środa, 9 lipca 2014

Wewnętrzny głos


W zeszłym tygodniu zabrałem Synka i Córkę na dwa koncerty rockowe. Powiem tak - niech się schowają te wszystkie Openery i inne burżuazyjne imprezy. My poszliśmy na dwa darmowe, korzenne, nieoszlifowane sety.

Najpierw w piątek poszliśmy posłuchać grającego obok tutejszego Zamku zespołu Centrala 57. Klasyczny skład - wokalista z gitarą robi dobre wrażenie, showman i jajcarz; basista długowłosy odpowiada za mroczny klimat (tatuaże, długie pióra), perkusista, ciut za wysoki dla zestawu perkusyjnego, z jakim musiał sobie radzić.

Chłopaki dawali radę. Publika siedząca w ogródku piwnym (publiczność) reagowała. Napoje wyskokowe rozluźniły niektórych, więc nawet refreny się chóralnie powtarzało.

Siedzieliśmy z Tymkiem na trawie. Synek klaskał, kiwał głową do taktu. Generalnie - pozytywny odbiór.

Nazajutrz koncert nad jeziorem. Cotygodniowy "sparing" dwóch kapel z powiatu/województwa. Młodzi, gotowi rzucić na kolana świat (lub powiat) artyści. Najlepsze było to, że przed koncertami działała "Akademia młodego rockmana." Dzieciaki mogły sobie pograć na prawdziwej, działającej i podłączonej do głośnika gitarze elektrycznej. Obok stała akustyczna. Jeszcze bardziej obok miły zestaw perkusyjny.

Gdy Tymek z Kaliną zobaczyli te cuda, oczy im się zaświeciły i już - młody łoił na przesterowanym fenderze, a młoda tłukła w bębny. Mi została gitara klasyczna, chociaż czułem, że to trochę niesprawiedliwe, bo ja chciałem grać na perkusji...

Niemal pokłóciłem się z Żoną, która uważała, że powinienem ustąpić innym dzieciom miejsca przy tych wszystkich instrumentach, bo nie jestem już "młodym rockmanem."

Nie ma sprawiedliwości na świecie...

Synek całą drogę do domu piszczał, że chce mieć swoją gitarę, że w Lidlu na pewno jakaś jest do kupienia, że on już umie doskonale grać. W domu cały dumny oznajmia babci:

- Babcia! Nie wiedziałem, że w ciągu jednego dnia człowiek może nauczyć się grać na trzech różnych instrumentach. Na bębnach i dwóch gitarach!

Następnego dnia mieliśmy z Tymkiem nagrywać płytę. Tak, nie przesłyszeliście się. Mamy mikrofonik, komputer, płyty czyste. Nagramy się na komputer. Kilka piosenek. Wypalimy płytę i będziemy sprzedawać razem z lemoniadą (o lemoniadzie napiszę innym razem).

Jednak gdy młody usłyszał swój własny zarejestrowany głos (pierwszy raz w życiu), zwątpił.

- Nie, tata, nie nagrywamy.

- Dlaczego?

- Bo mam bardzo głupi głos...


10 komentarzy:

  1. Zobaczy, przejdzie mutację i głos będzie jak znalazł :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś w tym jest. Ja, dzieckiem będąc, chciałam być piosenkarką, któregoś dnia miałam sobie nagrać piosenkę z "Małej syrenki", ale usłyszawszy swój głos, tak się zniechęciłam, że do dziś nie śpiewam publicznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, ja też kiedyś chciałem śpiewać w kapeli. Miałem nawet aplikować do kapeli brata mojego kumpla. Ale mnie wyśmiali zanim zdążyłem się odezwać...

      Taka strata...

      pzdr

      Usuń
  3. Kurcze, a ja myślałem, że samokrytyka odeszła wraz z nieboszczką "komuną" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze wiele rzeczy nie odeszło wraz z "komuną." Może nawet ona sama nie odeszła z "komuną"?

      Nie wiem...

      Usuń
  4. Rany, ale trafiłeś, właśnie coś podobnego przeżywam :D Tyle że ze sobą... I też mam straszne problemy z nagrywaniem głosu- aparat fotograficzny perkusję nagrywa idealnie, gitarę w miarę dobrze a wokal za nic. Zniechęciłam dziś do śpiewania trzy osoby- jedna stwierdziła że sepleni, druga że piszczy a trzecia że jest w ogóle makabrycznie...
    Jestem nawet ciekawa jak brzmi zespół złożony z trzech osób nie umiejących na niczym grać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niektórym "profesjonalnym" wokalistom kilka lat zajmuje zrozumienie, że mają "głupi" głos... A są i tacy, którzy nigdy... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Padłem przy tym komentarzu. Majstersztyk!

      Usuń
  6. To nie mów synowi, że ten głos, który słyszy na płycie, tak jest słyszany (może nie dokładnie tak samo, bo nagranie lekko zniekształca, ale jednak) w rzeczywistości przez innych, bo on sam siebie słyszy inaczej, bo się do reszty załamie (ja prawie się załamałam, ale już się przyzwyczaiłam) ;-)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.