sobota, 26 lipca 2014

Raport z opuszczonego miasta

Pisałem kiedyś wiersze. Dobre, złe i średnie. Większość z nich oskarżano jednak o hermetyczność. Opisywały one moje miasto. Nawet nie całe miasto. Jego jedną komórkę – moją ulicę i kilka krzyżujących się z nią innych ulic.

Nie było w niej niczego nadzwyczajnego. Niczego. Kiedy bywało się w świecie (ho ho ho) i widywało się dużo piękniejsze miasta, dzielnice i ulice, wołały one do mnie: „Jesteśmy piękne. Jesteśmy twoje. Weź nas…”

(Ech, chciałoby się tak mieć z kobietami…)

Jednak żadna strona świata nie potrafiła mi dać niczego więcej niż moja ulica.

Tak, jestem bardzo miejscowym szowinistą. Kiedyś, gdy niemożliwie męczyłem się z opanowaniem tajników jazdy samochodem, pewien instruktor postanowił dać mi niezły wycisk i objechaliśmy w czasie dwóch godzin niemal całe stutysięczne miasto. Podjeżdżamy do jednego z rond:

- Na rondzie skręcamy na Majków – komenderuje instruktor.
- Czyli gdzie? – pytam.
- W lewo – rzuca nerwowo mój przewodnik – Całe życie mieszkasz w Kaliszu i nie wiesz, gdzie jest Majków?!

Nie istnieje instrument badawczy, który zmierzyłby zdumienie siedzącego obok mnie człowieka, a ja nie chciałem się przyznać, że nie interesują mnie inne dzielnice. Mało gdzie byłem poza własną. Nie umiałem nawet znaleźć w sobie ciekawości innych miejsc.

Podobnie mam z ludźmi… Ech…

Mijam na ulicy kobietę. Po kilku chwilach orientuję się, że to moja koleżanka z podstawówki. Z jednej klasy. Nie poznała mnie. Ja ją z trudem. Wdzięczny jestem za takie spotkania.

Niech dalej zamieszkuje terytorium pamięci. Tę przestrzeń, z której rok po roku znikają fakty i daty, zamieniane przez fotomontaż fantazji i przypuszczeń. Lepiej mojej koleżance będzie właśnie tam. Zmieści się pomiędzy innymi, których kiedyś znałem i których zostawiłem lub zostałem przez nich zostawiony.

Przyjemnie pielęgnować to zmiennokształtne muzeum wspomnień i nie szukać pocieszenia w teraźniejszości ani w magicznym „tak to już jest”, które słyszy się za każdym razem, gdy uświadamiają człowiekowi, że nic nie zostało na swoim miejscu.

Rozmawiam z Mamą o znajomych (moich) z ulicy. Ten wyjechał, tamten we Wrocławiu, ten ma dziecko z kobietą, która już wcześniej miała jedno z innym mężczyzną.

- A ten, jak mu było… Oskar?

- Oskarek? – Mama zawiesza głos – nie za bardzo wiadomo, gdzie jest.

Brzmi to jak eufemizm. Umarł?

- Chyba świat zza krat ogląda – wtrąca się Ojciec – Chyba jakieś narkotyki? Nie wiadomo…

Wolę pamiętać Oskara inaczej. Mały chłopczyk, blondynek, biegający w ogrodzie za swoimi dwoma psami. Tak. Tak jest o wiele lepiej.

Wychodzę wieczorami na spacery. Znam na pamięć każdą pękniętą płytę chodnikową. Każde okno. Każdy komin. Rytm dachów, które wgryzają się w lipcowe niebo. Jestem u siebie. Czuję się gospodarzem. Czuję się jak Boryna z „Chłopów”, który przemierza pewnym krokiem swoją ojcowiznę.


Tak, pewnie i zamaszyście idzie. Ostry krok. Po piwo idzie do najstarszego nocnego sklepu.

Spod jednej z bram dwa psie pyski. Warczą i szczekają na nogi przechodniów. Za bramą na składanym plastikowym krzesełku siedzi stara kobieta w kwiecistym fartuchu. Narobiła się dzisiaj. Od dwóch tygodni nie padało a obok niej wije się gumowy wąż, z którego sączy się woda.

(Ok., wymyśliłem sobie tę kobietę. Co by było ładniej. Psie pyski autentyczne)

Mijam rzeźnika. Sklep, na którego wystawie tkwiła kiedyś uśmiechnięta figurka świnki w kolorze brudny beż. Sam rzeźnik miał dwójkę dzieci. Młodsza Marysia cierpiała pewnie na chorobliwą otyłość. Nikt w mojej podstawówce nie mógł uwierzyć, że można tyle zjeść, by tak się roztyć.

Jej starszy brat uśmiercił motor. Chłopak ważył chyba ze sto kilo i uwielbiał jeździć na swoim Simsonie. Kiedyś spróbował wjechać na pełnym gazie pod górę mojej ulicy. Motorower zajęczał straszliwie (podobny efekt dźwiękowy słyszałem potem tylko jeden raz – sąsiad kupił sobie wieprzka i po kilku miesiącach tuczenia urządził w swoim ogrodzie regularne świniobicie), zatrzymał się bez ducha i brat Marysi obalił się całym swoim ciężarem na bok.

Ulica jest zakurzona. Brakuje deszczu. Wiatru. Powietrze stoi w miejscu. Domy.

Sklep spożywczy. W zasadzie to, co z niego zostało. Ostatni bastion broniący się do samego końca przed inwazją kas fiskalnych. Grubawy sprzedawca zwany „Zajączkiem” lub „Krecikiem” – w zależności od upodobań kupujących. A więc „Zajączek” nie miał kalkulatora. Wszelkie niezbędne obliczenia, z reguły sumowanie kolumn cyfr lub mnożenie tychże, dokonywane były na olbrzymich płachtach papieru pakowego. Papier wyściełał całą ladę. Rachunki wyściełały kolejne i kolejne płachty. Gdy już brakowało miejsca na kolejne zapiski, „Zajączek” pierwszemu lepszemu klientowi zawijał całe zakupy w tenże papier i miał przed sobą nową, czystą, szarobeżową płaszczyznę.

Gdy sklep zamknięto – bankructwo? emerytura? – zdjęto szyld znad okna wystawowego. Ukazał się przedziwny widok – starte wyblakłe litery SKLEP KOLONIALNY.

Dziś zobaczylibyście szyld z napisem SOPHIE – markowa odzież z Zachodu. TOMMY HILFINGER, MARK O’POLO, CALVIN KLEIN…

Szybę zasłania płachta papieru pakowego z rytmicznie powtarzającym się logiem kolejnego egzotycznego producenta odzieży.

Wybraliśmy się na niedzielną wycieczkę łodzią – imitacją łodzi św. Wojciecha. Nasza miała potężny silnik, mogła więc płynąć pod leniwy prąd Prosny. Dziób rozdzielał wijące się pod powierzchnią wodorosty. Rzeka zarasta, przeczytałem kiedyś i zrozumiałem, że nie ma ani krzty przesady w tym stwierdzeniu. Zarasta kołysząc wodorostami, trzciną barykadującą dostęp do brzegów, brzegami porośniętymi zasiekami krzaków i drzew. 


Zarasta moja pamięć. Pracuje coraz wolniej. Mam dyplom z uniwersytetu zapomnienia, wymyśliłem sobie kiedyś.

Wypłynąwszy nieco poza miasto (choć administracyjnie to wciąż jego granice), czujemy się jak na wsi. Słychać pasące się krowy. Trzech mężczyzn w średnim wieku wskakuje do wody. Nie pływają. Stoją w niej po pachy i dyskutują jak rzymscy patrycjusze w marmurowych łaźniach. Czwarty z nich, najgrubszy, usiłuje zdjąć spodnie z trudem łapiąc równowagę – stoi na jednej nodze i długo szamoce się z nogawką długich spodni.

Pamiętam te czasy, gdy całe rodziny kąpały się w Prośnie. Był bród (nie brud), przez który czasem przejeżdżał wóz ciągnięty przez konie. Wielkie bydlęta uparcie deptały piaszczyste w tym miejscu dno.

Mijamy piętrową willę z czerwonej cegły. („Dom Kowalskiego” – mówi moja Mama, ale nie rozwija tematu, gdy pytam, cóż to za Kowalski). Wygląda na zdewastowaną, zrujnowaną posiadłość sprzed II wojny światowej. Dom nad rzeką, z którego dzień w dzień można gapić się na wijące wody, słuchać szelestu trzcin, czekać na odwiedziny nikogo, bo takich domów się nie odwiedza. One stoją. Tylko.


 Częściowo zasłonięty dzikimi bzem, otoczony stertami cegieł, ramy okienne w jeden stos, za podwórzu majaczy gołębnik. Szeroki balkon podparty filarami obrośniętymi bluszczem. Jest jakaś tajemnica w tym domu, jednak czar szybko pryska, gdy widzę, jak pod willę podjeżdżają na rowerach dwaj młodzieńcy. Trzymają papierowe torebki z McDonald’s…

Na brzegu rzeki krótki pomost, z którego skakałem kiedyś do wody. We wrześniu pani poprosiła nas, byśmy opisali swoje wakacje. Napisałem, że dużo pływałem i uczyłem się skakać na główkę. „Na główkę” wzięła pani w cudzysłów. Ocena niżej.

Ledwie przyjechaliśmy, a ja już do Mamy po prośbie. „Mama, zetniesz mi włosy?” Cóż ma zrobić? Wystawiam na podwórko taboret, granatową tkaninę zarzucam na ramiona i czekam aż na pierwsze cięcia nożyczek. Dużych, krawieckich.

Włosy spadają na ziemię, skąd porywa je wiatr. Brzuch mojej Mamy, gdy tak krąży wokół mojej głowy, ociera się o moje plecy, ramiona… To jest taka prywatna pieta. Żadnej śmierci w okolicy, żadnych ofiar z własnych dzieci.

Ojciec po zawale wyraźnie zwolnił – nie może niczego dźwigać, dużo spaceruje (choć upał mu nie służy), dużo poleguje czytając wszystko, co wpadnie mu w ręce. Mam podobnie. Biorę „Historie Niesamowite”, których czytelniczką jest moja Mama. Opowieści w stylu „Mam diabła za skórą” (o przynoszącym pecha tatuażu), „Lubieżny sędzia” (nawet nie pytajcie…) etc.

- Mama, a macie jeszcze jakieś te niesamowite historie w domu?

- Nie, wszystkie wydałam dalej.

- Kiedyś to były dużo lepsze opowiadania – wtrąca Ojciec – ten numer jest słabszy. A pamiętasz tę książkę „Demony Normandii” (Mastertona – dodam)? Albo te świadectwa ludzi, których porwało UFO? To się dopiero czyta! Człowiekowi się włosy na głowie podnoszą.

Raz byłem w pracy na nocnej zmianie. Czytam właśnie o tym wszystkim, a tu w pokoju obok jak coś nie huknie. Pół godziny się zastanawiałem, czy wchodzić tam w ogóle. W końcu wszedłem, a tam jarzeniówka spadła na podłogę.

- A ty myślałeś, że UFO pewnie? – pytam.

- Kto wie – dodaje Mama – może to UFO strąciło tę jarzeniówkę.

Co rano Synek budzi się i mówi: „Uwielbiam te dźwięki zza okna.” Szum oddalonej o pół kilometra trasy wylotowej na Częstochowę, monotonny dźwięk pociągów, dźwięk prześlizgujący się po tych wszystkich polach i sadach, z którymi sąsiaduje dom moich rodziców. Nawet pianie koguta, chociaż jesteśmy niemal kilometr od ścisłego centrum miasta.


Uświadamiam sobie, że Synek za dwa miesiące będzie miał sześć lat. Tyle samo, ile miałem ja, gdy zacząłem zbierać i zapamiętywać obrazy, które zapewne będą towarzyszyć mi do końca życia. Miałem sześć lat, gdy zacząłem zastępować Rodziców i cały świat samym sobą. 

9 komentarzy:

  1. Wierz mi, są takie kobiety, które tak mówią :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo piękny wpis.
    Też byłam uwiązana do przeszłości jak pies do budy. Od dwóch lat tamto się skończyło, przebudowało, wielu rzeczy już nie ma. Na początku wydawało mi się to straszne. Teraz trochę jakby mniej.
    Moje wspomnienia sięgają dużo dalej, pamiętam wszystko od 4 roku życia. Z zapachami, dźwiękami, osobami.
    Ale wydaje mi się, że trzeba iść naprzód, bo są z nami dzieci. One chcą iść naprzód. I na pewno tez mają swoje wspomnienia, które za x lat będą meblami w ich głowie. Może zapamiętają Cię jako tego, kto siedział na taborecie i smętnie patrzył na swoje odfruwające włosy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, dziękuję za miłe słowa.

      A co do tego, jak zapamiętają mnie dzieci... Ech, ja raczej ten wpis (jak rzadko który) traktuję w sposób literacki. To taki niby poemat prozą - kulawy, dziurawy, niejednorodny, ale jednak bardziej utwór literacki.

      jasne, taki też jestem - uwiązany do przeszłości typ werteryczny. Ale to tylko jedna z wielu moich odsłon. Zdarza się dość często, że teraźniejszość mi wystarcza.

      Potraktujmy mnie z tego wpisu jako owoc kreacji poetyckiej - będzie bezpieczniej.

      pzdr

      Usuń
    2. Jasne. Ale w utworze jesteś Ty. Jakiś okruch Ciebie, do którego często wracasz. Widzę to. Ale to dobrze. Uważam, że powinno się pisać o czymś, o czym się ma pojęcie. Wtedy fikcja nabiera cech realnych. I o to chyba chodzi, o tworzenie nowych światów na ruinach starego. Chociaż i ja odczuwam pokusę wręcz reporterskiego opisu przeszłości. Inaczej mam wrażenie, że umrze niezauważona. A z nią te cząstki mnie, które ją znały.

      Usuń
  3. Wiesz co, Antku, tak mi się twój wpis dobrze czytało, jakby to był pierwszy rozdział wciągającej powieści o małych miasteczkach, klimatach, których już się nie odnajdzie... Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że trafiłem tak, gdzie chciałem z tym postem. I mam nadzieję, że ktoś jeszcze jego literackość zobaczy.

      Jeszcze raz dziękuję.

      Usuń
  4. Oj, zobaczył, zobaczył tę literackość. Większość z nas ma bardzo podobne wspomnienia, obrazy z przeszłości, które leżą sobie gdzieś w głowie i powoli blakną. Opowiadanie takich obrazów ratuje je przed całkowitym zniknięciem. Obrazy są różne u różnych ludzi, ale w gruncie rzeczy takie same, dlatego ja nie czytam tego typu książek. Chyba, że opowiadają o rzeczywistości minionej, albo odległej, której sam nie znam.
    Pozdrawiam Cię, dziadku Antku :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Miłośnik fantastyki z duszą poety i lekkim piórem... Hm... Koniec zabawy i bierz sie do "poważnego" pisania! :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hm. Miejscami dobre, miejscami mocne, miejscami gulę-tworzące ;)
    Zawsze cię miałam za dobrego obserwatora, ciułacza zjawisk i anegdot które tworzą jakieś szersze liryczne spektrum. Teraz mam dowód na talent literacki. Szapoba i ukłony :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.