piątek, 27 czerwca 2014

Procedury podświadomości

Wczoraj cały dzień dom stał pusty, więc listonosz nie mógł dostarczyć listu poleconego. Zostawił jak Pan Bóg przykazał awizo, które znalazłem w skrzynce późnym popołudniem. Nie chciało mi się iść na pocztę, chociaż mam jakieś 100 metrów tylko. Przeczuwałem gigantyczną kolejkę i ślimaczące się procedury...

Dziś rano za to czekam, aż otworzą urząd. Godzina ósma wybija, ja jeszcze przed komputerem. Wdaję się w bezsensowną i bezcelową dyskusję światopoglądową z ortodoksyjnymi wyznawcami najpopularniejszej religii w Polsce.

Patrzę na zegarek. O! 8:20. Idę! Biorę ze sobą awizo. Wchodzę na pocztę. O dziwo pusto. Nikogo przy żadnym okienku. Podchodzę do pierwszego i mówię, pokazując druczek wypełniony przez listonosza:

- Dzień dobry, ja tu przychodzę z in vitro. ....Yyyyyy, to jest z awizo.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Praca? Pomidor

Jakiś czas temu zdarzyło mi się rozmawiać ze znajomą o pracy. Nie, nie zawodowej. O pracy, jaką podejmuje się w dzieciństwie (no, raczej młodości), by sobie dorobić do skromnego kieszonkowego, które się dostawało albo i nie.

Dziś, pracując w szkole, wiele razy słyszałem, jak uczniowie w okolicach końca maja i początku czerwca przerzucają się informacjami, gdzie da się zbierać truskawki, gdzie i ile płacą za czereśnie…

Moja Żona też czasem wspomni sobie, jak to z koleżankami o 6 rano jechała kilka kilometrów rowerami, by zrywać czereśnie, a potem za zarobione pieniądze pojechać nad morze, kupić sobie ekskluzywne buty (martensy) lub kilka płyt…

- Ja też w młodości pracowałam – mówi koleżanka – gdy chciałam sobie coś kupić, musiałam znaleźć robotę. Tu w sklepie pomagałam, tam w jakieś owoce zrywałam. Zawsze coś się uzbierało. I wiesz, co ci powiem? Jak będę miała dziecko, to jak urośnie i będzie coś chciało, to też mu powiem, że ma sobie zarobić. Oczywiście, nie mówimy tutaj o małych dzieciach. Mówimy o takich nastolatkach.

Zastanowiłem się. Pamięć zaczęła pracować.

- A co byś zrobiła, gdybyś miała takie dziecko, jakim byłem ja?

- To znaczy?

- Wiesz, ja byłem idealnym dzieckiem. Nie miałem większych potrzeb, których i tak by nie musieli zaspokoić rodzice. W sumie nie miałem żadnych potrzeb. Książki brałem z biblioteki. O żadnych wakacjach nie marzyłem. Wolałem całe lato snuć się po swojej dzielnicy, ulicy, grać w piłkę lub w deszczowe dni oglądać TV z braćmi. Złote czasy. Nie potrzebowałem niczego. Możesz (możecie, Drodzy Czytelnicy) mi nie wierzyć, ale tak było. I co być zrobiła z takim dzieckiem?

Chwila zadumy.

- Chyba bym go jednak zmusiła do jakiejś wakacyjnej pracy…

W sumie, gdy sobie pomyślę, to raz pracowałem jeden dzień. Miałem jakieś 12 lat. Było lato, tego lata włóczyłem się z chłopakami z sąsiedztwa. Jeździliśmy na ryby nad rzekę. Kąpaliśmy się w pobliskich gliniankach. Nasze rowery nie mogły zaznać spokoju.

Pewnego dnia jeden z nas (pseudonim Zawał) przywiózł informację, że  „można zarobić.” Pewien badylarz spod miasta, właściciel kilku wielkich szklarni z pomidorami, pieczarkarni i Bóg wie czego tam jeszcze, szuka kogoś, kto szybko wysprząta to całe jego królestwo. Trzeba było powyrywać i powynosić łodygi pomidorów, które już wcześniej oberwano. Dziesiątki metrów „pomidorowych tuneli”, warunki tropikalne, bo to szklarnie przecież. Tępe sekatory, które ledwie radziły sobie z upartymi brudzącymi ręce na zielono kłączami… Można było wyobrazić sobie, co czuli konkwistadorzy, którzy przedzierali się przez amazońską dżunglę.



Mnie potem gruby prywaciarz wysłał do pieczarkarni. Było tam zdecydowanie chłodniej, ale musiałem męczyć się z wyrywaniem jakichś abstrakcyjnych roślin… Nie pamiętam szczegółów, jednak wszystko było żmudne, męczące, trwało w nieskończoność. A co najgorsze – nie ubywało nam tego, z czym mieliśmy sobie poradzić.

Minęło 6 godzin, w czasie których mieliśmy sobie poradzić z całością. Zjedliśmy kanapki i na rowery! „Pracodawcy” powiedzieliśmy, że jutro przyjedziemy i dokończymy resztę. Niewiele tego zostało, więc liczyliśmy, że szybko nam to pójdzie.

Gdy zjawiliśmy się następnego dnia rano, facet wyszedł do nas. Wyciągnął z kieszeni po jednym banknocie (niestety nie pamiętam, ile tego zarobku było) i powiedział:

- To za wczorajszą pracę. Dziś już nie potrzebuję takich pracowników jak wy.

Odwrócił się i poszedł. Zostaliśmy ze skromną pensją. Zdezorientowani. Pamiętam, że kupiłem sobie wtedy oranżadę, być może coś jeszcze. Nie wiem…

Gdyby moją opowieść zabarwić jakąś moralizatorską nutą, wtedy ten nastolatek, który zarobił swoje pierwsze pieniądze, powinien wypić najsmaczniejszą oranżadę w swoim krótkim życiu. Wszak zapracował na nią ciężko. Tak jednak nie było. Napój nie wyróżniał się smakiem, butelka kształtem. Nic z tych rzeczy.

Inny morał mógłby brzmieć tak: „Za nędzną robotę, nędzne wynagrodzenie.” A chłopak powinien wsiąść na swój rower z mocnym postanowieniem, że odtąd będzie dawał z siebie 110%.

Tak też się jednak nie stało. Ten chłopak, którym byłem, wypił po prostu całą oranżadę, zwrócił do sklepu butelkę (kaucja!) i wrócił do domu, by resztę lata taplać się w ciepłej pozbawionej zmartwień i potrzeb egzystencji.


Chcecie morału? Nie będzie żadnego. Nie wszystkie życiowe lekcje mają takowy. A nawet jeżeli mają, to niekoniecznie trzeba wziąć go do serca.

PS

Dziękuję za wsparcie w blogowym kryzysie świadomości.

niedziela, 15 czerwca 2014

.



A po polsku - zwijam żagle na nieokreślony czas. Blogerska renta pomostowa.

Gdy ja się męczę, Wy jeszcze bardziej...

piątek, 13 czerwca 2014

Po 13

dniach regularnego pisania wiem już jedno - męczy mnie to. Czuję się jakbym przebiegł połowę maratonu,a przed sobą miał drugie pół. Pod górkę.

Niewiele się dzieje. Ileż można pisać o pracy? O ciężkich porankach i zbyt krótkich wieczorach? O zmęczeniu, bezsenności, chronicznym wyczerpaniu, które pojawia się pod koniec roku szkolnego?

Zanudzać Was? Już pewnie wpadliście na to, że eksperyment zaczyna skręcać w niewłaściwą stronę. Miało być życiowo, a jest nadzwyczaj jednostajnie, monotonnie i momentami na siłę...

(Co ja, do diaska, jestem? Jakiś lajfstajlowy bloger? Moje życie "stajlu" za dużo nie ma.)

Wieczorem siedzę przy stole w kuchni, coś tam piszę. Żona prasuje.

- Będziesz jakieś mecze oglądał? Mistrzostwa się zaczęły...

- Nie - odpowiadam - to już nie jest ta dyscyplina, którą pamiętam. Wczoraj sędzia podarował cholernym Brazylijczykom rzut karny, więc tym bardzie stało się to wszystko obce. A poza tym wszędzie trąbią, że mam się cieszyć z piłki nożnej, więc ja na przekór - ignoruję. To jak z Sylwestrem. Masz obowiązek dobrze się bawić. Ja się nie bawię na siłę.

Słuchamy radia. Trójka. Jakaś zupełnie nieznana, aczkolwiek dość przyjemna, muzyka.

- Musimy ustawić Trójkę na dłużej, bo ja już nie mogę słuchać tych starych pierników z Jedynki lub poznańskiego Radia Merkury.

- Widzisz - odpowiadam - Ja już jestem w wieku, w którym najprzyjemniej słucha się tego, co się zna. Już się nie pragnie nowości.

- No ale przecież jakiś czas temu zasłuchiwałeś się tym i tym zespołem...

- Tak. I teraz się z tego śmieję.

- Ale nie możesz być taki złośliwy.

- Jeżeli jestem złośliwy, to tylko mówiąc o samym sobie. Jak przypomnę sobie wczorajsze ekscytacje i porównam z dzisiejszą obojętnością, to można tylko i wyłącznie tak.

czwartek, 12 czerwca 2014

Motylki z brzucha wypuścić czas

Nie mam dziś czasu na pełną notkę. Koniec roku szkolnego, wystawianie ocen i ten cały młyn. Ale wyzwanie wyzwaniem.

Taka piękna metafora stabilizacji w związku.


środa, 11 czerwca 2014

Pożyczyć komuś książkę?

A się udało dziś. Koleżanka z pracy, której daaaawno temu pożyczyłem książkę, oddała mi ją. Żeby tylko ją... Książka wróciła do mnie w komplecie z sporym batonikiem. Wiecie, taki gratis za dzielenie się dobrą literaturą.

Ok, miło, myślę sobie.

Dwie przerwy potem na korytarzu wpadam na maturzystkę, która polowała na mnie z książką, którą jej pożyczyłem, gdy przygotowywała prezentację maturalną. Książka wróciła w pakiecie z czekoladą. Niemiecką. Dobrą.

- Nie musiałaś - zaczynam wydziwiać - naprawdę. A poza tym chyba Żona mnie zabije.

- A czemu? - pyta dziewczyna - Jest pan na diecie? 

- Nie ja. Ona.

Tak... A wyobrażacie sobie na przykład, że bibliotekarki mogłyby być traktowane identycznie, gdy czytelnicy zwracają książki do biblioteki?

Z innej beczki - idziemy z Tymkiem do lekarza. Od czasu ostatniej anginy niby się trzyma, ale... Coś od tygodnia kaszle. O dziwo, tylko wieczorem i rano. Jednak kaszel się utrzymuje, brzmi okropnie, niepokojąco.

Innych objawów brak.

No więc prowadzimy nieszczęśnika do kontroli. Diagnoza - angina (lub coś w ten deseń). Penicylina. "stara, dobra", jak określiła lek nasza pani doktor kochana, powinna dać radę.

Cóż, tak to bywa jak się wcina lody w upalne dni i dziedziczy po ojcu przewrażliwione migdałki.


wtorek, 10 czerwca 2014

Dodatkowe dziurki w pasku mnie czekają

Od września dostaję klasę na wychowanie. Ech... Masa obowiązków, nie czarujmy się. Po rocznej przerwie, po roku, gdy tylko uczyłem, teraz mam tez wychowywać, ale przede wszystkim dbać o "administracyjną" stronę klasy, o pilnowanie obecności, o dyscyplinowanie, organizowanie biwaków, wigilii, wycieczek. Ech...

Koleżanka mi mówi:

- Ale powiedz, pasował ci ten rok bez wychowawstwa, co?

- Pewnie. Ten rok mi bardzo dobrze zrobił. Przytyłem 5 kilo.

Inna na to:

- O nie! Ja w tym roku nie mam klasy, a nie mogę sobie pozwolić na dodatkowe kilogramy.

Poza tym miły dzień - jak nie leje jak z cebra, to upał i "kujące" oczy słońce. Mnie od tej karuzeli głowa zaczęła boleć. Dwie szybkie tabletki pomogły, ale po powrocie do domu sen mnie tak zmorzył, że zasnąłem na całą godzinę. To prawdziwy luksus, taka drzemka, gdy dzieciaki w przedszkolu i dom oddycha ze spokojem.

W przedszkolu Tymek i Kalina mieli mieć dziś Letnią Olimpiadę, ale z powodu wahań pogodowych nic z niej nie wyszło i trzeba było wszystko odwoływać. Może za dzień, dwa kwestia się unormuje i wtedy mali sportowcy wystartują.

Teraz drzwi na ogród otwarte. Ciepłe, ale rześkie powietrze, wsuwa się do domu jak zakładka pomiędzy strony książki. Siedzę w krótkich spodenkach. Marzę o piwku, ale nie mam siły się ruszyć. Może jutro?

Oby...

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Sobowtórzyć

Rano spojrzenie na termometr wystarczy, by przewidzieć całą ponurą resztę. Rano, raniutko mieliśmy stopni 20! Reszta dnia spędzona w grubych murach szkoły nie pozwoliła za bardzo odczuć upału, od którego miękł asfalt. No, może troszkę hiperbolizuję, ale było okrutnie gorąco.

O dziwo, w taki upał dobrze wchodzi mi kawa. Nie wiem, ale nie przeszkadza mi jej temperatura, smolistość, gorycz. Rano sobie zrobiłem. W pokoju nauczycielskim. Nie zdążyłem wypić przed lekcją, więc bezceremonialnie idę z filiżanką do klasy. Stawiam w otwartym oknie. Niech stygnie, myślę sobie.

Po pięciu minutach niezidentyfikowany przeciąg domknął okno, przechylił filiżankę i już miałem jej połowę mniej. Grrrr... - zawarczałem, bo nie tak miała wyglądać poranna kawa, więc stawiam w oknie doniczkę z rośliną jakąś. Generalnie roślin doniczkowych nie żal mi w żadnej sytuacji, mogą więc służyć jako odbojniki trzaskających okien.

Zemściło się. Kolejny powiem nie wiadomo skąd przesunął zbyt lekką doniczką i ta spadła na podłogę. 

Gdybym miał jeszcze jedną lekcję w tej sali, z pewnością za sprawą mojej nieporadności zleciałaby tablica, runęłyby rolety i pękłby blat biurka, na którym mam zwyczaj siadać. Taki początek dnia.

Na innej lekcji jedna dziewczyna mnie pyta:

- Była pan wczoraj na dniach naszego miasta?

- No coś ty?! - oburzyłem się - wczoraj było tak gorąco, że ledwie się czołgałem między lodówką a dywanem, na którym leżałem.

- Głowę bym dała, że to był pan. W białej koszuli. Już miałam "dzień dobry" powiedzieć, ale jakoś tak...

- Wiesz, "dzień dobry" to powiedzieć można zawsze. Nic się nie stanie przecież.

No i przypomniałem sobie, jak na własne oczy widziałem swojego sobowtóra. Przerażające. Zwłaszcza, że był to sobowtór "cofnięty w czasie." Patrzyłem wytrzeszczonymi gałami na dzieciaka, który wyglądał identycznie jak ja, gdy miałem 10-12 lat. Powalające podobieństwo. Długo nie mogłem się otrząsnąć. I zacząłem się zastanawiać, na ile jest do mnie podobny wewnętrznie. Na ile podobne losy go czekają? Ile tożsamych z moimi błędów popełni?

Popołudniem coś się na niebie zaczynało dziać. Błękit, taki przetarty dżins, zaczął zabarwiać się na szaro, potem na granatowo. Powiał wiatr. Ptaki obniżyły swoje pętle. Burza będzie, pomyślałem z nadzieją. I tak było. Ulga, jaką przynosi deszcz, wiatr, grzmoty, pomruki... 

Powietrze wpuszczam do domu, chociaż teściowa woła: "Pozamykajcie okna, pozamykajcie!" Ja, na przekór, otwieram jedno i wdycham, oddycham... (Mój Ojciec przyłączyłby się do tych burzowych napomnień. ZAWSZE, gdy burza szamotała się na niebie, wołał: "Nie stójcie w oknach! Nie stójcie w oknach!")

Już przyjemnie.

niedziela, 8 czerwca 2014

Politycznie

Gorąco.

Czy coś więcej można dodać, gdy się jest w wiecznej opozycji do słońca, bezchmurnego nieba i żaru?

Tak.

Pracuję cały dzień nad gabinetem cieni.

sobota, 7 czerwca 2014

Sobota, bezimienna

Rano Córa była niemiłosiernie "tatowa." Wciąż tylko powtarzała "tatonerku, tatonerku" (taki jej neologizm), chodziła za mną i domagała się noszenia na rękach. Ok, w to mi graj, bo ja tam czuły tatuś jestem, ale musiałem od rana załatwić zmianę opon z zimowych na letnie, miałem zakupy porobić przed czekającą jutro Polskę tragedią narodową (z racji święta zamknięte będą sklepy wielkopowierzchniowe), więc nie mogłem sobie pozwolić na przeciągające się czułości...

Na szczęście wczoraj Żona wybrała się do Dużego Miasta w poszukiwaniu sandałów. Nie kupiła. Wróciła za to z śliczną sukienką dla Kaliny. No więc przynoszę Córce sukieneczkę. W kwiatki, falbaniastą. 

Oczy jej się zrobiły okrągłe z zachwytu. A jej pierwsze słowa (Kaliny, nie sukienki) brzmiały:

- Ale się koleżanki w przedszkolu zdziwią...

Autentyk. 

W tle mamy Opole i festiwal piosenki polskiej. Oj, dobrze mi się kojarzy to wydarzenie "artystyczne." Nie, nie chodzi o poziom imprezy, bo ten jest od lat przewidywalny - niski, ewentualnie średni... Opole to czerwiec, czerwiec to wakacje, wakacje to...i tutaj wstawmy sobie wszystkie określenia oznaczające euforię.

Cóż, no istnieje jeszcze jedno niezbyt miłe wspomnienie z Opolem związane. Na trzecim roku studiów za bardzo pofolgowałem sobie na studiach i miałem poważne obawy, czy zdam egzamin z literatury pozytywizmu i Młodej Polski w wiosenno-letnim terminie. Do tego stopnia byłem pewny porażki, że zdecydowałem się... oblać egzamin. Nie mogłem egzaminu po prostu przełożyć. Egzaminator był bezlitosny dla tych, którzy sobie cokolwiek przekładali na wrzesień. Wolałem nie zdać. Uczciwie nie zdać.

Moim jedynym zadaniem było przekonanie egzaminatora, że nie umiem TYLKO I WYŁĄCZNIE tego, o co mnie zapyta. Całą resztę umiem doskonale, ale akurat te trzy, przypadkowe pytania, mnie pogrążają... No cóż, pech, więc widzimy się we wrześniu, tak, panie profesorze?

Ech, udało się nie zdać. Oj, udało się. 

A kiedy przygotowany stawiłem się we wrześniu, dostałem taki zestaw pytań, że myślałem, że się popłaczę. Egzamin był koszmarny. Do samego końca nie wiedziałem, czy moje odpowiedzi były wystarczające, by dostać chociaż ocenę dostateczną... Jak bum cyk! Nie wiedziałem. 

W indeksie pojawiło się wymarzone 3. Profesor wpisując ocenę, spojrzał na mnie przecierając okulary i z szelmowskim uśmiechem zapytał: 

- Było groźnie, co?

No było.

Pogoda dziś piękna. Ciepło, upał łagodzą lekkie powiewy wiatru. Grillujemy. Ja, ogniomistrz, bawię się w walkę o ogień i przy pomocy naprawdę skromnych środków rozpalam resztkę węgla drzewnego. 

Zadymiłem się fest. Ponoć proces wędzenia sprzyja konserwacji mięsa. Nie dziwmy się więc, że ludzi dają mi mniej lat niż mam w rzeczywistości...



piątek, 6 czerwca 2014

Serio? Ale na serio?

Uwielbiam ten moment, gdy mogę z rozgarniętymi uczniami porozmawiać o moich ukochanych awangardowych rewolucjonistach z początków XX wieku. Nie wspominam nawet o tym, że gdybym miał możliwość, to mógłbym natychmiast spakować manatki i przenieść się w czasie do takiego Paryża, gdy tacy kubiści na spółkę z dadaistami i surrealistami wyzwalali sztukę z kajdan mieszczańskich gustów i przyzwyczajeń. 

Nie, nawet bez wchodzenia w moje prywatne fascynacje i obsesje można znaleźć i zauroczyć innych tym szaleństwem, odwagą i nieprzewidywalnością awangardy.

Wpadłem na niecny plan - zaprezentuję w klasie jakieś surrealistyczne dzieło. Filmowe, bo film wyjątkowo dobrze służy nadrealizmowi. Z początku chciałem pokazać "Psa andaluzyjskiego" Bunuela. Klasyk niemożliwy. Jeden z największych skandali w historii kina. Po jego pokazie zdemolowano salę kinową. Film-choroba, film-policzek wymierzony w przyzwyczajenia i banalne gusty. 

Jednak "Pies..." trwa tylko 15 minut i szybko może rozpłynąć się w przygnębiająco realnej klasopracowni. Dlatego wymyśliłem sobie ostatnie istotne dzieło hiszpańskiego reżysera - "Widmo wolności." Genialny wielki ponury i wstrząsająco śmieszny obraz.

No bo cóż napisać o filmie, który zaczyna się sceną rozstrzelania jeńców wojennych przez żołnierzy napoleońskich. Jeden z nieszczęśników na chwilę przed śmiercią krzyczy: "Precz z wolnością!" Wszystko postawiono na głowie, świat zamienia się w jeden wirujący strumień sprzecznych sygnałów, niby pękamy ze śmiechu, ale zastanawia nas, dlaczego to w ogóle ma prawo śmieszyć?  

Miałem sporą satysfakcję, gdy regularnie klasę wypełniały niemal okrzyki "Serio? Serio?", które odczytywałem jako wyraz bezmiernego zdumienia na widok tego, co im pokazałem. Tak, Bunuel się nie zestarzał. Wciąż drażni. Jest cyniczny i zrywa maski. Burzy nasz przyzwyczajenia.

Wolność jest widmem. Fantomem. Złudą... 

Po tym filmie w sumie niczego już nie jestem pewien. I w pewien sposób jest to bardzo przyjemny stan.

czwartek, 5 czerwca 2014

Zsuwanie

No nie może być inaczej niż tak jak właśnie jest. Rok w rok przychodzi czerwiec, przychodzą gigantyczne różnice temperatur - w ciągu paru dni mamy na zmianę upał, deszcz, chłód, wiatr, upał, chłód - a ja łapię w najgorszym razie anginę, w najlepszym solidną infekcję gardła.

No i mam tak właśnie teraz. Gardło boli, ogólne rozbicie, ale w szkole trzymać fason trzeba i jakoś się udaje. 

Wczoraj, tkwiąc w szkole od rana do nocy zmuszony byłem do zafundowania sobie obiadu. Średnio lubię jadać "na mieście", ale co tam - idę na pizzę. Przeglądam menu, wodzę wzrokiem po tych wszystkich wymyślnych nazwach pizz, które okazują się przesłaniać raczej banalne składniki. W końcu wybieram jedną.

- Pizzę nr 16 poproszę - mówię.

- 10 złotych - mówi chłodna kelnerka.

- Za 10 złotych jest najmniejsza, a ja poproszę średnią za 16.

- Dziś mamy promocję na tę właśnie pizzę.

- O! - ucieszyłem się. Drobny fuks. Fortunki uśmiech.

Miło. Banał? Banał. Takie życie...

W domu narobiłem popcornu dzieciakom. Tymek wziął potężną michę na trawę, rozłożył ogrodowy parasol i sobie wcinaliśmy w najlepsze. Miłe, spokojne popołudnie. 

Nikogo nie podsłuchałem. Niczego niezwykłego nie widziałem. Nie wziąłem udziału w żadnej internetowej dyspucie. 

Powoli zsuwam się z czwartku na piątek...

środa, 4 czerwca 2014

Kwestie fundamentalne

Dziś w pracy siedzę od rana do nocy. Bite osiem godzin, bo lekcje, okienka, a potem konsultacje comiesięczne dla rodziców. Całe szczęście, że przynajmniej ktoś mnie nawiedził, bo siedzieć w pustej klasie, obserwować przesuwające się po niebie chmury, odliczać 60 minut niczego, to naprawdę kiepski pomysł na popołudnie.

A tak to sobie przynajmniej pogadałem serdecznie z dwiema mamami i czas jakoś zleciał. 

Porozmawiałem sobie też z koleżanką-nauczycielką. Rozmowa zeszła na temat oceniania. Kwestii, której w całym procesie nauczania platonicznie acz szczerze nienawidzę. Od dłuższego czasu nachodzą mnie myśli, jak to możliwe, że uczniowie z taką pasją, intensywności, z taka energią i ofiarnością są w stanie przekonywać mnie, że należny im się 4- a nie 3+

Natychmiast staje mi przed oczami obraz mojego starszego kolegi po fachu (dawno chłopa nie widziałem...), który podobne kwestie kwitował w bardzo ekspresywny sposób:

"Przychodzi do mnie uczeń. Marudzi. Dlaczego taka ocena? Dlaczego nie może mieć wyższej? Co zrobił źle? A może da się coś zrobić? Proszę pana, przecież... A ja wtedy tracę panowanie nad sobą. Już przestaje mi zależeć. Chcesz piątkę? Masz! I mu wpisuję. Ten na mnie patrzy, bo chciał tylko czwórkę, a ja mu piętkę wpisuję na pracy klasowej. Mówię mu tak - Masz, powinieneś się cieszyć. Masz cyfrę pięć na kawałku papieru. Czyż to nie twój szczęśliwy dzień?"

Gdyby ode mnie zależał ten element istnienia szkoły, zastąpiłbym oceny prostym komunikatem - zaliczone/niezaliczone. Wiem, utopijne i nie wiem, czy możliwe w praktyce, ale tak mi się roi. Słusznie? Nie wiem sam...

Z ciut innej beczki - omawiam ostatnio dość mocny wiersz Tuwima pt. "Wiosna. Dytyramb" Wiersz, w którym pełno nastoletnich prostytutek, śliniących się na ich widok starców, niemowląt potopionych w kloacznych dołach; choroby weneryczne, ruja i porubstwo... Mocna rzecz, nawet jak na dzisiejsze standardy.

Autorzy podręcznika proponują przed lekturą tekstu zapytać uczniów, jak stereotypowo wygląda wiosna opisywana w poezji. Jakie obrazy i emocje dominują. Jakie problemy poruszają "wiosenne" wiersze.

Coś mnie natchnęło, zapewne duch Tuwima, więc drążę ten dość banalny temat:

- No dalej - inicjuję pogawędkę - Jak się o wiośnie pisało? Jakie macie skojarzenia? Co się może narzucać? Tylko proszę bez wierszy w stylu:

Wiosna, lato, jesień, zima
ja przed komputerem,
mnie na dworze ni ma.

Tak sobie wyimprowizowałem i myślę narcystycznie, że to wciąż lepsze niż jedno z fundamentalnych pytań/poleceń, jakimi autorzy używanego przez nas podręcznika dręczą uczniów. Takie pierwsze z brzegu - polecenie z rozdziału dotyczącego "Chłopów" Reymonta. 

Znajdź fragmenty, które opisują potrawy, jakie spożywa się w domu Macieja Boryny i porównaj je ze swoim jadłospisem. 

A zatem owocnych poszukiwań i pogłębionych refleksji. 

Czołem!

wtorek, 3 czerwca 2014

Ości męskości i takie tam

Poranek raczej spokojny. Dzieciaki wiozę do przedszkola. Spieszę się, spieszę, bo jeszcze mam roboty trochę przed szkołą. Jadę więc w sandałach. A co tak! Skarpety i sandały. Intelektualistą jestem. Wolno mi.

Szkoła przeszła, nie wiem kiedy. Jednak po szkole miałem dość brutalne zetknięcie z rzeczywistością. Zmiana oleju w samochodzie. Wymiana filtrów i Bóg wie, czego tam jeszcze... No i nawet nie pytajcie, ile kasy na to poszło... 

Krążyłem sobie wokół tego warsztatu samochodowego. Dość profesjonalne miejsce i kompetentni mechanicy. Kilku młodych praktykantów, usmarowani olejami, smarami, tym całym warsztatowym brudem. Chudzi, w za dużych kombinezonach, pod czujnym spojrzeniem starych fachowców. Posłusznie drepczą wokół rozbebeszonych aut. Podają narzędzia. Znoszą te wszystkie "Kur..., pospiesz się z tym kluczem!" albo "Jak to, kur..., nie możesz znaleźć filtru powietrza?!" 

Męskość.

Przypomniało mi się, jak pierwszy i ostatni raz pojechałem z kumplem na poznańską giełdę samochodową. Szukaliśmy samochodu. Nawet może kupić by się dało. W każdym razie trzeba było przejść wzdłuż i wszerz cały nabity wozami i ich właścicielami teren. Setki wozów, setki mężczyzn. Niemal żadnej kobiety...

- Widzisz, taka giełda samochodowa... - zaczyna kumpel - połowa to złodzieje, połowa to oszuści, połowa to zwykli handlujący. Przepraszam, nie ma trzeciej połowy.

Faktycznie. Coś wisiało w powietrzu. I pewnie tylko ja to czułem. Przyzwyczajony do bardziej "wymieszanego" towarzystwa, fatalnie było mi wśród tych kipiących "męskością" facetów. Co drugi wyglądał mi na gangstera, sutenera lub kanciarza. Ja, delikatny owoc koedukacyjnego społeczeństwa, chciałem jak najszybciej stamtąd uciec. Źle mi było. I źle mi było, że było mi z tym źle...

Reszta dnia? Powiem tak - rozumiem, dlaczego tak ciężko być "szczerym" i pisać "dzień w dzień." 

Jeden prosty powód. Człowiek w ciągu nawet jednego dnia potrafi zaliczyć taką szeroką gamę nastrojów, emocji, uczuć, myśli, że rzadko kiedy można znaleźć w sobie jakikolwiek stabilny kształt samego siebie. Od euforii po depresję, od "Kocham Cię, świecie!" po "Pierd...cie się beze mnie!", od "Mam dosyć tego wszystkiego, jadę do mamy!" po "Trzeba trzymać fason."

Walt Whitman, wielki poeta amerykański, napisał (cytuję niewiernie): "Przeczę samemu sobie? Cóż z tego? Jestem wielki i mam prawo pielęgnować w sobie sprzeczności."

No właśnie. Przyjrzałem się sobie i ja też jestem wielki - w nikim wątłym aż tyle sprzeczności, wykluczających się postaw i cech nie mogłoby się pomieścić...

Pozdrawiam i wracam pielęgnować cnotę skromności.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Czerwcowe wyzwanie

Pamiętam stare dobre czasy raczkującej w Polsce blogosfery. Nie było blogów "modowych", rzadko trafiało się na blogi recenzenckie, lwią część stanowiły zwykłe, banalne internetowe wcielenia tradycyjnych dzienników. Dość introwertyczne, nastawione na komunikowanie o "przygodach codzienności", słabo ukierunkowane na czytelnika. Forma bloga w Polsce raczkowała. A ile się trzeba było namęczyć, by zwykłą fotkę wstawić? O tym nawet nie wspomnę...

Tak, też miałem wtedy bloga i gdy dziś o nim myślę, to płoną mi uszy ze wstydu... Ech...

Aż ostatnio przyszło mi do głowy, by spróbować pisać jak onegdaj. Jeden dzień-jedna notka. Niezależnie od "atrakcyjności" dnia, od jego zawartości, od nudy lub też fajerwerków, jakich czasami jesteśmy świadkami. Tak, pomyślałem sobie, dlaczego by nie spróbować? Do końca czerwca dzień w dzień sygnał, zakładka, scenka. obraz, myśl... 

Zaczynamy więc.

2 czerwca. Rano mrocznie. Wiszą stalowoszare chmury, siąpi delikatny deszcz lub jego zapowiedź drażni powietrze. Synek na nogach od 5:30, więc znów pojawiają się myśli w stylu: "A może przeorganizować swój dzień i wstawać o 5 rano? Mieć chociaż pół godziny spokoju? Może się uda?"

Jasne, że się nie uda. Nad ranem człowiek majaczy.

W autobusie podsłuchana rozmowa dwójki młodych ludzi. Najwidoczniej interesowali się astronomią i astronautyką, bo jeden z nich zmęczonym głosem powiedział drugiemu:

- Więcej na słońcu nie piję...

W szkole lekcja za lekcją niepojęcie mija. Tu Czesław Miłosz, tak Emanuel Kant i jego apologia rozumu. 

( Taką umoralniającą anegdotkę zaserwowałem jednej z klas:

Trzy lata się uczyłem niemieckiego w liceum. Całe trzy lata, a nie potrafiłem nawet utworzyć prostej liczby mnogiej rzeczownika. A słownictwo miałem zbudowane na podstawie "Czterech pancernych i psa" oraz "Stawki większej niż życie." W ogóle niemiecki... Groza. Byłem kompletnym antytalentem. A wyobrażacie sobie matematykę po niemiecku? Tak musi być w piekle. Przynajmniej w tym sektorze przygotowanym dla mnie.

Natomiast germanista był autentycznie spoko. Naprawdę. I nieświadomie dał mi jedną z najważniejszych lekcji w życiu. A nawet nie pamiętam, jak miał na imię. 

Działo się to w okolicach 11 listopada. Święto nasze narodowe. Polonista, fanatyk awangardowego teatru, też ważny dla mnie człowiek, zmajstrował ze szkolną grupą teatralną przedstawienie. Taka mieszanina różnych opowieści - od "Dziadów" Mickiewicza począwszy... Dziwne to było, momentami niezrozumiałe. Ktoś coś krzyczał po rosyjsku, ktoś recytował jakieś romantyczne poematy. Awangarda patriotyczna. Trudna i nie do ugryzienia. Przynajmniej nie w sali gimnastycznej wypełnionej uczniami i nauczycielami.

Przedstawienie się kończy. Burza oklasków. Nauczyciele wstają z krzeseł. Biją brawo na stojąco. Wszyscy, germanista nie. I tak do końca owacji.

Na lekcji go pytamy, dlaczego nie wstał. A on odpowiada:

- A jak wszyscy gwałcą, to ja też mam gwałcić?

Pozamiatane. )

W pokoju nauczycielskim rozmowa z koleżanką o zmęczeniu. Co jest najgorsze? Nie zmęczenie pracą, bo mógłbym pomyśleć, że po robocie dostanę skrzydeł. Nie. Ja po pracy będę tak samo zmęczony jak przed i w jej czasie. Mało snu i podłe ciśnienie.

Znajoma nosi się z zamiarem nauki jazdy na rolkach.

- Miałeś kiedyś rolki na nogach?

- Miałem - odpowiadam - Nawet mały sukces zaliczyłem. Nie przewróciłem się. No ale z miejsca się też nie ruszyłem...

Powrót do domu. Autobus pozwala poważnie nadrobić braki w lekturze. Błogosławieństwo publicznego transportu. Gdyby nie PKS, byłbym półanalfabetą.

W domu dzieciaki spokojne. Obiad w przedszkolu zjedzony, więc z czystym sumieniem dostają podwieczorek. Potem zabawy w piratów, w rekiny, które piratów chcą zjeść i w mątwy, które chcą zjeść i rekiny i piratów.

Wcześnie ciemno. Buro. Śpią? Śpią.

Piszę więc.

niedziela, 1 czerwca 2014

Ostateczny upadek etosu blogerskiego,

czyli tonący obserwator rzeczywistości podsłuchów się chwyta.

Taka scenka z Parku Sołackiego (Poznań, jakbyście nie wiedzieli, a macie prawo przecież...):

Kobieta rozmawia przez telefon. Głośno. Obok mnie.

- Tak! Pełno ludzi było po te lody. Pół godziny czekaliśmy. Pół godziny!

-...

- Tak, w końcu kupiliśmy.

- ...

- Nie, dla ciebie nie kupowaliśmy, przecież by się roztopiły zanim byś przyjechała. Ale mamy dla ciebie plakietkę.

-...

-Taką z napisem "I LOVE LODY"

-...

- Nie takie lody, świnio!

A ja powiem tylko tyle: