niedziela, 3 sierpnia 2014

Drobny problem

No i mamy problem. Problem się „chodzenie do kościoła” nazywa. A dokładniej „chodzenie do kościoła z dziećmi.”

Dopóki nie było dzieci w naszej rodzinie – u nas i na najbliższych gałęziach – wszyscy dość regularnie na niedzielne msze chodzili. Rzadko, od święta (nomen omen) zdarzało się, że ktoś kościół opuścił.

Dzieci zaczęło przybywać, czasu ubywać, niedziele w inne zupełnie koleiny wpadły. Kościół znalazł się na bocznym torze. I o ile byłem kiedyś w stanie walczyć do upadłego o „istotność” praktyk religijnych, tak z biegiem czasu coraz bardziej docierało do mnie, że ¾ religijności zdobywa się na drodze żmudnego notorycznego przyzwyczajania się do pewnego rytmu dnia/tygodnia/miesiąca/roku. Zaniedbywanie praktyki owocowało rosnącym przekonaniem o tym, że w sumie nic się nie zmienia – ilość moich wad i zalet jakoś nie uległa zmianie. Wiara, a raczej jej rytualne odbicie, przestały dotyczyć.



A dzieci? Skoro my nie chodzimy – ja z przekonania, że „niewiele mi to daje, taki czas przyszedł, fluktuacja, pewnie kiedyś się odmieni” – to jaki jest sens wdrażać dzieciaki w religię. Ok., Kalina ma 3 lata i jest kompletnie uodporniona na wewnętrzne bogactwa mszy. Ostatnio w Kaliszu w czasie jakiejś pieśni zaczęła tańczyć i śpiewać po swojemu. Kręciła piruety, ślizgała się na lśniącej posadzce. Wszelkie próby upominania jej kończyły się buntem, a karcenie jej ergo przeszkadzanie innym w prawidłowym odbiorze mszy, było kiepskim pomysłem. Wyszedłem z nią w połowie mszy i wróciliśmy do domu.

Z Tymkiem sprawa jest bardziej złożona – on kojarzy mszę z nudą (zrozumiałe), monotonią (zrozumiałe) i niejasnością (to jasne).

- Tata, ja z tego nic nie rozumiem, nie rozumiem – marudzi żałosnym głosem i muszę mu przyznać rację. Liturgia i jej warstwa słowna jest szalenie enigmatyczna. Dziecko ma w tym uczestniczyć? Przeżywać? Z zaangażowaniem odpowiadać?

- No to weźcie dzieciaki na jakąś mszę dla dzieci – proponują znajomi – Tacy podobno fajni księża są u was…

- No dobra – odpowiadam – A ile czasu na mszy przeznacza się na dzieci? 10 minut kazania? A reszta jest normalna, prawda?

- No tak…

Za dwa lata młodego czekać będzie pierwsza komunia. Po drodze kilkadziesiąt godzin katechizacji, bezpośrednio przez pierwszą komunią kilkadziesiąt godzin mszy, nauk dla dorosłych i dzieci, jakby nie można było tego skrócić do kilku prób i teorii w czasie lekcji religii w szkole.

Pytanie jednak brzmi – czy on w ogóle pójdzie do komunii? Skoro teraz z kościołem jest nam i jemu nie po drodze, to jakim cudem rzetelnie i uczciwie przygotowywać dziecko do sakramentu??? Pójść z nim, bo „jego cała klasa idzie”? Uczyć go od początku tej polskiej specjalności polegającej na tym, że mamy potężną reprezentację „niewierzących praktykujących”? Tego chcemy? Ścierać się z rodziną, której się w głowie nie pomieści, że „DO KOMUNII GO NIE POSYŁACIE???”

A z drugiej stronie – być może kiedyś będzie nam wyrzucał, że nie zadbaliśmy o jego rozwój duchowy???

Dylemat jest okrutny i nie wiem, jak z tej sytuacji wybrnąć. Pal sześć mnie, bo ja już się na straty spisałem na pewien czas przynajmniej. Inną kwestią jest dziecko. Na ile nimi dysponujemy. Na ile mogą realnie decydować o swojej ścieżce rozwoju…

5 komentarzy:

  1. a jakie zdanie ma mama dzieci w tej sprawie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie? delikatna kwestia. Cóż, chciałaby jeszcze teraz trochę pokierować, a gdy będą starsi - dać wolną rękę. Trzeba jej będzie tylko znów zacząć chodzić do kościoła, bo też opuszcza. Z nieco bardziej prozaicznych powodów niż ja.

      Mamy klasyczny rozdźwięk.

      Usuń
  2. Jak już przestałeś chodzić, to nie wrócisz. W miarę upływu czasu będzie Ci się wydawało coraz bardziej dziwnym, jak można w ogóle chodzić do kościoła.
    O dzieci się nie martw. Jeśli nie zapędzisz ich do zawodzenia niegramatycznych pieśni w kościele, do klepania pacierzy, z pewnością nigdy nie będą Ci miały tego za złe. Nie będą, bo nie będą odczuwały potrzeby praktyk niby-religijnych, czyli polskiej odmiany katolicyzmu. Przypuszczam, że kiedy one dorosną chodzić do kościoła będzie mniej ludzi niż dziś. To się ciągle trzyma siłą przeświadczenia, że tak trzeba, ale kiedyś to pęknie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zastanawiając się nad tą sprawą, przypomniałam sobie własne dzieciństwo, nie tak zresztą odległe.. Do kościoła zaczęłam chodzić późno, ponieważ rodzice twierdzili, że z małymi dziećmi, a zwłaszcza trójką, nie ma co się tam pokazywać. masz rację, kościół nie jest przyjaznym miejscem dla dzieci. Dla nastolatków zresztą też nie. Wciąż pamiętam, że na początku nudziły mnie msze, znałam tylko ,,Ojcze Nasz" i na tą modlitwę mama mnie szturchała, wyrywając z zamyślenia. Resztę mszy zajmowałam się fantazjowaniem o rzeczach mało religijnych, ale jakoś nie wyrosłam na ateistkę i sceptyka, wręcz odwrotnie, w wieku lat 9 chciałam być świętą i chodziłam na msze nawet w tygodniu. Miałam po prostu wewnętrzny przymus wiary. W kościele czuję się pewniej, spokojniej, więcej rzeczy rozumiem- nawet niezwiązanych z wiarą- mogę wreszcie odpocząć.
    Dlatego uważam, ze religijność to sprawa osobista człowieka. Nie można na nią wychować dziecka- można mu wszystko pokazać, ale ono potem i tak samo wybierze.

    Za to nic tak nie zniechęca do wiary jak pierwsza komunia, potem bierzmowanie a na koniec nauki przedmałżeńskie. Tym ostatnim cudem się wyrwałam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Stety, niestety ma te same dylematy. Nie ulatwia sprawy fakt, ze nie mamy "pod nosem" kosciola katolickiego, nie ma takiej presji spoleczenstwa i rodziny. Mlodsze dzieci nadal nie ochrzszczone, a ja coraz mniejsza mam ochote, aby to zrobic. Nie mam w sumie nic przeciwko samemu sakramentowi, ale chodzi o te wszystkie zasady, gdzie trzeba pojawiac sie w kosciele "zeby ksiadz widzial", chrzestni niemal zmuszani do swojej roli, bo obowiazki z tym zwiazane jednak wiaza (w UK wyglada to niestety tak samo jak w PL), no i nie wspominajac o tym, ze jestem zniesmaczona tym, co sie dzieje w KK, tym bardziej, ze nie opieram swojej opinii o tym, co przekaza media...I mimo wszystko wiara ma tutaj najmniejsze niestety znaczenie, bo tak jak piszesz - gdyby kazdy katolik zyl zgodnie z zasadami, ktore niby wyznaje, to nasz kraj bylby Utopia miodem i mlekiem plynaca...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.