poniedziałek, 23 czerwca 2014

Praca? Pomidor

Jakiś czas temu zdarzyło mi się rozmawiać ze znajomą o pracy. Nie, nie zawodowej. O pracy, jaką podejmuje się w dzieciństwie (no, raczej młodości), by sobie dorobić do skromnego kieszonkowego, które się dostawało albo i nie.

Dziś, pracując w szkole, wiele razy słyszałem, jak uczniowie w okolicach końca maja i początku czerwca przerzucają się informacjami, gdzie da się zbierać truskawki, gdzie i ile płacą za czereśnie…

Moja Żona też czasem wspomni sobie, jak to z koleżankami o 6 rano jechała kilka kilometrów rowerami, by zrywać czereśnie, a potem za zarobione pieniądze pojechać nad morze, kupić sobie ekskluzywne buty (martensy) lub kilka płyt…

- Ja też w młodości pracowałam – mówi koleżanka – gdy chciałam sobie coś kupić, musiałam znaleźć robotę. Tu w sklepie pomagałam, tam w jakieś owoce zrywałam. Zawsze coś się uzbierało. I wiesz, co ci powiem? Jak będę miała dziecko, to jak urośnie i będzie coś chciało, to też mu powiem, że ma sobie zarobić. Oczywiście, nie mówimy tutaj o małych dzieciach. Mówimy o takich nastolatkach.

Zastanowiłem się. Pamięć zaczęła pracować.

- A co byś zrobiła, gdybyś miała takie dziecko, jakim byłem ja?

- To znaczy?

- Wiesz, ja byłem idealnym dzieckiem. Nie miałem większych potrzeb, których i tak by nie musieli zaspokoić rodzice. W sumie nie miałem żadnych potrzeb. Książki brałem z biblioteki. O żadnych wakacjach nie marzyłem. Wolałem całe lato snuć się po swojej dzielnicy, ulicy, grać w piłkę lub w deszczowe dni oglądać TV z braćmi. Złote czasy. Nie potrzebowałem niczego. Możesz (możecie, Drodzy Czytelnicy) mi nie wierzyć, ale tak było. I co być zrobiła z takim dzieckiem?

Chwila zadumy.

- Chyba bym go jednak zmusiła do jakiejś wakacyjnej pracy…

W sumie, gdy sobie pomyślę, to raz pracowałem jeden dzień. Miałem jakieś 12 lat. Było lato, tego lata włóczyłem się z chłopakami z sąsiedztwa. Jeździliśmy na ryby nad rzekę. Kąpaliśmy się w pobliskich gliniankach. Nasze rowery nie mogły zaznać spokoju.

Pewnego dnia jeden z nas (pseudonim Zawał) przywiózł informację, że  „można zarobić.” Pewien badylarz spod miasta, właściciel kilku wielkich szklarni z pomidorami, pieczarkarni i Bóg wie czego tam jeszcze, szuka kogoś, kto szybko wysprząta to całe jego królestwo. Trzeba było powyrywać i powynosić łodygi pomidorów, które już wcześniej oberwano. Dziesiątki metrów „pomidorowych tuneli”, warunki tropikalne, bo to szklarnie przecież. Tępe sekatory, które ledwie radziły sobie z upartymi brudzącymi ręce na zielono kłączami… Można było wyobrazić sobie, co czuli konkwistadorzy, którzy przedzierali się przez amazońską dżunglę.



Mnie potem gruby prywaciarz wysłał do pieczarkarni. Było tam zdecydowanie chłodniej, ale musiałem męczyć się z wyrywaniem jakichś abstrakcyjnych roślin… Nie pamiętam szczegółów, jednak wszystko było żmudne, męczące, trwało w nieskończoność. A co najgorsze – nie ubywało nam tego, z czym mieliśmy sobie poradzić.

Minęło 6 godzin, w czasie których mieliśmy sobie poradzić z całością. Zjedliśmy kanapki i na rowery! „Pracodawcy” powiedzieliśmy, że jutro przyjedziemy i dokończymy resztę. Niewiele tego zostało, więc liczyliśmy, że szybko nam to pójdzie.

Gdy zjawiliśmy się następnego dnia rano, facet wyszedł do nas. Wyciągnął z kieszeni po jednym banknocie (niestety nie pamiętam, ile tego zarobku było) i powiedział:

- To za wczorajszą pracę. Dziś już nie potrzebuję takich pracowników jak wy.

Odwrócił się i poszedł. Zostaliśmy ze skromną pensją. Zdezorientowani. Pamiętam, że kupiłem sobie wtedy oranżadę, być może coś jeszcze. Nie wiem…

Gdyby moją opowieść zabarwić jakąś moralizatorską nutą, wtedy ten nastolatek, który zarobił swoje pierwsze pieniądze, powinien wypić najsmaczniejszą oranżadę w swoim krótkim życiu. Wszak zapracował na nią ciężko. Tak jednak nie było. Napój nie wyróżniał się smakiem, butelka kształtem. Nic z tych rzeczy.

Inny morał mógłby brzmieć tak: „Za nędzną robotę, nędzne wynagrodzenie.” A chłopak powinien wsiąść na swój rower z mocnym postanowieniem, że odtąd będzie dawał z siebie 110%.

Tak też się jednak nie stało. Ten chłopak, którym byłem, wypił po prostu całą oranżadę, zwrócił do sklepu butelkę (kaucja!) i wrócił do domu, by resztę lata taplać się w ciepłej pozbawionej zmartwień i potrzeb egzystencji.


Chcecie morału? Nie będzie żadnego. Nie wszystkie życiowe lekcje mają takowy. A nawet jeżeli mają, to niekoniecznie trzeba wziąć go do serca.

PS

Dziękuję za wsparcie w blogowym kryzysie świadomości.

10 komentarzy:

  1. Też byłam nastolatką niepracującą... Nawet nie wiedziałam, że można by!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można, można... I jak to miło, prawda?

      pzdr

      Usuń
  2. A ja pracowałam :) Zrywałam czerwone porzeczki - ale u dziadków, więc bez względu na efekt mojej pracy - wynagrodzenie zawsze było zawyżone :)

    Co do poprzedniego wpisu - cały czas się zastanawiam na ile nasze blogi są aktualne (wybacz, że generalizuję). Ze starej ekipy, od której zaczynałam, ostał się mało kto.
    I z moim blogiem jest tak, że stał się inny, inny jest czas, kiedy piszę, inne posty.
    Przyznaję szczerze - kiedyś to miało większe znaczenie, sens i dawało więcej satysfakcji. Za tym tęsknię nieco.
    Ale granatowy zostanie, bo nawet jedno zdanie raz na ruski rok, przeczytane za 20 lat, będzie coś dla mnie znaczyło.

    Trzymaj się ciepło, Antku.
    Pozdrawiam
    -g.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że też to zauważyłem? Gdy prawie 4 lata temu zacząłem się tu popisywać (dosłownie), otoczyło mnie zupełnie inne towarzystwo. Dziś na palcach jednej ręki mogę wymienić, kto został z tamtych "starych dobrych czasów."

      Przyszli za to nowi. Nic nie stoi w miejscu.

      pzdr

      Usuń
  3. I słusznie zrobiłeś, czniając taką pracę. Ciężka praca wcale nie uszlachetnia dzieci i niczego pożytecznego ich nie uczy. Dziecko nie jest gotowe ani psychicznie, ani fizycznie, żeby wykonywać pracę dorosłych. Do tego trzeba dojrzeć. Ja też nie pracowałem w dzieciństwie i jakoś wcale nie przeszkodziło mi to wziąć się do roboty, kiedy dorosłem. Do dziś potrafię pracować wiele godzin. Ale teraz jestem do tego przygotowany.
    Moje wspomnienia związane z wychowaniem przez pracę są wyłącznie złe. Pamiętam jak w podstawówce zagoniono nas do naklejania nalepek na słoiki. Niby praca nie ciężka, ale te słoiki były w skrzynkach ustawianych na wysokość prawie dwóch metrów i musiałem te skrzynie targać z kolegą. To była praca ponad siły i urągająca zasadom bhp. Ktoś, kto kazał nam to robić, powinien za to beknąć. Ale nie. Dwie klasy zapieprzały tak cały dzień a na koniec jeden z kolegów, przechodząc obok stosu puszek z mielonką postanowił jedną sobie wziąć. Z głupoty. Nikt z nas nie myślał o tym, że magazynier za to odpowiada, że puszki są policzone i że to jest najprawdziwsza kradzież. Magazynier zauważył, puszkę odebrał a na drugi dzień w szkole pani oświadczyła nam, że za karę nie dostaniemy nic za robotę. Siedemdziesiąt dzieciaków tyrało za frajer, bo jeden miał lepkie ręce. Tak mnie wychowywano przez pracę. W dupie mam takie wychowanie i taką pracę. Dzieciństwo jest czasem nauki i rozwoju, nie zapierdalania za grosze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ty mówisz - w Chinach i Indiach praca dzieci na pewno uszlachetnia!
      Czuję to w moim markowych butach ;)

      A ten z lepkimi rękami to podstawiony sabotażysta - to wszystko była ustawka.

      Usuń
  4. A mi się zdarzało. Najczęściej były to jakieś... Nie wiem jak to nazwać, bo praca fizyczna to to nie była. Sprzedawałem butelki - wtedy wszystko było w szklanych i zwrotnych: mleko, śmietana, ocet (za te po occie mało płacili, najwięcej za te od mleka), u ciotki znajdowałem czasem jakieś po piwie i wódce. Kiedyś jeden gość w miasteczku otworzył skup ślimaków. Kupował winniczki i podobno wysyłał do Francji. Sezon na winniczki był w maju, chodziłem więc cały maj po różnych ciemnych i wilgotnych zakamarkach i łapałem te ślimaki. Miałem specjalną miarkę z drutu, bo skorupa ślimaka musiała być nie mniejsza, niż (chyba) 3 centymetry. Za kilo winniczkowego żywca płacono trzy tysiące. Niestety, starych złotych.
    A pierwszą poważną kasę zarobiłem pomagając tacie, który był stolarzem. Robił różne elementy drewniane w dużej, nowej stajni: drzwi do boksów, jakieś schody... Dwa, trzy tygodnie wakacji jeździłem z tatą do tej stajni. Nosiłem deski, przepuszczałem przez strugarkę. Na koniec zawołał mnie właściciel i wręczył pięć dych. Ale byłem dumny! i zadowolony, bo to była niespodzianka - przez cały czas myślałem, że działam w wolontariacie.
    Pożytek z tego jeszcze taki, że może fachu w rękach nie mam, ale ta i inne fuchy z tatą czegoś mnie tam nauczyły i fach nie fach, ale umiejętności jakieś zostały. co się czasem przydaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te trzy tysiaki brzmią nieziemsko w naszych czasach. Wyobrażasz to sobie teraz? W Polsce populacja ślimaka zginęłaby w ciągu jednego sezonu, gdyby tyle płacili.

      A co do praktyki - widzisz, dobrze jest w młodości ćwiczyć coś, co się może przydać później i wymaga właśnie takiego ćwiczenia. Wyrywanie zielska to żadna filozofia (chyba że o czymś nie wiem), więc moje doświadczenie zawodowe z młodości jest guzik warte.

      pzdr

      Usuń
  5. Nie cierpię opowieści bez morału. Oprócz twoich ;), oniryczno-wspomnieniowych, z czasów gdy życia nie traktowało się zadaniowo a młodość nie upływała na stażach.
    No ale wtedy byliśmy po prostu dziećmi, a nie najatrakcyjniejszą grupą konsumencką, eh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. IK, kochana jesteś. I ładnie mi napisałaś o tej młodości. Wyjątkowo inspirująco to brzmi. A tych wspomnień mam trochę. Podejrzewam, że więcej niż planów na przyszłość-bliższą, dalszą i najdalszą.

      pzdr serdecznie.

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.