wtorek, 26 sierpnia 2014

I V

Z okazji czwartych urodzin MASZYNY DO PISANIA chciałbym podziękować Wam za obecność
 i wszystkie komentarze. 





Życzenia oraz materialne dowody uznania mojego trudu można składać w komentarzach.

Ściskam!

Bosy Antek

niedziela, 24 sierpnia 2014

Stalówką na dół

Znam ludzi, którzy uwielbiają zmiany. Jedni nie mogą usiedzieć na miejscu i wciąż szukają kolejnych atrakcji poza domem ("W domu to ludzie umierają" - mawiała moja koleżanka), nosi ich z kąta w kąt, a największym nieszczęściem jest stabilizacja, kanapa, na której można spokojnie posiedzieć i perspektywa spędzenia całego dnia w domu w swoim własnym towarzystwie. 

Szukają innych, nawiedzają znajomych, tropią imprezy "na mieście"...

Znam takich, co to już osiedli, przywykli do mniej nomadycznego trybu życia, ale wciąż generują spory chaos wokół siebie. Ich żywiołem są remonty, przemeblowania, przemalowywania kolejnych ścian na kolejne kolory, przewieszanie obrazów, przestawianie przedmiotów... 

Tak, znam takich. 

A że obiecałem sobie, że będę milszy dla bliźnich, nie posłużę się żadną barokową konstrukcją, by napisać, co o takich ludziach myślę. Powiem tylko jedno - za czasów PRL-u, który jednak pamięcią zagarniam, był w telewizji program pt. "Domator", który pokazywał, jak miło i spokojnie można spędzić czas w domu właśnie nie przeobrażając go w pobojowisko...

Cóż, ostatni tydzień taki pobojowiskowy miałem. 

Pojechałem do rodziców do Kalisza, by napisać scenariusz przedstawienia o pewnym świętym człowieku. Plus tego wszystkiego jest taki, że ma mi się za to nieźle zapłacić. Minus taki, że ów święty człowieka napisał 4 opasłe tomy pamiętników, na których miałem bazować. Ale, cóż, dałem radę. W 85% mam napisane.

Przeczytałem parę książek, wszedłem w zażyłe stosunki telefoniczne z pewną zakonnicą, która przysłała mi sporą część brakujących mi materiałów i jest. W 85%. 

Skończyłbym, gdyby nie pewna słabość, która nie wiem skąd się przyplątała - serce coś mi nierówno bije i mam (chyba powinienem napisać "miałem") zawroty głowy, które nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Czułem się tak, jakbym wciąż nosił za silne okulary. Rozumiecie, o co chodzi, prawda?

Dodam do tego remont kuchni. Ech, na fachowców czekaliśmy 1,5 miesiąca. Z tygodnia na tydzień przekładali swoje wizyty. A my zdążyliśmy nad morzem być, u moich rodziców być, a oni nic. Teraz, gdy wakacje się kończą i wypatrujemy początku roku szkolnego - oni przychodzą.

Na Jowisza! Ależ mamy burd..., przepraszam, bałagan w domu. Kuchnia rozryta, teraz pokryta betonem czeka na płytki. Salon mamy wypełniony 99 paczkami, z których fachowcy złożą nam nowe kuchenne meble. Kuchnię (polową) mamy w korytarzu... 

Nie wspominam już nawet o tym, całe podwórko mamy zawalone styropianem, workami cementu, piachem i bogowie wiedzą, czym tam jeszcze. No a panowie fachowcy mają swoje radyjko, którego słuchają tak głośno, by przekrzykiwało pracującą betoniarkę, i słuchają RMF-u. Boże...

Na dodatek Żona wyjechała na cały tydzień na szkolenie i od poniedziałku do piątku byłem słomianym tatą...

Ok, tak to wszystko wyglądało.

Na koniec jeden drobny epizodzik. Znaczący być może. W zeszły piątek musiałem już znaleźć się w szkole i pogadać z nauczycielami z mojego zespołu przedmiotowego. Takie drobne zebranko. Otwieram piórnik, wyciągam pióro, kładę na stole. Ono leży. Potrącam je, spada i ląduje precyzyjnie wycelowane stalówką w dół. Niemal wbija się w podłogę. Zostawia na niej kilka kropel czerwonego atramentu. Jak krew z martwego pióra.

Stalówka rozszczepiła się. W lewo i prawo.

Ofiara bóstwom szkoły złożona.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Werter, mój człowiek

Wiem, dobrze wiem, że "Cierpienia młodego Wertera" są jedną z najbardziej nielubianych lektur szkolnych. Pokolenia całe musiały czytać o przygodach aspołecznego, nadwrażliwego, smętnego młodzieńca, któremu niemal wszyscy czytelnicy życzyli śmierci od pierwszego wejrzenia.

Ja jednak nie znajduję mi bliższego bohatera. Nie, nie chodzi o romantyczną fatalną miłość, platoniczną, chorą, pozbawioną szans na realizację. (Chociaż sam takową w liceum i na studiach przetrawiłem i powiedziałem sobie "Nigdy więcej!").

Chodzi o coś więcej. 

W jakimś mądrzejszym omówieniu książki znalazłem zgrabną metaforę, która opisuje/tłumaczy przyczyny samobójstwa Wertera. "Odwaga rezygnacji." Za każdym razem, gdy pytam uczniów, jak rozumieją te słowa, padają słowa oskarżające Wertera o tchórzostwo.

- On nie powinien rezygnować ze swej miłości!
- Powinien znaleźć inną!
- Powinien olać swoich pracodawców!
- Mieć w nosie to, co myślą o nim inni!
- Poddają się tylko najsłabsi!

Taką oto litanię można usłyszeć za każdym razem. A ja wtedy wiem, że Werter miał jednak rację. Czasem największą odwagą, najsłuszniejszą drogą, jest rezygnacja z tego, o co się walczyło wcześniej do upadłego.

Nie, nie chodzi o popełnianie samobójstwa za każdym razem, gdy coś nam w życiu nie wychodzi. Chodzi o pokorę w stosunku do rzeczywistości, o szanowanie samego siebie, o odmowę wzięcia udziału w wyścigu...

Jak mnie znacie, kochani, to wiecie, że nigdy nie piszę takich teoretycznych blubrów bez jakiegoś podczepienia do życia. Mojego, osobniczego...

A więc co mnie strzeliło? Przeglądam internety, strony poświęcone pisarstwu, pisaniu, czytaniu i... Cóż, czuję, że już nie chcę. Już to nie moje. Nigdy nie będzie. Jeśli setki, tysiące osób, aspirujących do bycia pisarzem. Dziesiątki stron autorów, którzy marzą, fantazjują, mają niemal perwersyjne życzenia związane z pisaniem książek... Targowisko próżności, samozadowolenia, miłości własnej, rozbuchanych fantazji...

Wybaczcie emocjonalny wpis, ale po kolejnej podesłanej na skrzynkę mailową prośbie o recenzję "młodego zapowiadającego się autora", po kolejnym kontakcie z książką beznadzieją, w którą "autor włożył całe serce, by opisać trud dojrzewania i wchodzenia w życie społeczne", mam dosyć. 

I jeżeli sam też wzdychałem do bogini Fortuny, by zesłała mi wenę, życzliwego wydawcę i grono licznych czytelników, teraz powoli zaczynam się z tych westchnień wycofywać.

Zatem - czy chcesz zrezygnować ze swojego największego marzenia, bo inni marzą o tym samym?

Tak! Po stokroć tak!

Podobnie rzecz się ma z blogowaniem. Dziś jeśli nie zdajesz relacji z żywota swego na blogu. Jeśli nie polecasz, nie doradzasz, nie reklamujesz się, nie wygłaszasz głupkowatych opinii (mądrzejszych jeszcze wyrobić sobie nie umiesz), nie istniejesz w social mediach.  

Pal sześć, gdy piszesz o życiu, swoim, osobistym, prywatnym folwarku, którym zarządzasz tylko ty. Gorzej, gdy blog staje się nieznośnym, pretensjonalnym narzędziem służącym autopromocji. To gorsze, o wiele, od ekshibicjonizmu lub narcyzmu wszelkiej maści.

Zatem - czy chcesz zrezygnować z pisania bloga, bo inni też piszą?

...

środa, 13 sierpnia 2014

Kolaże nadbałyckie

O czymże dumać na bałtyckiej plaży,

skoro piąty rok z rzędu na niej słońce nas praży?

Wybaczcie ten rymowany wstępniak, ale nie dało się inaczej. Zainspirował mnie pewien sprzedawca kursujący regularnie po plaży i wołający: NALEŚNIKI WIELKIE JAK BYKI!

A skoro już jedzenie i plaża... Taki obrazek. Młoda mama, nawet kształty wzbudzające zainteresowanie, woła swojego synka. Chłopiec ma około pięciu lat.

- Chodź, no chodź na chipsa!!!

I wyciąga z torby całą paczkę Lay's... 

Może nie mam (już) kształtów greckiego boga ( a jeśli tak, to do Dionizosa mi najbliżej), to jednak uważam, że karmienie dzieciaków chipsami jest absolutnie karygodne. Dziwić się potem, że polskie pociechy należą do najszybciej tyjących w Europie? Zdziwienia zero, jak to mawiał mój kolega, gdy wychodził z kolejnego egzaminu z kolejną oceną niedostateczną.

A idąc w stronę wychowania - taki sen miałem. Autentyczny. 

Mam przed sobą książkę o ojcostwie. Książka poważna. Naukowa. Psychologia i tego typu gusła. Otwieram na przypadkowej stronie i czytam passus o roli ojca w... "Tytusie, Romku i A'Tomku." 

Żałuję, że sen trwał tak krótko... 

Z tak pięknego snu szybko budzi szpetota nadbałtyckich bud, straganów, tras spacerowych. Wiecie, o czym mówię - tryliony i tony obrzydliwych pamiątek, zabawek, dupereli, które nijak mają się do tego, czym miasto nad morzem powinno być. Kilometry kwadratowe obrzydliwych banerów, reklam, ogłoszeń...

I mój pomysł, nieco faszystowski, przyznaję, ale myślę, że w ciągu jednego sezonu problem by się rozwiązał. Zabroniłbym nad Bałtykiem handlu towarami, które nie są związane z regionem i nie zostały wyprodukowane w regionie. Koniec. 

Dyktator przemówił. I żadnego biadolenia o wolnym rynku i tego typu zabobonach.

A co sądzicie o tym cudzie? 


Park miniatur w Niechorzu. Latarnie morskie, okręt podwodny jeden i okręt nawodny drugi. W tle, za mną, miniaturowa replika katedry z Kamienia Pomorskiego. Z katedry dochodzą nawet miniaturowe dźwięki zapewne miniaturowych organów.

Padłem obok, leżę sobie jak Guliwer w tej krainie niedorzeczności... Wyobraźcie sobie, że odwiedzony przez nas park miniatur dumie głosi następującą nowinę: "Postawiliśmy trzy nowe repliki zbudowane za łączną sumę 600 000 złotych!"

Nie wiem, ale przyjmując nawet najprostszą metodę dzielenia przez trzy tej bajońskiej sumy, to i tak nam wyjdzie, że katedra, obok której spoczywam, postawiona została za około 200 000 złotych! 

Nie chcę marudzić, bo może nie czuję tych klimatów i w ogóle jakiś dziwny jestem, ale za dwieście baniek to ładne mieszkanie można kupić, wspomóc kogoś czymś a nie stawiać miniaturową katedrę z której wybuchają organowe akordy?

Nie wiem. 

I z tą niepewnością kładę się spać. Nie pisałem na komputerze od tygodnia i wszystko mnie boli.

Dobrej nocy.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Drobny problem

No i mamy problem. Problem się „chodzenie do kościoła” nazywa. A dokładniej „chodzenie do kościoła z dziećmi.”

Dopóki nie było dzieci w naszej rodzinie – u nas i na najbliższych gałęziach – wszyscy dość regularnie na niedzielne msze chodzili. Rzadko, od święta (nomen omen) zdarzało się, że ktoś kościół opuścił.

Dzieci zaczęło przybywać, czasu ubywać, niedziele w inne zupełnie koleiny wpadły. Kościół znalazł się na bocznym torze. I o ile byłem kiedyś w stanie walczyć do upadłego o „istotność” praktyk religijnych, tak z biegiem czasu coraz bardziej docierało do mnie, że ¾ religijności zdobywa się na drodze żmudnego notorycznego przyzwyczajania się do pewnego rytmu dnia/tygodnia/miesiąca/roku. Zaniedbywanie praktyki owocowało rosnącym przekonaniem o tym, że w sumie nic się nie zmienia – ilość moich wad i zalet jakoś nie uległa zmianie. Wiara, a raczej jej rytualne odbicie, przestały dotyczyć.



A dzieci? Skoro my nie chodzimy – ja z przekonania, że „niewiele mi to daje, taki czas przyszedł, fluktuacja, pewnie kiedyś się odmieni” – to jaki jest sens wdrażać dzieciaki w religię. Ok., Kalina ma 3 lata i jest kompletnie uodporniona na wewnętrzne bogactwa mszy. Ostatnio w Kaliszu w czasie jakiejś pieśni zaczęła tańczyć i śpiewać po swojemu. Kręciła piruety, ślizgała się na lśniącej posadzce. Wszelkie próby upominania jej kończyły się buntem, a karcenie jej ergo przeszkadzanie innym w prawidłowym odbiorze mszy, było kiepskim pomysłem. Wyszedłem z nią w połowie mszy i wróciliśmy do domu.

Z Tymkiem sprawa jest bardziej złożona – on kojarzy mszę z nudą (zrozumiałe), monotonią (zrozumiałe) i niejasnością (to jasne).

- Tata, ja z tego nic nie rozumiem, nie rozumiem – marudzi żałosnym głosem i muszę mu przyznać rację. Liturgia i jej warstwa słowna jest szalenie enigmatyczna. Dziecko ma w tym uczestniczyć? Przeżywać? Z zaangażowaniem odpowiadać?

- No to weźcie dzieciaki na jakąś mszę dla dzieci – proponują znajomi – Tacy podobno fajni księża są u was…

- No dobra – odpowiadam – A ile czasu na mszy przeznacza się na dzieci? 10 minut kazania? A reszta jest normalna, prawda?

- No tak…

Za dwa lata młodego czekać będzie pierwsza komunia. Po drodze kilkadziesiąt godzin katechizacji, bezpośrednio przez pierwszą komunią kilkadziesiąt godzin mszy, nauk dla dorosłych i dzieci, jakby nie można było tego skrócić do kilku prób i teorii w czasie lekcji religii w szkole.

Pytanie jednak brzmi – czy on w ogóle pójdzie do komunii? Skoro teraz z kościołem jest nam i jemu nie po drodze, to jakim cudem rzetelnie i uczciwie przygotowywać dziecko do sakramentu??? Pójść z nim, bo „jego cała klasa idzie”? Uczyć go od początku tej polskiej specjalności polegającej na tym, że mamy potężną reprezentację „niewierzących praktykujących”? Tego chcemy? Ścierać się z rodziną, której się w głowie nie pomieści, że „DO KOMUNII GO NIE POSYŁACIE???”

A z drugiej stronie – być może kiedyś będzie nam wyrzucał, że nie zadbaliśmy o jego rozwój duchowy???

Dylemat jest okrutny i nie wiem, jak z tej sytuacji wybrnąć. Pal sześć mnie, bo ja już się na straty spisałem na pewien czas przynajmniej. Inną kwestią jest dziecko. Na ile nimi dysponujemy. Na ile mogą realnie decydować o swojej ścieżce rozwoju…