niedziela, 12 października 2014

Mydło, powidło, podręczniki

Idę w miasto. Ok, w miasteczko na poszukiwanie musu jabłkowego. (Szczegóły, szczególiki...) Mijam jedyną w okolicy księgarenkę. Malutki budyneczek z drewna wtopiony w szereg innych budynków. W środku ledwie mieszczę się ja, dwójka dzieciaków, Żona i właściciel. Książek, przeróżnych, od podłogi po sufit.

Zawsze, gdy mam ochotę na jakaś nowość, idę do księgarza i zamawiam egzemplarz. Wiem, szybkiej i taniej pewnie przez Sieć, ale staram się wspierać faceta, bo walczy z podłymi realiami rynku książki jak może. Podziwiam w sumie gościa, bo wiadomo jak jest z czytaniem w naszym pięknym narodzie. A i w małych miasteczkach też pewnie odpowiednio "wysokie" nasycenie molami książkowymi istnieje...

Ale do rzeczy - przechodzę obok księgarni i myślę sobie, że w sumie jedną książkę nowszą mógłbym zamówić.

- Dzień dobry - wołam od progu - Mógłbym jedną książkę zamówić?

- Jeszcze tak - odpowiada księgarz.

- A co? Już pan zamyka na dziś?

- Chyba w ogóle się poddam...

Lekko mnie zmroziło. I, parafrazując klasyka, wiadomość ta "w pysk mi dała i poszła."

Opowiadam Żonie o wszystkim. A ona na to, że za wszystko trzeba winić niestety dwa sklepy papiernicze (!!!), które zaczęły w zeszłym roku handlować podręcznikami. Do tej pory to "mój" księgarz się tym zajmował i dzięki podręcznikom właśnie jakoś wiązał koniec z końcem. Teraz zagryzły go dwie inne placówki nijak z podręcznikami nie związane. No chyba że wspólnym mianownikiem uczynimy papier...

Tu dochodzimy do sedna problemu - nie da się chyba zakwestionować prawa do handlowania, czym się da. Takimi pomocami naukowymi obracać może fryzjerka, rzeźnik lub bioenergoterapeuta. Ja jednak wychodzę ze staromodnego przekonania, że mięso się u rzeźnika właśnie kupuje, bułki w piekarni, a gazety w kiosku.

Inaczej dojdziemy do sytuacji, gdy pan z saloniku prasowego oferuje petardy i znicze, pani w aptece wyposażenie do obcinania paznokci, a w pasmanterii kupić można zestawy do przyjmowania kolędy (krzyżyk, kropidło i aluminiowa miseczka na wodę święconą).

Co tu dają?


Dojdziemy?

Już tu jesteśmy... 

10 komentarzy:

  1. Antku, ostatnio w ofercie jednej KSIĘGARNI internetowej znalazłam miód, kaszę jaglaną i herbatki ziołowe. Jeszcze te herbatki jakoś do książek pasują, ale reszta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie kiedyś przysłano wraz z zamówioną książką próbkę kremu dla kobiet 40+

      Skorzystałem z ciekawości...

      pzdr

      Usuń
  2. U Arcta czytałam, że taka norymberszczyzna była od zawsze - książki, pasmanteria, przekąski. Nihil novi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, no to ja pamiętam jak dziś kilka księgarni z kaliskiej młodości. Przynajmniej trzy oferowały TYLKO książki. No ale to był znienawidzony PRL i okolice...

      Usuń
  3. Mnie dziwi, że Pan Bukinista uchował się do dziś. W moim rodzinnym miasteczku księgarnia od zawsze (mówimy tu o pięknych latach dziewięćdziesiątych) była jednocześnie sklepem papierniczym a i regał z zabawkami się w niej znajdował. Z czasem, co prawda, książek było coraz mniej i sklep coraz trudniej było, z czystym sumieniem, nazwać księgarnią. Od dawna nie zaglądałem, więc nie wiem, jak jest dzisiaj.

    Prawda jest niestety taka, że książki są u nas drogie. Osobiście doceniam urok księgarni, ale większość książkowych zakupów robię w internetach. Dziesięć czy kilkanaście złotych różnicy (nawet, jeśli trzeba dopłacić za przesyłkę, ta różnica pozostaje) ma znaczenie. Nie mówiąc już o tym, że książkę z drugiej ręki można kupić za 1/3 ceny albo i lepiej. Podejrzewam, że w naszym nie najzamożniejszym społeczeństwie nie jestem wyjątkowym skąpiradłem.

    I jeszcze spostrzeżenie na koniec - wejdź do jakiegokolwiek Empiku. Nawet tak duża sieć nie oparła się wymogom rynku. Książki ciągle są, prasa jest, ale kuchnię też sobie wyposażysz, pierdołowatych bibelotów całe sterty, zabawki, gry - mydło i powidło jednym słowem. Jak więc się dziwić panu z małego sklepiku z małym miasteczku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, ja to jest każdy widzi. Każdy orze jak może i w sumie nie ma się co dziwić. Tylko żal jakiś mnie ściska za żołądek, gdy widzę, że książki muszą sąsiadować z tandetnymi badziewiami z Chin, które psują się po tygodniu używania.

      Jakiś niedzisiejszy chyba jestem...

      Usuń
  4. Żeby teraz przetrwać na rynku trzeba niestety mieszać mydło z powidłem... :)

    naczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Ze swojej skromnej strony powiem, że ostatni akapit chociaż przesiąknięty jest ironią mówi naprawdę wiele. Opisane sklepy z pozornie niecodziennym asortymentem spotykałem nie raz w moim rodzinnym mieście.
    Oczywiście, dla kupującego jest to niezmiernie wygodne. Lecz dla takiego opisanego przez Ciebie księgarza...
    Może spróbować uratować jakoś jego interes? Skoro jest tak dla Ciebie ważny to może zrób mu reklamę u znajomych, nakłoń go do zmiany wystawy, jakiejś zabawy, do czegoś co ściągnie do niego ludzi. Nie tylko samym towarem można handlować, ale dobrą zabawą też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem z ratowaniem takich miejsc jest taki, że ja tutaj gdzie mieszkam znajomych jako takich nie mam. Żyję tu, ale jestem spoza. I wstydliwy nieco jestem, więc... Ech...tłumaczę się, ale nie miałbym pojęcia, jak się za coś takiego zabrać tak naprawdę.

      pzdr

      Usuń
    2. W notce z 17 października napisałeś, że masz swoich uczniów. Wykorzystaj ich jakoś do tej pracy. Dzieci będą miały zabawę, a kto wie, może jakieś tam jeszcze wróci, albo poleci znajomym?

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.