wtorek, 3 czerwca 2014

Ości męskości i takie tam

Poranek raczej spokojny. Dzieciaki wiozę do przedszkola. Spieszę się, spieszę, bo jeszcze mam roboty trochę przed szkołą. Jadę więc w sandałach. A co tak! Skarpety i sandały. Intelektualistą jestem. Wolno mi.

Szkoła przeszła, nie wiem kiedy. Jednak po szkole miałem dość brutalne zetknięcie z rzeczywistością. Zmiana oleju w samochodzie. Wymiana filtrów i Bóg wie, czego tam jeszcze... No i nawet nie pytajcie, ile kasy na to poszło... 

Krążyłem sobie wokół tego warsztatu samochodowego. Dość profesjonalne miejsce i kompetentni mechanicy. Kilku młodych praktykantów, usmarowani olejami, smarami, tym całym warsztatowym brudem. Chudzi, w za dużych kombinezonach, pod czujnym spojrzeniem starych fachowców. Posłusznie drepczą wokół rozbebeszonych aut. Podają narzędzia. Znoszą te wszystkie "Kur..., pospiesz się z tym kluczem!" albo "Jak to, kur..., nie możesz znaleźć filtru powietrza?!" 

Męskość.

Przypomniało mi się, jak pierwszy i ostatni raz pojechałem z kumplem na poznańską giełdę samochodową. Szukaliśmy samochodu. Nawet może kupić by się dało. W każdym razie trzeba było przejść wzdłuż i wszerz cały nabity wozami i ich właścicielami teren. Setki wozów, setki mężczyzn. Niemal żadnej kobiety...

- Widzisz, taka giełda samochodowa... - zaczyna kumpel - połowa to złodzieje, połowa to oszuści, połowa to zwykli handlujący. Przepraszam, nie ma trzeciej połowy.

Faktycznie. Coś wisiało w powietrzu. I pewnie tylko ja to czułem. Przyzwyczajony do bardziej "wymieszanego" towarzystwa, fatalnie było mi wśród tych kipiących "męskością" facetów. Co drugi wyglądał mi na gangstera, sutenera lub kanciarza. Ja, delikatny owoc koedukacyjnego społeczeństwa, chciałem jak najszybciej stamtąd uciec. Źle mi było. I źle mi było, że było mi z tym źle...

Reszta dnia? Powiem tak - rozumiem, dlaczego tak ciężko być "szczerym" i pisać "dzień w dzień." 

Jeden prosty powód. Człowiek w ciągu nawet jednego dnia potrafi zaliczyć taką szeroką gamę nastrojów, emocji, uczuć, myśli, że rzadko kiedy można znaleźć w sobie jakikolwiek stabilny kształt samego siebie. Od euforii po depresję, od "Kocham Cię, świecie!" po "Pierd...cie się beze mnie!", od "Mam dosyć tego wszystkiego, jadę do mamy!" po "Trzeba trzymać fason."

Walt Whitman, wielki poeta amerykański, napisał (cytuję niewiernie): "Przeczę samemu sobie? Cóż z tego? Jestem wielki i mam prawo pielęgnować w sobie sprzeczności."

No właśnie. Przyjrzałem się sobie i ja też jestem wielki - w nikim wątłym aż tyle sprzeczności, wykluczających się postaw i cech nie mogłoby się pomieścić...

Pozdrawiam i wracam pielęgnować cnotę skromności.

11 komentarzy:

  1. Giełdy samochodowe w latach 90-tych...ech, czegóż tam nie było :) Choć dla mnie jako dzieciaka największym hitem były hamburgery z jakiejś budy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie chcesz wiedzieć, jakie w tych budach mięso się sprzedawało...

      Jak w tym starym kawale - gulasz turecki, bo pies miał na imię Abdul.

      pzdr

      Usuń
  2. Bardzo ładne wytłumaczenie tych sprzeczności zapodałeś Abtku - od razu się lepiej poczułam z moimi zjazdami i wjazdami sinusoidalnymi - ciągle coś :), emocje nie trwają, tylko falują, mocują się ze sobą, przemijają, rodzą się na nowo i tak ciągle!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sinusoida to norma w moim przypadku. Od lewej do prawej. Od góry do dołu.

      pzdr

      Usuń
  3. To żadna sprzeczna wielkość, to się chyba nazywa choroba dwubiegunowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pudło, przy dwubiegunowości pacjenci w 80 % cierpią na napady przesadnej aktywności i prawie nie śpią. Ja mam całkowicie odwrotnie.

      ;-)

      Usuń
    2. Jesteś zatem tym chlubnym wyjątkiem, który potwierdza regułę ;)

      Usuń
  4. A ja mam takie wspomnienie:
    Skończyłem pierwszy rok studiów, czekały mnie trzy miesiące wakacji i zaplanowana podróż. By na nią zarobić, skorzystałem z propozycji kuzyna, który prowadził firmę budowlano-remontową. Miesiąc spędziłem na budowie i w wymagającym generalnego remontu mieszkaniu. Burzyłem, wywoziłem gruz, gładziłem i szlifowałem ściany - wszystko w towarzystwie dwóch, starszych ode mnie facetów. Spałem na materacu, myłem się w zimnej wodzie, czułem się, jakby mnie wymyślił Marek Hłasko. Wieczorem (raz czy dwa, nie żeby każdego wieczoru) piłem wódkę z blaszanego kubka. Odpowiadał mi ten testosteronowy świat. Poziom mojego testosteronu wzrósł.
    Na koniec zainkasowałem trzy stówki (tak, trzy stówki za miesiąc roboty!) i z radością ruszyłem na równie męską wyprawę stopem przez Polskę, Słowację i Czechy. Ożłopałem się piwa, przeżyłem przygody - było super, czego każdemu facetowi życzę.

    P.S. Tomek, dzień czerwca czwarty się kończy a kolejnego wpisu brak. Co z wyzwaniem?? Dawaj, trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rewelacyjna opowieść. Na tym można zbudować całkiem przyzwoitą narrację. Serio. A słowa: "Spałem na materacu, myłem się w zimnej wodzie, czułem się, jakby mnie wymyślił Marek Hłasko" - majstersztyk!

      Kolejny wpis już się smaży. Przysnąłem z dzieckiem i obudziłem się, czując, że jakiś obowiązek mnie wzywa.

      Usuń
    2. Tak, dawno to wymyśliłem i wiedziałem, że to dobry opis. Tylko nie było gdzie wykorzystać. Może czas pomyśleć o książce? ;-)

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.