sobota, 26 lipca 2014

Raport z opuszczonego miasta

Pisałem kiedyś wiersze. Dobre, złe i średnie. Większość z nich oskarżano jednak o hermetyczność. Opisywały one moje miasto. Nawet nie całe miasto. Jego jedną komórkę – moją ulicę i kilka krzyżujących się z nią innych ulic.

Nie było w niej niczego nadzwyczajnego. Niczego. Kiedy bywało się w świecie (ho ho ho) i widywało się dużo piękniejsze miasta, dzielnice i ulice, wołały one do mnie: „Jesteśmy piękne. Jesteśmy twoje. Weź nas…”

(Ech, chciałoby się tak mieć z kobietami…)

Jednak żadna strona świata nie potrafiła mi dać niczego więcej niż moja ulica.

Tak, jestem bardzo miejscowym szowinistą. Kiedyś, gdy niemożliwie męczyłem się z opanowaniem tajników jazdy samochodem, pewien instruktor postanowił dać mi niezły wycisk i objechaliśmy w czasie dwóch godzin niemal całe stutysięczne miasto. Podjeżdżamy do jednego z rond:

- Na rondzie skręcamy na Majków – komenderuje instruktor.
- Czyli gdzie? – pytam.
- W lewo – rzuca nerwowo mój przewodnik – Całe życie mieszkasz w Kaliszu i nie wiesz, gdzie jest Majków?!

Nie istnieje instrument badawczy, który zmierzyłby zdumienie siedzącego obok mnie człowieka, a ja nie chciałem się przyznać, że nie interesują mnie inne dzielnice. Mało gdzie byłem poza własną. Nie umiałem nawet znaleźć w sobie ciekawości innych miejsc.

Podobnie mam z ludźmi… Ech…

Mijam na ulicy kobietę. Po kilku chwilach orientuję się, że to moja koleżanka z podstawówki. Z jednej klasy. Nie poznała mnie. Ja ją z trudem. Wdzięczny jestem za takie spotkania.

Niech dalej zamieszkuje terytorium pamięci. Tę przestrzeń, z której rok po roku znikają fakty i daty, zamieniane przez fotomontaż fantazji i przypuszczeń. Lepiej mojej koleżance będzie właśnie tam. Zmieści się pomiędzy innymi, których kiedyś znałem i których zostawiłem lub zostałem przez nich zostawiony.

Przyjemnie pielęgnować to zmiennokształtne muzeum wspomnień i nie szukać pocieszenia w teraźniejszości ani w magicznym „tak to już jest”, które słyszy się za każdym razem, gdy uświadamiają człowiekowi, że nic nie zostało na swoim miejscu.

Rozmawiam z Mamą o znajomych (moich) z ulicy. Ten wyjechał, tamten we Wrocławiu, ten ma dziecko z kobietą, która już wcześniej miała jedno z innym mężczyzną.

- A ten, jak mu było… Oskar?

- Oskarek? – Mama zawiesza głos – nie za bardzo wiadomo, gdzie jest.

Brzmi to jak eufemizm. Umarł?

- Chyba świat zza krat ogląda – wtrąca się Ojciec – Chyba jakieś narkotyki? Nie wiadomo…

Wolę pamiętać Oskara inaczej. Mały chłopczyk, blondynek, biegający w ogrodzie za swoimi dwoma psami. Tak. Tak jest o wiele lepiej.

Wychodzę wieczorami na spacery. Znam na pamięć każdą pękniętą płytę chodnikową. Każde okno. Każdy komin. Rytm dachów, które wgryzają się w lipcowe niebo. Jestem u siebie. Czuję się gospodarzem. Czuję się jak Boryna z „Chłopów”, który przemierza pewnym krokiem swoją ojcowiznę.


Tak, pewnie i zamaszyście idzie. Ostry krok. Po piwo idzie do najstarszego nocnego sklepu.

Spod jednej z bram dwa psie pyski. Warczą i szczekają na nogi przechodniów. Za bramą na składanym plastikowym krzesełku siedzi stara kobieta w kwiecistym fartuchu. Narobiła się dzisiaj. Od dwóch tygodni nie padało a obok niej wije się gumowy wąż, z którego sączy się woda.

(Ok., wymyśliłem sobie tę kobietę. Co by było ładniej. Psie pyski autentyczne)

Mijam rzeźnika. Sklep, na którego wystawie tkwiła kiedyś uśmiechnięta figurka świnki w kolorze brudny beż. Sam rzeźnik miał dwójkę dzieci. Młodsza Marysia cierpiała pewnie na chorobliwą otyłość. Nikt w mojej podstawówce nie mógł uwierzyć, że można tyle zjeść, by tak się roztyć.

Jej starszy brat uśmiercił motor. Chłopak ważył chyba ze sto kilo i uwielbiał jeździć na swoim Simsonie. Kiedyś spróbował wjechać na pełnym gazie pod górę mojej ulicy. Motorower zajęczał straszliwie (podobny efekt dźwiękowy słyszałem potem tylko jeden raz – sąsiad kupił sobie wieprzka i po kilku miesiącach tuczenia urządził w swoim ogrodzie regularne świniobicie), zatrzymał się bez ducha i brat Marysi obalił się całym swoim ciężarem na bok.

Ulica jest zakurzona. Brakuje deszczu. Wiatru. Powietrze stoi w miejscu. Domy.

Sklep spożywczy. W zasadzie to, co z niego zostało. Ostatni bastion broniący się do samego końca przed inwazją kas fiskalnych. Grubawy sprzedawca zwany „Zajączkiem” lub „Krecikiem” – w zależności od upodobań kupujących. A więc „Zajączek” nie miał kalkulatora. Wszelkie niezbędne obliczenia, z reguły sumowanie kolumn cyfr lub mnożenie tychże, dokonywane były na olbrzymich płachtach papieru pakowego. Papier wyściełał całą ladę. Rachunki wyściełały kolejne i kolejne płachty. Gdy już brakowało miejsca na kolejne zapiski, „Zajączek” pierwszemu lepszemu klientowi zawijał całe zakupy w tenże papier i miał przed sobą nową, czystą, szarobeżową płaszczyznę.

Gdy sklep zamknięto – bankructwo? emerytura? – zdjęto szyld znad okna wystawowego. Ukazał się przedziwny widok – starte wyblakłe litery SKLEP KOLONIALNY.

Dziś zobaczylibyście szyld z napisem SOPHIE – markowa odzież z Zachodu. TOMMY HILFINGER, MARK O’POLO, CALVIN KLEIN…

Szybę zasłania płachta papieru pakowego z rytmicznie powtarzającym się logiem kolejnego egzotycznego producenta odzieży.

Wybraliśmy się na niedzielną wycieczkę łodzią – imitacją łodzi św. Wojciecha. Nasza miała potężny silnik, mogła więc płynąć pod leniwy prąd Prosny. Dziób rozdzielał wijące się pod powierzchnią wodorosty. Rzeka zarasta, przeczytałem kiedyś i zrozumiałem, że nie ma ani krzty przesady w tym stwierdzeniu. Zarasta kołysząc wodorostami, trzciną barykadującą dostęp do brzegów, brzegami porośniętymi zasiekami krzaków i drzew. 


Zarasta moja pamięć. Pracuje coraz wolniej. Mam dyplom z uniwersytetu zapomnienia, wymyśliłem sobie kiedyś.

Wypłynąwszy nieco poza miasto (choć administracyjnie to wciąż jego granice), czujemy się jak na wsi. Słychać pasące się krowy. Trzech mężczyzn w średnim wieku wskakuje do wody. Nie pływają. Stoją w niej po pachy i dyskutują jak rzymscy patrycjusze w marmurowych łaźniach. Czwarty z nich, najgrubszy, usiłuje zdjąć spodnie z trudem łapiąc równowagę – stoi na jednej nodze i długo szamoce się z nogawką długich spodni.

Pamiętam te czasy, gdy całe rodziny kąpały się w Prośnie. Był bród (nie brud), przez który czasem przejeżdżał wóz ciągnięty przez konie. Wielkie bydlęta uparcie deptały piaszczyste w tym miejscu dno.

Mijamy piętrową willę z czerwonej cegły. („Dom Kowalskiego” – mówi moja Mama, ale nie rozwija tematu, gdy pytam, cóż to za Kowalski). Wygląda na zdewastowaną, zrujnowaną posiadłość sprzed II wojny światowej. Dom nad rzeką, z którego dzień w dzień można gapić się na wijące wody, słuchać szelestu trzcin, czekać na odwiedziny nikogo, bo takich domów się nie odwiedza. One stoją. Tylko.


 Częściowo zasłonięty dzikimi bzem, otoczony stertami cegieł, ramy okienne w jeden stos, za podwórzu majaczy gołębnik. Szeroki balkon podparty filarami obrośniętymi bluszczem. Jest jakaś tajemnica w tym domu, jednak czar szybko pryska, gdy widzę, jak pod willę podjeżdżają na rowerach dwaj młodzieńcy. Trzymają papierowe torebki z McDonald’s…

Na brzegu rzeki krótki pomost, z którego skakałem kiedyś do wody. We wrześniu pani poprosiła nas, byśmy opisali swoje wakacje. Napisałem, że dużo pływałem i uczyłem się skakać na główkę. „Na główkę” wzięła pani w cudzysłów. Ocena niżej.

Ledwie przyjechaliśmy, a ja już do Mamy po prośbie. „Mama, zetniesz mi włosy?” Cóż ma zrobić? Wystawiam na podwórko taboret, granatową tkaninę zarzucam na ramiona i czekam aż na pierwsze cięcia nożyczek. Dużych, krawieckich.

Włosy spadają na ziemię, skąd porywa je wiatr. Brzuch mojej Mamy, gdy tak krąży wokół mojej głowy, ociera się o moje plecy, ramiona… To jest taka prywatna pieta. Żadnej śmierci w okolicy, żadnych ofiar z własnych dzieci.

Ojciec po zawale wyraźnie zwolnił – nie może niczego dźwigać, dużo spaceruje (choć upał mu nie służy), dużo poleguje czytając wszystko, co wpadnie mu w ręce. Mam podobnie. Biorę „Historie Niesamowite”, których czytelniczką jest moja Mama. Opowieści w stylu „Mam diabła za skórą” (o przynoszącym pecha tatuażu), „Lubieżny sędzia” (nawet nie pytajcie…) etc.

- Mama, a macie jeszcze jakieś te niesamowite historie w domu?

- Nie, wszystkie wydałam dalej.

- Kiedyś to były dużo lepsze opowiadania – wtrąca Ojciec – ten numer jest słabszy. A pamiętasz tę książkę „Demony Normandii” (Mastertona – dodam)? Albo te świadectwa ludzi, których porwało UFO? To się dopiero czyta! Człowiekowi się włosy na głowie podnoszą.

Raz byłem w pracy na nocnej zmianie. Czytam właśnie o tym wszystkim, a tu w pokoju obok jak coś nie huknie. Pół godziny się zastanawiałem, czy wchodzić tam w ogóle. W końcu wszedłem, a tam jarzeniówka spadła na podłogę.

- A ty myślałeś, że UFO pewnie? – pytam.

- Kto wie – dodaje Mama – może to UFO strąciło tę jarzeniówkę.

Co rano Synek budzi się i mówi: „Uwielbiam te dźwięki zza okna.” Szum oddalonej o pół kilometra trasy wylotowej na Częstochowę, monotonny dźwięk pociągów, dźwięk prześlizgujący się po tych wszystkich polach i sadach, z którymi sąsiaduje dom moich rodziców. Nawet pianie koguta, chociaż jesteśmy niemal kilometr od ścisłego centrum miasta.


Uświadamiam sobie, że Synek za dwa miesiące będzie miał sześć lat. Tyle samo, ile miałem ja, gdy zacząłem zbierać i zapamiętywać obrazy, które zapewne będą towarzyszyć mi do końca życia. Miałem sześć lat, gdy zacząłem zastępować Rodziców i cały świat samym sobą. 

sobota, 19 lipca 2014

Uzupełnimy stan...

...miasta Kalisza.

Ostatnio moje rodzinne miasto przestało nosić dumne imię stutysięcznej metropolii. Jest go mniej.

Jedziemy z dzieciakami do mich Rodziców. Do Kalisza właśnie.

Uzupełnimy nieco stan.

Ubyło dużo w pioruny, przybędzie 4.

środa, 16 lipca 2014

Mroczna sekwencja

Nie umiem, no nie umiem obojętnie przejść obok dziecka, któremu rodzice na chrzcie dość oryginalne imię nadali. Nie najlepiej to o mnie świadczy. Jakiś taki mało tolerancyjny wobec gustów rodaków jestem. Nie bijcie, ale już tak mam...

Nic dziwnego więc, że dziś, gdy byliśmy z dzieciakami nad jeziorem i usłyszałem głos wołającej z pomostu matki: "Lorenzo! Lorenzo!!", zamurowało mnie. Wypatrzyłem młodego Lorenzo i zacząłem się zastanawiać, jaką fantazję trzeba mieć, jakie filmy oglądać, by tak dać na imię chłopcu.

Jednak pokarało mnie. Błyskawicznie, powiedziałbym... Matka Lorenza zaczęła nagle wygłaszać jakąś rozbudowaną, pełną wykrzykników tyradę po... francusku! Wstyd mi się zrobiło. Może we Francji to imię jest równie naturalne jak nasz nie przymierzając Norbert czy Miłosz? Ech, głupi ja, głupi i ciemny. 

Młody Lorenzo, sześciolatek (sądząc po wyglądzie i budowie ciała), nie był jednak najgrzeczniejszym synkiem swojej mamusi. Woła go i woła kobieta, a ten siedzi w wodzie i ani myśli wychodzić na brzeg. W końcu matka sięga po najostrzejszą broń, jaką mają do dyspozycji rodzice. 

Zaczyna liczyć do trzech:

UN! DEUX!! TROIS!!!

Przy trzech chłopak już stał obok mamy, która skończywszy liczyć, kontynuowała niezrozumiałą dla mnie tyradę. 

Zaśmiałem się w duchu. My też liczymy. I też się sprawdza, przynajmniej w przypadku Tymka ("Mama! Nie licz! Nie licz!"). Następujące po sobie liczby niosą jakąś mroczną zapowiedź przyszłych kar, przynajmniej konsekwencji. A najlepsze jest to, że ten sposób przywoływania do porządku wydaje się być skutecznym i jawi się jako...hmmm... ponadnarodowy?

Ludzie na całym świecie, jak się uwalą na łące, żują źdźbła trawy. Jak siądą nad rzeką, wrzucają do niej coś, by porwał to jej leniwy nurt. Gdy siedzą przy ogniu, lubią w nim grzebać kijami. Taki zestaw uniwersalnych człowieczych, automatycznych niemal zachowań mi się zebrał. 

Dodaję teraz do niego liczenie do trzech, by uspokoić dziecko.

Dodam jeszcze, że powiedzonko o kimś, kto do trzech zliczyć nie umie, nabiera nowego wymiaru. 

Będzie miał kłopoty z dyscyplinowaniem dzieciaków.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Gryzonie w mojej zonie, o nie

Stało się. Obiecaliśmy dzieciakom zwierzątko, więc trzeba będzie dotrzymać słowa. Nie ma zmiłuj...

Zapewne gdzieś pod koniec wakacji zjawi się w naszym domu... No właśnie. Mnie, jako fanatyka kotów, nie trzeba przekonywać, jakie zwierzę domowe jest najodpowiedniejszym towarzyszem życia inteligentnego człowieka. Bardzo długo też Tymek myślał podobnie - kot, kot i tylko kot. 

Pierwsze rysy na tej niezłomnej pewności pojawiły się, gdy Synkowi uświadomiłem, że małe koty uwielbiają się bawić, a zabawa często kończy się podrapanymi rękami i nogami.

- Tata, koty są głupie - wypalił Tymek, który ma baaaardzo niski próg odporności na ból. Najdrobniejsza ranka, skaleczenie, otarcie kończy się kilkuminutowym spazmem. A ja wciąż pamiętam z dzieciństwa swoje wiecznie poharatane ręce, gdy z moimi kotami ćwiczyłem dżudo i karate. 

Nastał więc szał na gryzonie - chomiki, świnki morskie, myszoskoczki... Powoli czuję się ekspertem w temacie, bo już kilka książeczek a propos Tymkowi przeczytałem. Wiem, na co chorują, co jedzą, ile żyją, ile śpią trzymane w domu gryzonie. Wiem też, że są nieprawdopodobnie głupie, nie ma z nimi kontaktu i nie można w jakikolwiek sposób nawiązać kontaktu.

Mój znajomy miał królika. Mieszkając w bloku tylko na takie zwierzątko mógł sobie pozwolić. Skubany w ciągu jednego dnia poprzegryzał mu kable łączące głośniki z wzmacniaczami, przewód antenowy i Bóg wie co jeszcze. Królik, tyle powiem.

Inny znajomy zaserwował taką oto brutalną anegdotkę o białej myszce:

Miałem kolegę, którego synek, przedszkolak, miał białą myszkę. Bardzo się lubili. Chłopiec z myszką rzecz jasna. Pewnego dnia myszka coś osłabła. Nie chciała chodzić, jeść, spała-nie spała. Chłopiec w płacz, że myszka choruje.

Jadą do weterynarza, znajomego taty chłopca z chorą myszką. Weterynarz przygląda się myszce, bierze ją w ręce i zaprasza do gabinetu ojca chłopca. Chłopiec zostaje w poczekalni. 

Wewnątrz weterynarz ukręca łepek myszce ("nic już z niej nie będzie"), bierze z wiwarium inną białą myszkę i mówi:

"Powiedz synkowi, że myszka już jest zdrowa."

Cóż...

Dziś Tymek odwiedził koleżankę-posiadaczkę świnki morskiej. Bawili się (z) nią ponad godzinę. Po powrocie Synka mówię:

- Tymek, idziemy do wanny! Brudny jesteś jak ziemia święta.

- Tata, od dzisiaj jestem chomikiem. I nie mam na imię Tymek tylko Fifi.

- No ale to jakieś takie imię dla dziewczyny...

- No to mów mi Pufek.

czwartek, 10 lipca 2014

Właściwa proporcja

Na fundamencie najnowszej fascynacji moich dzieci. Fascynacji owadami.

Bawię się z Kaliną. W pewnym momencie Córa bierze jakąś książeczkę i zaczyna mi nią machać przed nosem.

- Kalino, co ty robisz? Muchy przeganiasz?

- Nieeee - odpowiada przeciągając końcówkę wyrazu.

- No bo tata nie jest przecież muchą, prawda?

- Nie - potwierdza zdecydowanym głosem - tata jest za mały na muchę. Tata jest żukiem gnojakiem.

środa, 9 lipca 2014

Wewnętrzny głos


W zeszłym tygodniu zabrałem Synka i Córkę na dwa koncerty rockowe. Powiem tak - niech się schowają te wszystkie Openery i inne burżuazyjne imprezy. My poszliśmy na dwa darmowe, korzenne, nieoszlifowane sety.

Najpierw w piątek poszliśmy posłuchać grającego obok tutejszego Zamku zespołu Centrala 57. Klasyczny skład - wokalista z gitarą robi dobre wrażenie, showman i jajcarz; basista długowłosy odpowiada za mroczny klimat (tatuaże, długie pióra), perkusista, ciut za wysoki dla zestawu perkusyjnego, z jakim musiał sobie radzić.

Chłopaki dawali radę. Publika siedząca w ogródku piwnym (publiczność) reagowała. Napoje wyskokowe rozluźniły niektórych, więc nawet refreny się chóralnie powtarzało.

Siedzieliśmy z Tymkiem na trawie. Synek klaskał, kiwał głową do taktu. Generalnie - pozytywny odbiór.

Nazajutrz koncert nad jeziorem. Cotygodniowy "sparing" dwóch kapel z powiatu/województwa. Młodzi, gotowi rzucić na kolana świat (lub powiat) artyści. Najlepsze było to, że przed koncertami działała "Akademia młodego rockmana." Dzieciaki mogły sobie pograć na prawdziwej, działającej i podłączonej do głośnika gitarze elektrycznej. Obok stała akustyczna. Jeszcze bardziej obok miły zestaw perkusyjny.

Gdy Tymek z Kaliną zobaczyli te cuda, oczy im się zaświeciły i już - młody łoił na przesterowanym fenderze, a młoda tłukła w bębny. Mi została gitara klasyczna, chociaż czułem, że to trochę niesprawiedliwe, bo ja chciałem grać na perkusji...

Niemal pokłóciłem się z Żoną, która uważała, że powinienem ustąpić innym dzieciom miejsca przy tych wszystkich instrumentach, bo nie jestem już "młodym rockmanem."

Nie ma sprawiedliwości na świecie...

Synek całą drogę do domu piszczał, że chce mieć swoją gitarę, że w Lidlu na pewno jakaś jest do kupienia, że on już umie doskonale grać. W domu cały dumny oznajmia babci:

- Babcia! Nie wiedziałem, że w ciągu jednego dnia człowiek może nauczyć się grać na trzech różnych instrumentach. Na bębnach i dwóch gitarach!

Następnego dnia mieliśmy z Tymkiem nagrywać płytę. Tak, nie przesłyszeliście się. Mamy mikrofonik, komputer, płyty czyste. Nagramy się na komputer. Kilka piosenek. Wypalimy płytę i będziemy sprzedawać razem z lemoniadą (o lemoniadzie napiszę innym razem).

Jednak gdy młody usłyszał swój własny zarejestrowany głos (pierwszy raz w życiu), zwątpił.

- Nie, tata, nie nagrywamy.

- Dlaczego?

- Bo mam bardzo głupi głos...


poniedziałek, 7 lipca 2014

Schizmka

Wiem, wyjdę na hienę żerującą na cudzym życiu, ale trudno, popiszę się. 

Idę ulicą. Mijam pewną około sześćdziesięcioletnią damę, która w kwiecistej paraduje środkiem chodnika. Na szyi pobłyskuje jej medalik z Matką Boską i większych rozmiarów krzyżyk. Coś mnie tknęło, więc zwolniłem kroku i ... słyszę, jak damę tę zaczepia kobieta wychodząca z urzędu pocztowego.

- Halo, pani Krysiu, halo - woła rówieśnica naszej bohaterki - Pani Krysiu! Muszę pani coś powiedzieć...

Zatrzymałem się i zacząłem udawać, że piszę sms-a. Wiem, niskie, ale nie mogłem inaczej. Nos blogera "życiowego" mnie nie zawiódł. 

- Słucham - odpowiada pani Krysia grzecznie.

- Wiem pani... Nie wiem, jak pani to powiedzieć, ale te pani modlitwy, które pani w kościele zostawia. Wie pani które. Te co to jedną trzeba 30 razy odmawiać, a drugą 50 razy... To te modlitwy są złe. Nie wolno.



Nie pytajcie, jak to się skończyło. Poszedłem sobie. Pani Krysia szybko ruszyła za mną. Gdy się obejrzałem, szła uśmiechnięta. 

piątek, 4 lipca 2014

Zły harmonogram

Jaki koń boży byłem taki jestem. 

Sprawdzam ostatnio w Internetach, kiedy wywożą śmieci z naszej ulicy. Śmieci posortowane, posegregowane jak ustawa nakazuje (chociaż sortować nienawidzę). Mam - 3 lipca. Ok, myślę sobie, rano wystawię, bo i tak mnie dzieci o 6:00 budzą, więc zdążę. 

Budzę się. Ubieram w jakieś zgrzebne lumpy i lecę po worki wypełnione makulaturą, plastikiem, szkłem. Wystawiam to wszystko przed bramę i cały zadowolony idę w miasto po świeże bułki, jakieś mięsko na kanapki i ser. Ale coś mi nie gra, coś mi nie pasuje... Jeszcze nie wiem co.

Wracam po 20 minutach do domu. 

- Kubły wystawiłeś? - pyta Żona.

- Segregowane wystawiłem...

- Ale dziś też zwykłe, z kubłów, zabierają.

No ładnie. Wybiegam na ulicę. Patrzę, a wszystkie kubły sąsiadów puste. "O w mordę misia!" - myślę subtelnie i przeklinam własną głupotę.

Puszczam się w pogoń za śmieciarką i po 10 minutach doganiam ją.

- Będziecie panowie jeszcze przejeżdżać (nazwa mojej ulicy)?

Gruby jegomość w jaskrawym kombinezonie analizuje i analizuje sytuację, by stwierdzić, że mam wystawić kubły na ulicę Poznańską, bo tamtędy jeszcze dziś nie jechali. Ok, nie stać mnie na komfort czekania dwóch kolejnych tygodni z niewyrzuconymi śmieciami.

Chcąc, nie chcą idę po dwa ciężkie, wypchane do granic możliwości kubły. Wlokę więc jeden po drugim przez kilkaset metrów po wyboistych chodnikach,  przechodzę przez ulicę, przeciskam się przez rozryte remontem rynku okopy. Wyglądam zaiste komicznie. Jak z czeskiego filmu. Lub z jakiejś nieudanej etiudy Polańskiego - zamiast "Dwóch ludzi z szafą" "Człowiek z dwoma kubłami."

Szczególnie dramatycznie wyglądałem na tle ogromnego krzyża, który wisi na pobliskim budynku. Tu potężny uniwersalny symbol, pod spodem ja - baran, który źle sprawdził harmonogram wywozu śmieci.


Morału tradycyjnie się nie spodziewajcie. A może jeden, malutki - firma, która nam remontuje rynek i okolice, firma, która rozgrzebała całe malutkie centrum mojej mieścinki i zmusiła autobusy, by zatrzymywały się dokładnie przed moimi oknami...

A więc ta firma zbankrutowała i szykuje się kolejny przetarg, który ma wyłonić kogoś, kto domknie prace.

Polska.

środa, 2 lipca 2014

= Wielka Szalona Miłość Pod Słońcem

No dumny jestem. A jeszcze bardziej dumny Tymek. Nauczył się w końcu jeździć na rowerze. Jeździć, czyli samodzielnie zatrzymywać się, zsiadać z roweru, a co najważniejsze-startować. Teraz, gdy idziemy do parku czy na promenadę, można go puścić przodem (nie trzeba za nim biec, jak jeszcze parę tygodni temu, gdy krzyczał: "Tata! Łap mnie! Nie umiem się zatrzymać!"), a on jedzie i jedzie, i jedzie... Zatrzymuj się i jedzie z powrotem.

Sukces taki na początku wakacji.

Na promenadzie od czasu do czasu zatrzymujemy się, żeby usiąść. Na jednej z ławek Tymek zauważył napis:

A J  +  L K = L O V E

- Tata, co to znaczy?

No więc tłumaczę, że ktoś kto ma takie inicjały kocha kogoś, kto ma takie inicjały.

- Ale dlaczego to jest napisane na ławce?

- No widzisz... Nie powinni tego pisać na ławkach. To jest niszczenie.

- Tata - zaczyna Synek oburzony - To jacyś wandale chyba! Jak ja bym się w kimś zakochał, to bym wiesz jak napisał?

- Nie.

- Wziąłbym farbę i bym na chodniku napisał, a nie na ławkach ani nie na drzewach.

No więc jak gdzieś kiedyś na chodniku zobaczycie jakieś wyznanie miłosne, to wiecie już, kogo można podejrzewać.