piątek, 24 października 2014

Ekskuza

Choruję.

Od ponad tygodnia leczę się niby na grypę, ale tak naprawdę nie wiem, co mi jest. Lekarze widzą tylko stan zapalny, ale ani chirurg, ani urolog, ani USG nic nie znalazło. Nie wiadomo, skąd te skoki temperatury, rwanie w mięśniach, bóle... Paradoksalnie, żadnych typowo przeziębieniowo-jesiennych klimatów. Zero kaszlu, kataru.

Truję siebie i innych tymi wizjami swojej niewesołej przyszłości. Śni się, że umieram, że mam ciało młodego człowieka, ale liczę sobie około setki lat. Serio, taki sen miałem...

Pociechę znajduję w słowach wiersza Krzysztofa Jaworskiego, który również na swojej drodze krzyżowej via oddział onkologiczny taki oto wiersz napisał:

SŁODKIE LATA 90.

Żyliśmy jak zwierzęta.
Bez iPodów, LTE i Internetu.
Dziewczyny bobry miały zarośnięte.
Rzadko goliły nogi.
Nic nie było wyjebane w kosmos.
Nic nie było zapisane na pendrivach.
Wszystko było zapisane w gwiazdach.


Z pewnych względów ilustracji do wiersza dawać nie będę...

Czołem!


piątek, 17 października 2014

Z okazji

W jednym ze swoich wierszy amerykański poeta Billy Collins napisał takie słowa: "Wszyscy moi studenci, których kiedyś uczyłem, zaludniliby niewielkie miasteczko." Coś w tych słowach jest. Nawet jeżeli odpuścimy sobie całą resztę utworu (dobrego tekstu zresztą), będziemy mieli pewną ciekawą prawdę o zawodzie nauczyciela.

Czy ja, który przepracowałem już w zawodzie tych 12 lat, też swoimi uczniami zaludniłby małe miasteczko? Taka od czapy refleksja się przypętała w Dniu Nauczyciela.

Moich uczniów wszystkich los już dawno rozrzucił po świecie, Europie, Polsce, województwie, gminie. Spotykam ich ulicach, w autobusach. Niektórzy sprzedają mi w chleb, inni przynoszą mi pocztę. Czasem ktoś się jakoś via Internet odezwie, do grona znajomych chce dołączyć. 

Mają dzieci. Niektórzy już w szkole się przykładali się praktycznych elementów wychowania do życia w rodzinie.  

Idę ostatnio po Synka do szkoły. Nagle na ulicy zatrzymuje się czerwony samochód dostawczy. Kierowca macha to mnie i szczerzy zęby. Po chwili go rozpoznaję. Jedno z moich największych utrapień i klęska pedagogiczna. Niemal każda lekcja musiała być przez niego "urozmaicona", czasem zupełnie rozbita. Męczyłem się niemożebnie, a kolejne oceny ndst nie robiły na nim wrażenia. 

To zdaje się być regułą, którą nie do końca rozumiem. Największe obiboki, lenie patentowane, pospolici chuligani po wyjściu ze szkoły (definitywnym wyjściu) zawsze kłaniają się, poznają na ulicy, nawet rzucą bezpośrednim: "Poznajesz mnie?" 

Gdzieś tam utkwiłem im w pamięci i nie rzucają we mnie kamieniami z tego powodu.

Dlatego nie mogę się nie zgodzić z tymi słowami:



Natomiast średniacy z ambicjami... Dla nich już jestem niewidzialny. Wypadłem z orbity ich zainteresowania. Cóż, życie...

Sentymentalnie się zrobiło. Trzeba rozbić w proch ten pompatyczny nastrój. 

Uczniowie mojej klasy osobistej pytają się mnie na jednej z pierwszy lekcji:

- Mamy do pana mówić "panie profesorze"?

- Eeeee, gdzie tam! Jak ktoś tak mówi, to czuję się, jakbym miał 50 lat albo i więcej.

- To jak mamy mówić?

- Możecie po prostu "proszę pana" albo "mistrzu", jak wolicie.

Mieliśmy w tym tygodniu Dzień Papieski. Jedną z jego atrakcji były kremówki, które można było w hurtowych ilościach kupić, a potem się nimi opychać.

Powiem Wam jedno - żałuję, że papież po maturze na pizzę nie chodził...

Czołem!

niedziela, 12 października 2014

Mydło, powidło, podręczniki

Idę w miasto. Ok, w miasteczko na poszukiwanie musu jabłkowego. (Szczegóły, szczególiki...) Mijam jedyną w okolicy księgarenkę. Malutki budyneczek z drewna wtopiony w szereg innych budynków. W środku ledwie mieszczę się ja, dwójka dzieciaków, Żona i właściciel. Książek, przeróżnych, od podłogi po sufit.

Zawsze, gdy mam ochotę na jakaś nowość, idę do księgarza i zamawiam egzemplarz. Wiem, szybkiej i taniej pewnie przez Sieć, ale staram się wspierać faceta, bo walczy z podłymi realiami rynku książki jak może. Podziwiam w sumie gościa, bo wiadomo jak jest z czytaniem w naszym pięknym narodzie. A i w małych miasteczkach też pewnie odpowiednio "wysokie" nasycenie molami książkowymi istnieje...

Ale do rzeczy - przechodzę obok księgarni i myślę sobie, że w sumie jedną książkę nowszą mógłbym zamówić.

- Dzień dobry - wołam od progu - Mógłbym jedną książkę zamówić?

- Jeszcze tak - odpowiada księgarz.

- A co? Już pan zamyka na dziś?

- Chyba w ogóle się poddam...

Lekko mnie zmroziło. I, parafrazując klasyka, wiadomość ta "w pysk mi dała i poszła."

Opowiadam Żonie o wszystkim. A ona na to, że za wszystko trzeba winić niestety dwa sklepy papiernicze (!!!), które zaczęły w zeszłym roku handlować podręcznikami. Do tej pory to "mój" księgarz się tym zajmował i dzięki podręcznikom właśnie jakoś wiązał koniec z końcem. Teraz zagryzły go dwie inne placówki nijak z podręcznikami nie związane. No chyba że wspólnym mianownikiem uczynimy papier...

Tu dochodzimy do sedna problemu - nie da się chyba zakwestionować prawa do handlowania, czym się da. Takimi pomocami naukowymi obracać może fryzjerka, rzeźnik lub bioenergoterapeuta. Ja jednak wychodzę ze staromodnego przekonania, że mięso się u rzeźnika właśnie kupuje, bułki w piekarni, a gazety w kiosku.

Inaczej dojdziemy do sytuacji, gdy pan z saloniku prasowego oferuje petardy i znicze, pani w aptece wyposażenie do obcinania paznokci, a w pasmanterii kupić można zestawy do przyjmowania kolędy (krzyżyk, kropidło i aluminiowa miseczka na wodę święconą).

Co tu dają?


Dojdziemy?

Już tu jesteśmy... 

sobota, 11 października 2014

Ogłoszenie parafialne

Założyłem na twarzowej książce stronę, która ma zbierać obrazki z życia polskiej prowincji. Nie polowałem i nie będę nigdy polował na popularność. Poluję i będę polował na zwyczaje, obyczaje, paradoksy, żenujące i wstydliwe oblicza naszego gatunku. Na wszystko, co ludzkie. Stąd. Jeżeli zechcecie dołączyć i publikować czasem tam swoje obserwacje, będzie to największym sukcesem. 


Tomek.

czwartek, 9 października 2014

Typowe problemy dorastających dziewcząt

I znów życie funduje mi podejrzaną/podsłuchaną scenkę z życia bliźnich. Przystanek autobusowy. Odkąd mamy zepsuty samochód - ponoć alternator, więc moje trzaskanie łapami w kierownicę chyba nie było aż tak dewastujące - muszę dzień w dzień korzystać z dobrodziejstw transportu publicznego. Ma to swoje zalety oczywiście - czytam, czytam i czytam...

Wracając jednak do obserwacji...

Stoją dwie małolaty ze szkoły ponadgimnazjalnej. Jedna żali się drugiej:

- Matka mnie nie chce puścić na tę domówkę.

- Dlaczego?

- Bo ją w rękę uderzyłam.

- Co?

- No tak... Wczoraj coś ją napadło i zaczęła sprzątać w szafie na korytarzu. Powyciągała wszystkie buty i mówi: "Coś mi te buty brzydko pachną" i kazała mi po kolei każdy but wąchać. Po którymś jej powiedziałam, że nie mam więcej ochoty wąchać butów. A ona następny mi podtyka pod nos, więc odepchnęłam jej rękę. A ona w krzyk, że ją uderzyłam i że nigdzie nie pójdę!


PS

Noszę się z zamiarem założenia na znanym portalu społecznościowym, co to mam twarz i książkę, grupy "Blogerzy z prowincji." Jakbym nie miał co robić z czasem...


sobota, 4 października 2014

Autor! Autor!

Takiego typu opowieści ZAWSZE otwiera się wstępem: "Znajomy mojego znajomego widział coś takiego..." No, czujemy już, że jakaś większa ściema się kroi lub przynajmniej całą historię trzeba w kategoriach anegdoty traktować.

No więc możecie mi wierzyć albo i nie, ale takiego czegoś byłem ostatnio świadkiem:

Po drugiej stronie ulicy postawiono nam przystanek autobusowy. Od rana do wieczora czekają tam, snują się lub spotykają przeróżni ludzie - i gimnazjaliści rzucający mięchem, i zażywne starsze panie, które tychże upominają. Ruch jak w Paryżu, prowincjonalnym dość, ale jednak.

Wychodzę z domu, spieszę się po Tymka do szkoły. Do moich uszu docierają podniesione głosy z przystanku właśnie. Dwóch zaniedbanych panów w średnim wieku siedzi obok siebie i zawzięcie się o coś spiera. Wyglądają jak klasyczne ofiary transformacji ustrojowej - poszarzałe twarze, znoszone ubrania, włosy w nieładzie, facjaty nieogolone. 

- Ty naprawdę jesteś, wiesz co... Z tobą to już naprawdę źle! - zaczyna pierwszy - Coraz gorzej!

- No co? No co?

- Wiesz co? Idź i zapisz się z powrotem do przedszkola, to tam ci wytłumaczą wszystko! No przecież autorem "Kordiana" był Słowacki! Nie Tuwim! To już dzieci w przedszkolu wiedzą!

Musiałem pędzić po Synka, ale żałowałem, że nie mogłem dłużej przysłuchiwać się tej branżowej dyskusji. 

Jedno Wam powiem - ciekawy jestem, w jakim przedszkolu "Kordiana" się omawia. Chyba tam Córkę zapiszę...