poniedziałek, 2 czerwca 2014

Czerwcowe wyzwanie

Pamiętam stare dobre czasy raczkującej w Polsce blogosfery. Nie było blogów "modowych", rzadko trafiało się na blogi recenzenckie, lwią część stanowiły zwykłe, banalne internetowe wcielenia tradycyjnych dzienników. Dość introwertyczne, nastawione na komunikowanie o "przygodach codzienności", słabo ukierunkowane na czytelnika. Forma bloga w Polsce raczkowała. A ile się trzeba było namęczyć, by zwykłą fotkę wstawić? O tym nawet nie wspomnę...

Tak, też miałem wtedy bloga i gdy dziś o nim myślę, to płoną mi uszy ze wstydu... Ech...

Aż ostatnio przyszło mi do głowy, by spróbować pisać jak onegdaj. Jeden dzień-jedna notka. Niezależnie od "atrakcyjności" dnia, od jego zawartości, od nudy lub też fajerwerków, jakich czasami jesteśmy świadkami. Tak, pomyślałem sobie, dlaczego by nie spróbować? Do końca czerwca dzień w dzień sygnał, zakładka, scenka. obraz, myśl... 

Zaczynamy więc.

2 czerwca. Rano mrocznie. Wiszą stalowoszare chmury, siąpi delikatny deszcz lub jego zapowiedź drażni powietrze. Synek na nogach od 5:30, więc znów pojawiają się myśli w stylu: "A może przeorganizować swój dzień i wstawać o 5 rano? Mieć chociaż pół godziny spokoju? Może się uda?"

Jasne, że się nie uda. Nad ranem człowiek majaczy.

W autobusie podsłuchana rozmowa dwójki młodych ludzi. Najwidoczniej interesowali się astronomią i astronautyką, bo jeden z nich zmęczonym głosem powiedział drugiemu:

- Więcej na słońcu nie piję...

W szkole lekcja za lekcją niepojęcie mija. Tu Czesław Miłosz, tak Emanuel Kant i jego apologia rozumu. 

( Taką umoralniającą anegdotkę zaserwowałem jednej z klas:

Trzy lata się uczyłem niemieckiego w liceum. Całe trzy lata, a nie potrafiłem nawet utworzyć prostej liczby mnogiej rzeczownika. A słownictwo miałem zbudowane na podstawie "Czterech pancernych i psa" oraz "Stawki większej niż życie." W ogóle niemiecki... Groza. Byłem kompletnym antytalentem. A wyobrażacie sobie matematykę po niemiecku? Tak musi być w piekle. Przynajmniej w tym sektorze przygotowanym dla mnie.

Natomiast germanista był autentycznie spoko. Naprawdę. I nieświadomie dał mi jedną z najważniejszych lekcji w życiu. A nawet nie pamiętam, jak miał na imię. 

Działo się to w okolicach 11 listopada. Święto nasze narodowe. Polonista, fanatyk awangardowego teatru, też ważny dla mnie człowiek, zmajstrował ze szkolną grupą teatralną przedstawienie. Taka mieszanina różnych opowieści - od "Dziadów" Mickiewicza począwszy... Dziwne to było, momentami niezrozumiałe. Ktoś coś krzyczał po rosyjsku, ktoś recytował jakieś romantyczne poematy. Awangarda patriotyczna. Trudna i nie do ugryzienia. Przynajmniej nie w sali gimnastycznej wypełnionej uczniami i nauczycielami.

Przedstawienie się kończy. Burza oklasków. Nauczyciele wstają z krzeseł. Biją brawo na stojąco. Wszyscy, germanista nie. I tak do końca owacji.

Na lekcji go pytamy, dlaczego nie wstał. A on odpowiada:

- A jak wszyscy gwałcą, to ja też mam gwałcić?

Pozamiatane. )

W pokoju nauczycielskim rozmowa z koleżanką o zmęczeniu. Co jest najgorsze? Nie zmęczenie pracą, bo mógłbym pomyśleć, że po robocie dostanę skrzydeł. Nie. Ja po pracy będę tak samo zmęczony jak przed i w jej czasie. Mało snu i podłe ciśnienie.

Znajoma nosi się z zamiarem nauki jazdy na rolkach.

- Miałeś kiedyś rolki na nogach?

- Miałem - odpowiadam - Nawet mały sukces zaliczyłem. Nie przewróciłem się. No ale z miejsca się też nie ruszyłem...

Powrót do domu. Autobus pozwala poważnie nadrobić braki w lekturze. Błogosławieństwo publicznego transportu. Gdyby nie PKS, byłbym półanalfabetą.

W domu dzieciaki spokojne. Obiad w przedszkolu zjedzony, więc z czystym sumieniem dostają podwieczorek. Potem zabawy w piratów, w rekiny, które piratów chcą zjeść i w mątwy, które chcą zjeść i rekiny i piratów.

Wcześnie ciemno. Buro. Śpią? Śpią.

Piszę więc.

14 komentarzy:

  1. Może to i dobry pomysł. Może forma dziennika odratowała by mi bloga. Z drugiej strony - czy moje dni są tak ciekawe, by o nich pisać? Chwilami śmiem wątpić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieświadomie odkryłeś mój ból - też mam po tylu latach kłopot z formą, treścią, przekazem i sensem. Może więc czas wrócić do źródeł?

      Usuń
  2. Serio. Tęsknię za takim wymiarem blogowania. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to przez miesiąc u mnie możesz zobaczyć, jak to drzewiej bywało.

      ;-)

      pzdr

      Usuń
  3. To może być dobre tylko wtedy, gdy w życiu autora dużo się dzieje. Gdybym ja tak pisał, sam nie miałbym siły tego przeczytać, tak jak nie mam chęci czytać o tego, co piszą mamy małych dzieci, jak nie mam chęci oglądać seriali o miłości, barwach, dobrym i złym itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, po części masz rację. Jasne, zwykłe życie może być nudne jak jasna cholera, ale gdy wpadasz w interakcje z innymi ludźmi, wychodzisz z domu, szukasz czegoś w Sieci, oglądasz TV lub słuchasz radia. Nawet patrzysz przez okno...

      Zawsze coś się znajdzie. Zawsze. No prawie...

      Poza tym blogi mamuśkowe z reguły są słabe stylistycznie. Do bólu sprawozdawcze. Bez krzty dystansu, ironii, szerszego wejrzenia etc.

      Styl się liczy. Nawet, gdy nic się nie dzieje, styl się liczy. On przecież zostaje na końcu. Styl i poczucie humoru.

      Tak przynajmniej sobie myślę...

      Usuń
  4. Fajne zobowiązanie. Oczy będziesz miał szerzej otwarte dzięki chęci poszukiwania tematów! I uszy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inne zmysły też postaram się zaangażować. Szczególnie dotyk.

      ;-)

      Usuń
  5. liczy się to, jak jest napisane, tutaj nawet "marynistyczne" posty będą interesujące

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klarko, dziękuję Ci za miłe słowa. Aż mnie zatkało.

      Jednak muszę się szybko odetkać, by pisać dalej. Co wyzwanie, to wyzwanie.

      pzdr

      Usuń
  6. A wiesz, że mi też brakuje takiego niewymuszonego pisania?!
    I też mi coraz częściej chodzi po głowie, że takie właśnie sprawiałoby mi większą przyjemność... Ale sporo jest tematów, o których pisać bym jednak nie chciała, bo zasięg bloga dziś o wiele większy, niż na samym początku. A jak już się włącza autocenzura, to i tak nici ze szczerych zwierzeń codziennych. Chyba, że się wytnie te najbliższe sercu emocje jako zbyt osobiste...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz... Okazuje się, że (prawie) wszyscy jedziemy na hamulcu ręcznym.

      "Gdyby wiedzieli, jaki jestem naprawdę" - wzdychał poeta. I ja też wzdycham, ale nie wiem, czy aż tak bardzo mi na tym wywalaniu bebechów zależy...

      Nie wiem.

      pzdr

      Usuń
    2. Wywalanie bebechów niekoniecznie, ale rozwalanie problemów na czynniki pierwsze lepiej według mnie realizować przy życzliwych przyjaciołach, a nie publicznie.

      A czy zależy - jednego dnia jesteśmy bardziej, innego mniej ekshibicjonistyczni :)

      Usuń
  7. Pamiętam jak gdzieś około 2008 roku próbowałem pisać bloga...skończyło się da dwóch-trzech wpisach o jakiejś grze, po czym skasowałem moje "cudo" na platformie onetu.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.