piątek, 17 października 2014

Z okazji

W jednym ze swoich wierszy amerykański poeta Billy Collins napisał takie słowa: "Wszyscy moi studenci, których kiedyś uczyłem, zaludniliby niewielkie miasteczko." Coś w tych słowach jest. Nawet jeżeli odpuścimy sobie całą resztę utworu (dobrego tekstu zresztą), będziemy mieli pewną ciekawą prawdę o zawodzie nauczyciela.

Czy ja, który przepracowałem już w zawodzie tych 12 lat, też swoimi uczniami zaludniłby małe miasteczko? Taka od czapy refleksja się przypętała w Dniu Nauczyciela.

Moich uczniów wszystkich los już dawno rozrzucił po świecie, Europie, Polsce, województwie, gminie. Spotykam ich ulicach, w autobusach. Niektórzy sprzedają mi w chleb, inni przynoszą mi pocztę. Czasem ktoś się jakoś via Internet odezwie, do grona znajomych chce dołączyć. 

Mają dzieci. Niektórzy już w szkole się przykładali się praktycznych elementów wychowania do życia w rodzinie.  

Idę ostatnio po Synka do szkoły. Nagle na ulicy zatrzymuje się czerwony samochód dostawczy. Kierowca macha to mnie i szczerzy zęby. Po chwili go rozpoznaję. Jedno z moich największych utrapień i klęska pedagogiczna. Niemal każda lekcja musiała być przez niego "urozmaicona", czasem zupełnie rozbita. Męczyłem się niemożebnie, a kolejne oceny ndst nie robiły na nim wrażenia. 

To zdaje się być regułą, którą nie do końca rozumiem. Największe obiboki, lenie patentowane, pospolici chuligani po wyjściu ze szkoły (definitywnym wyjściu) zawsze kłaniają się, poznają na ulicy, nawet rzucą bezpośrednim: "Poznajesz mnie?" 

Gdzieś tam utkwiłem im w pamięci i nie rzucają we mnie kamieniami z tego powodu.

Dlatego nie mogę się nie zgodzić z tymi słowami:



Natomiast średniacy z ambicjami... Dla nich już jestem niewidzialny. Wypadłem z orbity ich zainteresowania. Cóż, życie...

Sentymentalnie się zrobiło. Trzeba rozbić w proch ten pompatyczny nastrój. 

Uczniowie mojej klasy osobistej pytają się mnie na jednej z pierwszy lekcji:

- Mamy do pana mówić "panie profesorze"?

- Eeeee, gdzie tam! Jak ktoś tak mówi, to czuję się, jakbym miał 50 lat albo i więcej.

- To jak mamy mówić?

- Możecie po prostu "proszę pana" albo "mistrzu", jak wolicie.

Mieliśmy w tym tygodniu Dzień Papieski. Jedną z jego atrakcji były kremówki, które można było w hurtowych ilościach kupić, a potem się nimi opychać.

Powiem Wam jedno - żałuję, że papież po maturze na pizzę nie chodził...

Czołem!

10 komentarzy:

  1. Wszyscy znani mi nauczyciele (czyli właściwie połowa mojej rodziny) mówi tak samo: te jełopy co się nie chcieli uczyć potem zawsze najchętniej ,,dzień dobry" mówią... A dobrzy uczniowie, ponieważ to wiejska szkoła, znikają zaraz po skończeniu gimnazjum i zazwyczaj już na wieś nie wracają. Tylko potem w sklepie resztę wydaje ci dziewczyna o której doskonale wiesz, że jeszcze w gimnazjum miała problemy z mnożeniem... :D

    OdpowiedzUsuń
  2. 'Kapitanie mój, kapitanie!" - to lepiej brzmi, niż 'profesorze' :-) A to, że ci wszyscy nicponie się kłaniają a 'kulturalna' reszta udaje niewidomych, to racja. Skąd to się bierze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z przedmówcą: 'kapitanie' brzmi kapitalnie, ale może nie jestem obiektywna, bo kusiła mnie swojego czasu szkoła pod żaglami ;)

      Jeśli będziesz poprawiał każde 'miszczu' na 'mistrzu' to jeszcze się przyczynisz do wypromowania poprawnej dykcji, zatem też popieram ;)

      Usuń
  3. Ale czy to były prawdziwe kremówki?

    bo te prawdziwe, na które Papież chodził po maturze i wzbudzały lekkie zawstydzenie były z alkoholem. Rzadkość to wielka spotkać prawdziwe kremówki, bo i nie każdy cukiernik potrafi je zrobić ;)

    A co do wrażeń nauczyciel- uczeń to rzeczywiście - "oryginały" pozostają w pamięci, ale i oni wiedzą, że spotkanie z nimi było wyzwaniem i doceniają każdego, kto wydobył z nich osobę a nie skupiał się tylko na wynikach.
    Takie jest moje wrażenie :)
    Pozdrawiam, Mistrzu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja matka była nauczycielką historii i mogę powiedzieć, że tylko najgorsi i najlepsi jej uczniowie do dzisiaj robią jej jakieś miłe niespodzianki. Od swoich pupili dostaje prezenty gwiazdkowe czy urodzinowe. Od łobuzów... nasze miasto jest niewielkie, dlatego kiedy wracałem do domu późną nocą zaczepili mnie mini panowie odziani w dresiwo... Już zacząłem się bać i szukać drogi ucieczki, jak podali mi cukierka i powiedzieli "Ty jesteś synem tej nauczycielki od historii? Super babka! Daj jej go i uważaj na siebie bo tutaj niebezpiecznie!"

    A co do kremówek - to tak, pizza albo cokolwiek innego byłoby dobrym pomysłem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Na kacu nie powinno się pisać, a przynajmniej nie powinno się publikować. Dziś pan panie zarabiasz swoją jedynkę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolego, w ogóle nie wiem, o co chodzi.

      ;-(

      Usuń
    2. To potraktuj to co napisałeś jak kartkówkę (jak już wywietrzejesz) ;-D

      Usuń
  6. Zwykle pamięta się skrajności, a wszystkie "średniości" znikają ze wspomnień...

    I bardzo proszę jako granicę starości wyznaczyć wiek 85 lat... Bardzo proszę... Bardzo... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Taaak, z cyferkami trzeba ostrożnie, psze Pana. Ani się obejrzysz i... wiadomo.
    Wszystko się zgadza, tylko jedno nie. Dlaczego byli uczniowie mówią do Ciebie "Poznajesz mnie?" Dla mnie normą jest, że nauczyciel na zawsze pozostaje panem, a jego uczeń zawsze jest nazywany przez niego po imieniu, choćby miał już 50 lat :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.