niedziela, 24 sierpnia 2014

Stalówką na dół

Znam ludzi, którzy uwielbiają zmiany. Jedni nie mogą usiedzieć na miejscu i wciąż szukają kolejnych atrakcji poza domem ("W domu to ludzie umierają" - mawiała moja koleżanka), nosi ich z kąta w kąt, a największym nieszczęściem jest stabilizacja, kanapa, na której można spokojnie posiedzieć i perspektywa spędzenia całego dnia w domu w swoim własnym towarzystwie. 

Szukają innych, nawiedzają znajomych, tropią imprezy "na mieście"...

Znam takich, co to już osiedli, przywykli do mniej nomadycznego trybu życia, ale wciąż generują spory chaos wokół siebie. Ich żywiołem są remonty, przemeblowania, przemalowywania kolejnych ścian na kolejne kolory, przewieszanie obrazów, przestawianie przedmiotów... 

Tak, znam takich. 

A że obiecałem sobie, że będę milszy dla bliźnich, nie posłużę się żadną barokową konstrukcją, by napisać, co o takich ludziach myślę. Powiem tylko jedno - za czasów PRL-u, który jednak pamięcią zagarniam, był w telewizji program pt. "Domator", który pokazywał, jak miło i spokojnie można spędzić czas w domu właśnie nie przeobrażając go w pobojowisko...

Cóż, ostatni tydzień taki pobojowiskowy miałem. 

Pojechałem do rodziców do Kalisza, by napisać scenariusz przedstawienia o pewnym świętym człowieku. Plus tego wszystkiego jest taki, że ma mi się za to nieźle zapłacić. Minus taki, że ów święty człowieka napisał 4 opasłe tomy pamiętników, na których miałem bazować. Ale, cóż, dałem radę. W 85% mam napisane.

Przeczytałem parę książek, wszedłem w zażyłe stosunki telefoniczne z pewną zakonnicą, która przysłała mi sporą część brakujących mi materiałów i jest. W 85%. 

Skończyłbym, gdyby nie pewna słabość, która nie wiem skąd się przyplątała - serce coś mi nierówno bije i mam (chyba powinienem napisać "miałem") zawroty głowy, które nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Czułem się tak, jakbym wciąż nosił za silne okulary. Rozumiecie, o co chodzi, prawda?

Dodam do tego remont kuchni. Ech, na fachowców czekaliśmy 1,5 miesiąca. Z tygodnia na tydzień przekładali swoje wizyty. A my zdążyliśmy nad morzem być, u moich rodziców być, a oni nic. Teraz, gdy wakacje się kończą i wypatrujemy początku roku szkolnego - oni przychodzą.

Na Jowisza! Ależ mamy burd..., przepraszam, bałagan w domu. Kuchnia rozryta, teraz pokryta betonem czeka na płytki. Salon mamy wypełniony 99 paczkami, z których fachowcy złożą nam nowe kuchenne meble. Kuchnię (polową) mamy w korytarzu... 

Nie wspominam już nawet o tym, całe podwórko mamy zawalone styropianem, workami cementu, piachem i bogowie wiedzą, czym tam jeszcze. No a panowie fachowcy mają swoje radyjko, którego słuchają tak głośno, by przekrzykiwało pracującą betoniarkę, i słuchają RMF-u. Boże...

Na dodatek Żona wyjechała na cały tydzień na szkolenie i od poniedziałku do piątku byłem słomianym tatą...

Ok, tak to wszystko wyglądało.

Na koniec jeden drobny epizodzik. Znaczący być może. W zeszły piątek musiałem już znaleźć się w szkole i pogadać z nauczycielami z mojego zespołu przedmiotowego. Takie drobne zebranko. Otwieram piórnik, wyciągam pióro, kładę na stole. Ono leży. Potrącam je, spada i ląduje precyzyjnie wycelowane stalówką w dół. Niemal wbija się w podłogę. Zostawia na niej kilka kropel czerwonego atramentu. Jak krew z martwego pióra.

Stalówka rozszczepiła się. W lewo i prawo.

Ofiara bóstwom szkoły złożona.

8 komentarzy:

  1. To może od tej pory wbijaj pióro w posmarowaną masłem kromkę chleba, która jak wiadomo, spada zawsze masłem na dół. Może przy okazji jakieś prawa fizyki złamiesz i perpetuum mobile wynajdziesz ;)

    miłej nauki

    OdpowiedzUsuń
  2. Ofiara wręcz symboliczna. Mnie czeka teraz taki tydzień, że mimo remontu nie wiem, jak go przeżyję. Dlatego zaczynam już dziś, żeby za tydzień być może po robocie posiedzieć sobie ze dwie godzinki jak ten wspomniany "Domator". Już za tym tęsknię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czujesz, prawda? Podomatorzyć sobie to jest coś.

      Usuń
  3. Bosy, nie wierzę!!! U mnie podobny dramat! Kilka dni temu moje pióro wbiło się swoim najważniejszym końcem w podłogę w sypialni. Mój mąż próbował je reanimować: usta-usta, elektrowstrząsy, masaż serca, nawet by-passy.... Nic nie pomogło. Drapie, trzeszczy... Chyba z rozpaczy kupię sobie jakiś plastikowy erzac za 10 zł z wizerunkiem księżniczki, albo Batmana... W ramach żałoby... Bo z długopisem to ja niepiśmienna jestem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pióro kupiłem fuksem na portalu aukcyjnym za 23 złote. Używane ale jak nowe. Pisało klasa i pięknie wyglądało: http://www.piorawieczneforum.pl/index.php?/topic/3393-standardgraph-kaffebraun/

      Teraz już martwe. Ech...

      Usuń
    2. Nie można wymienić stalówki?

      Usuń
  4. Potrzebowałam naklejek ostatnio. Jak najprostszych, na słoiki z przetworami i nalewki. Pan sprzedawca usilnie mnie namawiał na nalepki z... lalką Barbie! Oparłam się dzielnie!

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.