sobie, a wtedy Synek przyniósł kolejną partię kapsli zgromadzoną w czasie naszej krótkiej konwersacji, bo wspominałem już, że kapsle zbiera, prawda?

sobota, 13 czerwca 2015

Typowy wieczór na planecie Ziemia

Jak już się pewnie nieliczne grono odbiorców mojego bloga zdążyło zorientować, nieco przygasł mój entuzjazm do prowadzenia blog. Kiedyś mój Synek posługiwał się takim jednym słowem, gdy chciał określić coś, czego już nie lubił, nie używał, zepsuło się. 

STARODZIADKOWE

A więc blog zrobił mi się właśnie starodziadkowy. Brakuje mi ochoty i samozaparcia, by zalogować się i ponazywać tych parę rzeczy, jakich byłem ostatnio świadkiem lub parę kwestii, jakie ostatnio żeglowały mi w głowie.

Mógłbym napisać o tym, jak bardzo nienawidzę, gdy obce samochody parkują mi przed domem, gdy ja nie mam gdzie stanąć. Życzę źle kierowcom tych aut, wysyłam ich na Księżyc lub na innego naturalnego satelitę jakiejkolwiek planety w okolicy.

Mógłbym napisać o tym, że lekarz, który de facto uratował mi życie, gdy inni lekarze coś spartaczyli, umarł. I nie wiem, gdzie tu jest jakakolwiek, kurwa, sprawiedliwość w tym wszystkim.

Mógłbym napisać o tym, że powoli przestaję oglądać jakiekolwiek wiadomości ze świata, bo wydaje mi się, że poziom głupoty, okrucieństwa i upiornego zła, jakiego jesteśmy świadkami via różne media już przerósł moje możliwości absorpcji. Więcej nie mogę słuchać lub oglądać człowieka. 

Mógłbym napisać, że cieszę się napisaną książką, ale już się nacieszyłem i piszę następną. Długą, ciężką, mroczną... Najważniejsza następna. 

Mógłbym napisać o dzieciach, żonie, życiu na zwolnieniu lekarskim (bo wciąż czuję skutki dwóch operacji), ale w sumie wszystkiego doświadczam i zapominam. 

Ale nie napiszę niczego więcej. Nie dziś. Dziś celebruję sobie typowy wieczór na planecie Ziemia. Piwo i orzeszki ziemne.

Aha, jeszcze coś - dziś cały rój pszczół buczał nad naszym ogrodem, by w końcu obsiąść jedną z gałęzi tui. Ciekawe, cóż uczynią te pracowite owady, gdy zaskoczy je krążąca gdzieś tam burza...

Bywajcie, idę słuchać audiobooka "Nad Niemnem"... 

czwartek, 4 czerwca 2015

Lato i skąd wiemy, że jest

Dowód pierwszy.

Na podpatrzonym trawniku uwija się jakiś mężczyzna z łopatą. Kopie dół, do którego chce wsypać popiół z wczorajszego grilla. Mija go sąsiadka.

- Co pan tu znowu psuje?
- Grób kopię.

Dowód drugi.

Idę do apteki. Stoję w kolejce za panią w średnim wieku. Kobieta konsultuje jakąś maść na odciski i takie tam. Już odchodzić ma od okienka, gdy coś sobie przypomina:

- I jeszcze prezerwatywy. Te polskie.

- Ile?

- Po jednej paczce z każdego rodzaju - odpowiada i dodaje - Długi weekend idzie...

Aptekarka sprzedaje jej tylko dwie paczki. Może starczą.


czwartek, 28 maja 2015

Fazy i wyniki losowania







W świat pójdą dwie książki. A co tam! 

Pierwsza do Anny, druga do (może słabiej widać) do Zjadacza Liter. 

Gratuluję.

Proszę się odezwać na ten adres w celu podania adresów - t.fijalkowski@hotmail.com

czwartek, 21 maja 2015

Gdyby ktoś...

...chciał w prezencie otrzymać moją książkę, z moją unikalną na skalę światową dedykacją, proszę złożyć zapotrzebowanie w komentarzach pod postem.

Książka zostanie przyznana na drodze losowania (mam dwójkę dzieci, więc będę musiał wcześniej wylosować, które z nich będzie losowało później). 

Szczęśliwego odbiorcę zobowiązuję do podzielenia się opinią o otrzymanym produkcie, co by cały świat wiedział, jakież to dzieło wysmażyłem.


PS

Za kilka dni wracam do regularnego blogowania. Niech no tylko opadnie gorączka wyborcza i okaże się, czy będę z emigracji czy z Polski nadawał.

;-)

czwartek, 9 kwietnia 2015

Jak walczyć,

to na dwóch frontach. A jak! Już już miałem się położyć w szpitalu i czekać grzecznie, aż chemię mi podadzą, tymczasem wypisują mnie ze skierowaniem na badanie kolejne. 

I co? Dwa dni przed TYM badaniem dopada mnie angina. Mówić nie mogę, jeść nie mogę, śpiewać nie mogę i wrzeszczeć na dzieci (własne) też nie. Okropieństwo.

Wszystkie plany związane z leczeniem poważnym przesuwają się do przodu. Takie życie.

A drugi front? Książka. Wyszła w tym tygodniu i wszędzie ją można nabyć. Nawet już jakieś 2-3 recenzje mam i są one przynajmniej przychylne. Wydawnictwo proponuje mi, bym wziął udział w Targach Książki w Warszawie. W maju.

Jeżeli więc nic nie stanie na przeszkodzie, to nawiedzę stolicę w pewien wiosenny weekend.

Tymczasem na fanpage'u wydawnictwa można zadawać mi pytania. O TUTAJ

Gdybyście chcieli czegoś się dowiedzieć, piszcie. Generujcie ruch i takie tam.

Ja wracam do wyrka.

Trzymajcie się!

wtorek, 31 marca 2015

Trzecie dziecko

Mierzy ciut ponad 19 centymetrów. Waga? Ciężko stwierdzić, bo waga kuchenna się zepsuła. W dłoni nieźle się układa. 

Proszę Państwa, dumny autor z egzemplarzem autorskim:


Do nabycia od dzisiaj tutaj lub po Świętach w księgarniach w kraju. To znaczy w Polsce.

Nie polecam, bo trochę nie wypada. ;-)

PS

Na chwilę zawieszam pisanie o chorobach. Swoje jeszcze przeżyję, niestety...

środa, 18 marca 2015

Raport, cz.II

VII

Przychodzi niedziela. Żadnych operacji, zabiegów, czas zwalnia, nawet w takim przybytku jak szpital. Lekarz dyżurny co jakiś czas przemyka przez oddział. Zmieniane są opatrunki. Obiad nawet jakiś taki bardziej odświętny; to znaczy do się to coś zjeść. 

Znalazłem szpitalną kaplicę i mówię sobie: idę, co tam, pomodlę się, jestem w końcu na siłach, więc czemu nie. Nie zaszkodzi przecież. A i rutynę kolejnych dni jakoś przerwę.

Idę po schodach. Otwieram drzwi. Wchodzę do wypełnionej pacjentami kapliczki. Wszystko w drewnie. Okno zamknięte, bo lodowaty wiatr z zewnątrz. Kilka świętych obrazów. Tabernakulum niewielkie. Ołtarz niemal jak polowy. Chudy wysoki kapłan.

Wszyscyśmy w szlafrokach. Kobiety, głównie one, ale też paru mężczyzn. Starszych. Niektórzy z opatrunkami, cewnikami. Niemal każdy ma stygmaty - wbite w dłonie wenflony.

Modlimy się. Chóralnie. Śpiewamy. Wpatrujemy w krzyż wiszący nad ołtarzem. Podniośle się robi. Przynajmniej tak to czuję, a potem nagle wyrasta ze mnie nauczyciel i zaczynam widzieć to wszystko w kategoriach baroku, sarmatyzmu.

Oto my, sarmaci, szlachta poraniona w swoich kontuszach frotte.

VIII

Ja wciąż czekałem na operację. Wokół mnie zmieniali się ci, których szybciej obsługiwano. Traf chciał, że zawsze sąsiednie łóżka zajmowali panowie w wieku postprodukcyjnym. Rodzili się jak mój ojciec tuż (lub prawie tuż) po drugiej wojnie światowej. Całe dorosłe życie strawili w PRL-u. Skończyli szkoły, studia, odbębnili wojsko, znaleźli się w jakichś zawodach, pożenili się i dzieci napłodzili. 

Dziś powoli dogasają ich świece i zbiera im się na wspomnienia. Chociaż nie, samych wspomnień jest stosunkowo mało. O wiele więcej żółci i goryczy, które wzbierają w nich, gdy zaczną porównywać świat, w którym żyli, ze światem, z którego przyjdzie im odejść.

Porównanie zawsze wypada na korzyść przeszłości. I nie dajmy się zwieść - to nie chodzi o utraconą lub zamkniętą w PRL-u młodość. Tu chodzi o coś bardziej namacalnego, konkretnego.

Największe rozczarowanie dotyczyło ostatnich 25 lat istnienia "wolnej Polski." I nie mówili o tym ludzi, których bym podejrzewał o sympatie komunistyczne. Mówili to drobni inżynierowie, nauczyciele przedmiotów zawodowych, rolnicy, mechanicy. Sami konkretni profesjonaliści, którzy przykładali się do budowy Polski ludowej, a potem obserwowali jak wszystko było niszczone, złodziejsko prywatyzowane, dewastowane...

Nie mówili o represjach, o cenzurze, o braku jakichś tam swobód obywatelskich, ale mówili o tym, że mieliśmy swoje zakłady pracy, swój przemysł, transport, szkoły. Układy w zakładach pracy były zdrowsze niż dzisiaj, gdy "nowa szkoła zarządzania" zmusza różnych psycholi do poniewierania pracownikami. Niewolnikami.

Tego się nasłuchałem.

Głucha wściekłość buzowała we mnie, gdy wchłaniałem kolejne przykłady niszczenia polskich zakładów pracy, polskich fabryk, przedsiębiorstw, browarów... 

Nie mamy tak naprawdę nic, dotarło do mnie. I powróciła myśl - dziś ci, którzy w młodości budowali Polskę, tuż przed emeryturą zakładają uniformy jakiejś firmy ochroniarskiej i pilnują tego niczego.

Gorzko i smutno.

piątek, 6 marca 2015

Raport, cz.I

I

"Nieszczęśliwi chętnie słuchają o swoich nieszczęściach" napisał kiedyś tam Seneka. Jeżeli to prawda, rzadko kiedy byłem nieszczęśliwy. A już na pewno nie byłem nieszczęśliwy w szpitalu. Ani jednym ani drugim. 

II

Mam w głowie masę przykładów literatury "szpitalnej." Mój ulubieniec, Miron Białoszewski, umiał się rozpisać. Jego "Zawał" to pyszny kawałek prozy na temat sal chorych, korytarzy, powolnego przywracania własnego ciała do użytku. Na temat pacjentów, lekarzy, odwiedzających. 

Ale Białoszewski miał słuch absolutny. Czuł rytmy ludzkiej codziennej paplaniny. Miał niezłą pamięć, która pozwalała mu zatrzymać i wypuścić na papier to, co podejrzał, podsłuchał. W czym sam brał udział.

Ja tak nie umiem. 

III

Na onkologię trafiłem w pewien czwartek. Oddział chirurgiczny. Wpierw jednak musiałem przedostać się przez śluzę rejestracji. Tam odesłano mnie pod odpowiedni pokój, skąd miał mnie wywołać lekarz. 

Trafiłem. Tak, trafiłem do miejsca, gdzie czekało już około 50 osób. Część z nich z walizkami, torbami, siatkami. A więc z nimi dzielić będę niepewny los? Część twarzy staram się zapamiętać, by mieć orientację w czasie - ile oni, a ile poleżymy.

Lekarz w końcu wyłania się ze swojego gabinetu i wywołuje po nazwisku szczęśliwców. Dostaniemy łóżka i czarującą opiekę pielęgniarską. Podźgają nas igłami, zważą nas, opiszą jako przypadki. Prześwietlą. 

Wjeżdżam więc windą na właściwe piętro. Rejestrują mnie, wpisują, przypisują numer pokoju i łóżko. 

Czuję się zameldowany. Zasiedliłem się w dwuosobowym pokoju. Komfortowo. 

III

Po pobraniu krwi (ofiara złożona bóstwom?) idę do swojego pokoju. Przebieram się w piżamę (jej górna część może mylić, do złudzenia przypomina elegancką koszulę), szlafrok (takoż elegancki) i zaczynam kursować po korytarzu. 

Badam teren. Rozglądam się. Wytyczam sobie ścieżki, którymi będę miał chodzić kolejne dni. Mapuję przestrzeń. Zadamawiam się. 

Stanowisko pielęgniarskie zdobi akwarium. W nim malutki słodki krab. Kazio.

Poznam go bardzo dobrze. Jego zwyczaje, sposób karmienia, fazy snu i czuwania.

IV

Przedziwna rzecz. Przedziwna. Pierwsza, na którą zwróciłem uwagę. 

Na parterze szpitala znajduje się całkiem nieźle zaopatrzony bufet, kilka automatów z przyzwoitą kawą. Chcąc tam trafić, trzeba zjechać windą i przejść przez tłumy "zwykłych" ludzi, którzy przychodzą z Zewnątrz. 

Zwykłych, ubranych w kurtki i płaszcze, ludzi, wśród których człowiek w piżamie, szlafroku i kapciach czuć się może cokolwiek dziwnie.

Śniło Wam się kiedyś, że szliście do pracy lub do szkoły w bieliźnie lub całkiem nago? Pewnie tak. Ja kilka razy dziennie przezywałem ten stan na jawie. Paraduję w negliżu niemal między ludźmi i tłumię w sobie wrażenie dziwności, osobliwości. 

Czuję się surrealistycznie. Jakbym odtwarzał senne majaki. 

Przypominam sobie nagle, że kiedyś śniła mi się pielęgniarka robiąca strip-tease...

V

Sąsiad z pokoju już był po operacji. Wycięto mu coś z jelita. Trzeba przyznać, że dzielnie walczył z późniejszym bólem, powtarzając swoje "ja pierdylę, ja pierdylę." 

Dostało mu się nawet od personelu za to, że nie prosił w nocy o środki przeciwbólowe. 

- Nie chciałem nikomu przeszkadzać w nocy, jeszcze by siostry pomyślały, że taki marudliwy jestem.

Nie rozmawialiśmy za dużo. Zgasić światło? Zapalić światło? Tylko tyle.

Za dużo barier. 

VI

Miałem problemy z komunikacją. Kilka dni, powiedzmy, że niemal tydzień czasu czekania na operację, upłynęło mi między innymi na uświadamianiu sobie, jak trudno mi przełamać się i wdać się w rozmowę w drugim człowiekiem.

Widziałem jak zupełnie obcy ludzie (z reguły kobiety, starsze) w ciągu kilku minut zawiązywali tak żywą i serdeczną rozmowę, jakby znali się od lat. Zarzewiem rozmowy były oczywiście historie przebytych chorób, szlak bojowy (od lekarza rodzinnego po stół operacyjny), dzieje ciała.

Śmiech mieszał się z westchnieniami, żal z nadzieją. Tak rozmawiają ludzie, myślę sobie, ja tak nie umiem. 

Gdy zapytano mnie: "Co taki młody tu robi?", odpowiadałem, ale byłem skrępowany. Nie umiałem wejść na tę ścieżkę nieszczęścia prowadzącą do nawiązania kontaktu. Miałem wrażenie, że opowiadając o moich przypadłościach, chwalę się.

Jestem za skromny na moją chorobę.

wtorek, 3 marca 2015

Po walce

Po 26 dniach w dwóch szpitalach, posiniaczony po dziesiątkach igieł, z wizją kolejnego leczenia (choć mam nadzieję już tylko prewencyjnego), jestem już w domu.



Popracuję nad dłuższym wpisem, by oddać całą złożoną materię polskiego szpitalnictwa, ale musicie się jeszcze w cierpliwość uzbroić, a ja sił nabrać.

Tymczasem śmiać się za mocno nie mogę, bo rozcięty brzuch jeszcze trochę czuję. Za dużo chodzić też mi raczej nie wolno, chociaż wczoraj odwiedziłem fryzjera, który zgolił mi brodę - przez całą hospitalizację ani razu się nie ogoliłem i jak Wiking wyglądałem. 

"Chociaż broda pana nie postarza, odwrotnie" - powiedział mi współtowarzysz cierpienia z sali, w której leżeliśmy.

Bywajcie zdrowi! Za kilka dni postaram się wrzucić dłuuugi wpis.

sobota, 17 stycznia 2015

Obmacywanie

Za trzy tygodnie ląduję na szpitalnym łożu, z którego mam zamiar się zwlec o własnych siłach i żyć sobie dalej spokojnie dłuuugie długie lata. Czas mija bardzo powoli, a już chciałbym mieć to wszystko za sobą, szwy ściągnięte i lizać rany. Rzecz jasna w metaforycznym sensie...

Zdarzają się rzecz jasna osobliwe zdarzenia na tej ścieżce do ozdrowienia.

Tydzień temu wymacałem sobie pod lewą pachą dziwne zgrubienie. Macam, ściskam, dotyka, porównuję z lewą pachą. Niby coś wyczuwam, coś dziwnego, jakieś opuchnięte miejsce? No ładnie - myślę sobie - już ścinają drzewo na moją trumnę. Na bank mam węzeł chłonny pod pachą zaatakowany i stąd ta anomalia.

Tak pomyślałem, a potem kolejna genialna myśl mnie nawiedziła - muszę ogolić tę lewą pachę, to wtedy zobaczę, co się tam dzieje. Jest coś nie tak czy nie. Maznąłem pianką do golenia, poczekałem chwilę i zacząłem operować maszynką. Cały kwadrans się męczyłem zanim uznałem, że jest OK.

I znów zaczynam poszukiwania wszelkich nieprawidłowości, wypukłości. Niby coś jest, ale czy ja wiem, co to jest? Decyduję się iść do lekarza, ale cały weekend autoobmacywanek mnie czeka, więc najprzyjemniej nie jest. Paranoja, hipochondria, wizje eschatologiczne...

W poniedziałek rano idę zbadać krew. Potem wizyta u lekarza. Wchodzę, żalę się na ten mój wykryty "guz", lekarka zabiera się profesjonalnie za oględziny i mówi:

- Ja tu nic nie czuję.

- Nie? - pytam, nie dowierzając.

- Jeszcze zawołam koleżankę, ona też sprawdzi.

Koleżanka sprawdziła i potwierdziła opinię. Nic tam nie ma. Wyniki krwi też były wzorcowe.

- Mam prośbę - mówi moja pani doktor - niech się pan już tak nie obmacuje, dobrze?

- Obiecuję.

Kamień spadł mi z serca, ale kilka następnych dni upłynęło pod znakiem najbardziej wkurzającego uczucia dyskomfortu, jaki dał mi się we znaki ostatnio.

Ogolona pacha.

Jedna, bo drugą oszczędziłem.



Już wiem, że włosy pod pachami czemuś służą. Gdy się ich nie ma, jest bardzo niemiło. Bardzo. Wszystko mnie szczypało, swędziało, drapało. Nie rozumiem, jak ktoś z własnej nieprzymuszonej woli pozbawia się w tym miejscu owłosienia...

(Wiem, niedzisiejszy jestem pewnie.)

Byłem tak zdesperowany, że zacząłem się zastanawiać, czy istnieją specyfiki na porost włosów pod pachami.

Dziś już wiem, że nie ma.

Po tygodniu jest już dużo lepiej. Cieszę się jak łysy na widok grzebienia.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pora przypływu

Oto jeden z najczarniejszych koszmarów moich:

to był trzeci rok studiów. Jesień. Listopad? Grudzień? Poznań, gdzie zostałem na weekend w akademiku. Zostałem, bowiem wypatrzyłem w prasie lokalnej ogłoszenie o tzw. "Festiwalu Wolnej Tfurczości", który miał się odbyć w pewne sobotnie popołudnie w pobliskim domu kultury.

Wystąpić na scenie mógł każdy. Absolutnie każdy, kto wyśle organizatorom próbkę swojej twórczości, wypisze deklarację jakąś, wpłaci drobną sumkę (chyba) i stawi się o takiej i takiej godzinie.

Dom kultury wypełniony był ludźmi. Dzieci, młodzież, dorośli, starsi... Artyści, kibice, publiczność. Na ścianach wisiały obrazy amatorów, w antyramach wzrok przykuwały jakieś komiksowe plansze, ba! nawet jakieś niby rzeźby się znalazły. Mydło, powidło, 1001 drobiazgów.

Scena była pięknie oświetlona. Komplet ludzi na widowni. Artyści-amatorzy wchodzili po kolei i śpiewali, recytowali, wygłaszali jakieś monologi, skecze, być może ktoś nawet zatańczył.

Ja pokazałem się z jednym dłuższym wierszem. Dziś nawet nie pamiętam jakim. Z 15 lat temu to było. Przeczytałem, dostałem brawa. Wydawało mi się, że głośniejsze niż te, którymi nagradzano innych. Cóż, pewnie każdemu tak się wydaje...

Gdy zszedłem ze sceny, podbiegł do mnie jakiś nastolatek i powiedział: "Stary, ale świetny wiersz! Gratulacje!" Podziękowałem, a on uciekł.

Usiadłem, by popatrzeć na innych występujących. 

Nagle na scenę wszedł jakiś starszy pan. Dziadek na oko 60+. Emeryt pełną gębą.

Trzymał opasły skoroszyt. 

- Mam tutaj ze sobą moją powieść, nad którą pracuję od dawna. Opisuje ona życie ludzi w latach 80. To powieść obyczajowa dziejąca się na tle przemian politycznych zachodzących w kraju. Przeczytam fragment...

Zaczął czytać. Męczył wszystkich około 10 minut. Jakieś dialogi, charakterystyki bohaterów, opisy wnętrz... Potwornie to było nudne, chociaż nie wykluczam pewnych walorów, które ujawniłyby się w czasie cichej, "zwykłej" lektury. Gdy skończył, dostał brawa, zszedł ze sceny i zniknął za kulisami.

Ten dziadek był od zawsze moim sennym koszmarem. Od zawsze bałem się, że z moimi pretensjami do bycia osobą "piszącą", skończę właśnie tak samo. Jako dziadek, który przez całe dekady będzie dłubał w jednym tekście, by w końcu wylądować na podobnej scenie, by innych zanudzać swoimi obsesjami.

Ten dziadek chcąc nie chcąc symbolizował wszystko, czego się w życiu bałem. 

(Myślę, że większość z Was ma gdzieś tam podobnego "dziadka" - kogoś, kim nigdy nie chciał zostać, najgorszą wersję tego kogoś, kim może zostać...)

Wczoraj "dziadek" umarł. Skończyłem powieść i wysłałem do wydawnictwa. Przez cztery miesiące napisałem 60% całości. Walczyłem, błądziłem, improwizowałem... Wyszło 10 arkuszy wydawniczych. 



W międzyczasie wtłaczałem moim uczniom do głów bezcenne wiadomości z języka polskiego, jeździłem po doktorach, szpitalach... Zdiagnozowano mi paskudną rzecz w brzuchu, a równo za miesiąc pojadę do szpitala, by mi to wykrojono... Byłem też tatą, mężem, zięciem, synem... 

Zmusiłem się do pisania. Zmusiłem, by nie stać się dziadkiem z koszmaru.

I udało się. Cóż, z drugiej strony debiut w moim wieku z większa formą prozatorską to jakieś pomniejsze kuriozum... Zobaczymy, co z tego będzie. Co się finalnie urodzi.

Niech ta przypowiastka zmobilizuje kogoś do działania, a innych być może pocieszy, że jeszcze sporo życia przed nimi, by zdobyć szczyt, w który wpatrują się uparcie.

Na zakończenie dodam jedno. Przez te ostatnie miesiące prowadził mnie cytat z Szekspirowskiego "Juliusza Cezara":

W zabiegach ludzkich jest przypływ i odpływ:
Pora przypływu stosownie schwytana
Wiedzie do szczęścia; kto oną opuszcza,
Ten podróż życia po mieliznach z biedą
Musi odbywać. Myśmy teraz właśnie
Na tak wezbrane wypłynęli morze:
Trzeba nam z fali przyjaznej korzystać,
Inaczej okręt nasz zatonie.

tłum. Józef Paszkowski w: "Pora przypływu"

Nie, nie jestem taki mądry, by Szekspirem sobie życie umilać. Po prostu jeden z kryminałów mojej ukochanej Agaty Christie otwierają te same słowa.

Pozdrawiam!