wtorek, 30 września 2014

Co było?

Co mnie nie było, to mnie nie było. Stęskniliście się ? 

(Nie!)

Ja nieco tak, ale nie mam czasu na zbyt wielkie ballady i romanse na temat mijających dni. Czasu nie mam. W diabły roboty w szkole. Powieść pęcznieje, obrasta w kolejne sceny i rozdziały. Dzieci prywatne też się coraz mocniej domagają uwagi taty, a doba ma wciąż tylko 24 godziny, z czego przynajmniej 8 muszę przespać, by nie umrzeć w trakcie pozostałych 16.

Kuchnia wciąż leży rozgrzebana. Teoretycznie wszystko gra oprócz tego, że płytki na ścianie fachowcy źle położyli. Życie. No i meble kuchenne zaczną nam kłaść dopiero 7 października. Życie...

Dziś Dzień Chłopaka. Ładny prezent od  mojej klasy dostałem - książkę kucharską. Do nowej kuchni będzie jak znalazł. A wierszyk, jaki mi napisały dziewczyny... Cud, miód poezja okolicznościowa.

Niestety, samochód się zepsuł nam. Pewnie mam w tym jakiś udział, bo baaardzo głośno słuchałem progresywnego metalu w czasie jazdy, wystukiwałem rytm na kierownicy i zanim skończył się pierwszy utwór, zapaliła się czerwona kontrolka i wyświetliła się informacja:

Uszkodzony system wspomagania kierownicy.


Życie...

poniedziałek, 15 września 2014

"Siedź w kącie,

znajdą cię." Takie hasło niepopularne dzisiaj. W czasach, gdy wyszarpywać, wygryzać trzeba sobie drogę kariery, rozwoju osobistego etc.

W czasach, gdy trza się promować, naginać, łokci używać nie tylko do podpierania głowy przy stole, ale również do rozpychanie się. 
A pamiętacie moją notkę sprzed roku?

To był tak zwany "List do samego siebie z przyszłości", miła i bezbolesna inicjatywa, za pomocą której miałem jakoś zmotywować siebie do działania, pracy, doskonalenia wewnętrznego. No bo czyż motywująco nie brzmią słowa:

"A jak tam Twoje dwie rozgrzebane powieści, którymi masz zyskać sławę i uniezależnić się finansowo od budżetu państwa? Masz je w końcu skończyć! Bo jak nie, to w ryj!"

Nie traktowałem tej notki, listu wysłanego w przyszłość, wyjątkowo poważnie. Jeżeli by miał już o czymś przypominać, to raczej o kolejnym mijającym roku. O bezlitosnym czasie, co liście zrywa z drzew i sił ludzi pozbawia. 

Aż tu nagle trzęsienie ziemi. Pewna osoba, której nigdy na oczy nie widziałem, ale w Internetach znajomymi jesteśmy i kojarzymy swoje nazwiska, pyta się, czy dobrze pamięta, że pracuję nad jakąś książką. Oniemiałem, bo tak. Mam rozgrzebane 3 lub 4 powieści. "No to przyślij próbkę, bo wydawnictwo moje szuka nowych ciekawych autorów." 

Oniemiałem drugi raz, ale posłałem mniej więcej połowę maszynopisu. Nie liczyłem na nic specjalnego, bo mimo licznych talentów mam jedną wadę - niewyleczalną nieumiejętność oceny własnych dokonań. Ktoś taki nigdy nie powie, że zrobił coś dobrego, przyzwoitego, porządnego. 

Po tygodniu dostaję pozytywną odpowiedź. Tekst zrobił "duże wrażenie." 

Dziś jestem po pierwszych wstępnych rozmowach z Wydawnictwem. Za chwilę umowa. Do końca roku dopisać resztę. Wiosną być w dobrej formie, by serce wytrzymało moment, gdy w księgarni znajdzie się własną książkę...

Niech ta notka będzie przykładem działania Losu, Opatrzności lub czego tam chcecie, w co tam wierzycie. Morał jest jeden - życie zawsze będzie inne niż nam się wydaje, że będzie. To po pierwsze. 

A po drugie - przepraszam za moralizatorstwo - nigdy nie pisałem z wyrachowania, licząc na jakikolwiek sukces oprócz własnej (skromnej) satysfakcji. Być może brak jakichkolwiek oczekiwań + uparta spokojna praca to klucz do ... sukcesu (?).

Może...

sobota, 13 września 2014

Eksplozja w Sparcie

Od miesiąca nie mamy kuchni.

Tak, to prawda. Miesiąc temu wynieśliśmy z kuchni wszystkie meble, bo liczyliśmy, że jeszcze w wakacje uda się przeprowadzić głębinowy remont tego najważniejszego pomieszczenia w całym domu. 

Wynieśliśmy meble, zlew, kuchenkę gazową. Wszystko wylądowało na tarasie. 

W salonie złożona została nowa kuchnia. W 99 paczkach leży. Od miesiąca mniej więcej. 

W korytarzu mamy stół, na którym jest WSZYSTKO, co niezbędne do kulinarnego funkcjonowania. Do kontaktu podpięty czajnik i mikroskopijna kuchenka turystyczna.

Na szczęście w pomieszczeniu gospodarczym obok domu (brzmi dziwnie) mamy kuchenkę gazową podłączoną do butli gazowej. Tam jakoś gotujemy dania obiadowe. Lodówka w garażu.

Warunki spartańskie w praktyce.

W tych warunkach takie oto wydarzenie. Dzisiejsze śniadanie. Siedzimy przy stole kuchennym w korytarzu. Żona mówi:

- Coś mi się wydaje, że te soki co tu stoją, to już chyba trzeba będzie wylać. Pewnie sfermentowały już.

Sprawdzę, myślę sobie i wyciągam rękę, by sprawę zbadać, a tu nagle...

PUFFFFFFFF!!!

Głośny wystrzał i rozbryzg czegoś czerwonego w powietrzu. Tuż obok mnie. Okulary mam w czerwonych cętkach. Bluza tak samo. Pół stołu obryzgana. Jedna ściana. Druga ściana. Obie w zeszłym roku pomalowane. Na biało.

Eksplodował sos Jalapeño. Czerwony. Pikantny.


Sceneria rodem z filmu o polowaniu na seryjnego mordercę. W naszej kuchni. To znaczy w korytarzu...

środa, 10 września 2014

Po przerwie

Dawno mnie nie było. Przygód miałem więcej niż Indiana Jones, ale niestety mniej malownicze były i żadnych skarbów nie wygmerałem nigdzie. A szkoda...

Moja odyseja, w czasie której starałem się odwiedzać kolejnych lekarzy, rozbiła się o kilka raf. Przyjemna rafa to moja pani doktor pierwszego kontaktu, która skutecznie przekonywała mnie, że wszystkie (albo większość) z moich dolegliwości mają podłoże nerwowe. Uf, dziękuję pani doktor, bo już zacząłem siwieć. Serio, zdobyłem kilka siwych włosów na mojej bujnej czuprynie.

Inna rafa była już mniej sympatyczna. Chciałem, jak co roku, iść na kontrolę do szpitala onkologicznego. Tak, miałem kiedyś przygody w ten deseń, więc co jedno okrążenie Słońca wokół Ziemi, chodziłem się badać. Przez wiele lat można było po prostu wejść z ulicy, zarejestrować się i już. A teraz? Dzwonię, a okazuje się, że najbliższy możliwy termin przypada na styczeń. Bez komentarza.

Trzecia rafa - zapisałem się na badanie USG w miejscowym ośrodku zdrowia. Konkretnie. Na 9 rano. 45 minut później miałem lekcje, więc zależało mi na konkretnej i w miarę wczesnej godzinie. Przychodzę 8:55. Okazuje się, że... jestem za wcześnie, przede mną jeszcze jeden pacjent, pani doktor przyjechała później, więc wszystko się przesunęło. 

Jak się wkurzyłem! Nic, absolutnie nic nie można w Polsce załatwić na daną godzinę. Nie po to umawiam się na taką a nie inną, by potem gnić w poczekalni i dzwonić do szkoły, że się spóźnię, bo pani doktor nie przyjechała na czas.

No wściekłem się i już.  

Na froncie szkoły jest też wesoło. Już pierwsze objawy zdartego gardła zaliczyłem. Ledwie w domu mogę mówić, gdy wcześniej przez bitą godzinę tłumaczyłem (skutecznie mam nadzieję) klasie, czym jest platońska filozofia Idei. Mojej klasie, osobistej, tłumaczyłem. Mili są i sporo się odzywają. Szczęściem, sensownie.

Za to wpadłem na rewolucyjny pomysł metodyczny. Muszę sobie zmajstrować koszulkę. Zwykłą koszulkę, która na plecach będzie miała nadrukowane istotne przedmiotowe treści. na przykład "Rodzaje narracji", "Podział środków stylistycznych", "Najważniejsze gatunki romantyczne."

Pisać będę na tablicy, a z moich pleców popłynie strumień informacji. 

Muszę tylko trochę przyłożyć się do kształtowania górnych partii mięśni - więcej się materiału zmieści.

I na koniec rodzynek - uczeń omawiając wiersz Tuwima "Wiosna. Dytyramb" zamiast określenia "choroby weneryczne" użył sformułowania "choroby wegetatywne."

I tym chorobowym akcentem kończę, tak jak zacząłem zresztą...

poniedziałek, 1 września 2014

Plankton

Nie piszę.

Nie piszę, mimo "moich" blogowych urodzin, Dnia Blogera i takich tam innych okoliczności. 

Zdrowie mi szwankuje. Od przeszło dwóch tygodni przeróżne niefajne rzeczy moje ciało mi prezentuje. Wygląda to jak rasowy pokaz multimedialny z opcją "BÓL" włączoną do pewnych niepokojących wartości.

(W takim stanie nie polecam korzystania z internetowych zasobów wiedzy dot. zdrowia. Można się poważnie zastanawiać, czy ma się mononukleozę, zapalenie stawu skroniowo-żuchwowego, wrastające gdzieś ósemki, zapalenie ucha środkowego czy inne malownicze  przypadłości...)

Kardiolog, neurolog, laryngolog, dentysta... Człek tylu profesjonalistów na swej drodze spotyka...

Nie straszyć Was już więcej?

Ok.

Ostatnio czytałem, że Polki rodzą coraz więcej dzieci. Mam prywatną teorię tłumaczącą ten fenomen. Każda chce zostać uznaną blogerką parentingową.

Wybaczcie czerstwy dowcip.