niedziela, 11 maja 2014

Dyktowałem modę, ale wszyscy pisali z błędami

Mam dziurawe dżinsy.


Wstrząsająco to brzmi, prawda? Dziura na lewym kolanie. Klasyczna sytuacja – najpierw drobne przetarcie, potem coraz większe, szersze, pruje się na lewo i prawo. Klasycznie dziurawe dżinsy.

Chodzę w nich w domu. Do tzw. miasta rzadko się zapuszczam, bo jakoś tak głupio (?), niezręcznie (??), nieelegancko (???). Nie wypada w moim już raczej dojrzałym wieku nosić się jak nastolatek?

Kolejna refleksja – nastolatek? Odkąd uczę w szkole na palcach dwóch rąk może mógłbym policzyć osobników i osobnice noszących pocięte dżinsy. Jasne, w sklepach odzieżowych (są jeszcze takie?) znajdziemy masę sponiewieranych dżinsów – odbarwionych, przyozdobionych aplikacjami, cekinami, zaprasowanych, nawet poprzecieranych artystycznie. Jednak gdzieś w tym urodzaju możliwości rzadko widywało się dżinsy podarte w „starym dobrym stylu.” Widocznie moda minęła. Takie życie…

Za moich szkolnych czasów podarte portki były wyzwaniem rzuconym otoczeniu. „W tych podartych spodniach do szkoły chcesz iść?!” – pytała Mama, a ja na to, że te podarte portki to symbol mojego indywidualizmu i już mnie nie było. Ok., nie mówiłem tak, ale miło myśleć o sobie w taki sposób…

Moi bardziej rockowi koledzy też dżinsami coś tam chcieli manifestować. Jeden, Krzychu niejaki, gitarzysta obsługujący kilka lokalnych zespołów, robił sobie żyletką nacięcie na nogawkach za każdym razem, gdy zagrał koncert. Inny, Paweł, wypisywał sobie na spodniach nazwy słuchanych aktualnie kapel. Pantera, Faith No More… Oczywiście latem ścinaliśmy podniszczone dżinsy na wysokości kolan, a szczytem elegancji były prujące się, postrzępione „nogawki.”

Teraz to zniknęło.

O ile przesadnie nie zwracam uwagi na to, co i jak noszą ludzie, to kilka mód musiałem zauważyć. Początek lat 2000. Widzę w moim rodzinnym mieście dwie-trzy kobiety noszące tzw. rybaczki. Takie foto:




W ciągu najbliższych dwóch miesięcy zaroiło się od kobiet chodzących w tego typu ubraniu. Wszędzie, gdziekolwiek się człowiek nie wybrał, wpadał na kobietę, dziewczynę tak właśnie wystrojoną. Po paru miesiącach nie było już żadnej. Przyszła jesień, zima, następna wiosna nie chciała już w rybaczkach chodzić.

To jest jednak nic. Pod koniec lat 90 wszyscy eleganccy panowie w Polsce nosili kapelusze zwane żółwikami. Mój Ojciec też paradował w czymś takim na głowie. Ilustracja tutaj:



Jasne, można dziś powiedzieć, że kapelinder taki to szczyt obciachu, wiochy, zaścianka, ale w tym naprawdę chodziło pół Polski. Taki eksperyment zrobiliśmy z kolegą. Studiowaliśmy wtedy w Poznaniu. Wsiadamy do tramwaju i obiecujemy sobie liczyć wszystkich panów w żółwikach, jakich zauważymy w czasie dwunastominutowej trasy (od zajezdni na Dębcu do dworca PKS-u). Ilu naliczyliśmy patrząc tylko przez okno? 54! Autentyk!

Tak się mądruję tutaj, bo sam miałem przez pewien czas z modą cokolwiek wspólnego. Moja Mama jest zawodową krawcową, mistrzynią (ma na te okoliczność dyplom stosowny). Przez długi czas szyła w domu kurtki i bluzy, które potem mój Ojciec sprzedawał jeżdżąc po różnych targowiskach i bazarach (ech, słodkie lata 90…)

Pamiętam, że do kin wszedł właśnie pierwszy Batman. Dawno, dawno temu… Pamiętam mój błyskotliwy pomysł, by na szytych przez moją Mamę bluzach pojawił się graficzny motyw związany z Człowiekiem Nietoperzem. Jego logo. Nikt wtedy nawet nie wyobrażał sobie, że istnieje coś takiego, jak ochrona znaków towarowych.



Namówiłem więc Mamę, by zamiast kwiatków, samochodów lub innych bezpiecznych motywów pojawił się na bluzie symbol Batmana. W zakładzie sitograficznym majster stworzył odpowiedni szablon. Po dwóch tygodniach pierwsza partia bluz trafiła na rynek. Dosłownie. A ja podśpiewywałem wesoło: „Będziemy milionerami! Będziemy milionerami!”

Cóż, nie do końca wyszło. Ludzie woleli chyba kupować ubrania z samochodami, kwiatkami lub Smerfami. Ech, tak się skończyła moja wielka kariera stylisty…

Chociaż wciąż nie mówię ostatniego słowa. Jeżeli gdzieś w Waszych miastach zobaczycie mężczyzn w podartych dżinsach, to pamiętajcie. Ja byłem pierwszy. 

13 komentarzy:

  1. Widocznie powinnam żyć w Twoich czasach...I spodnie dziurawię własnoręcznie, i zespoły wypisuję, a nawet próbuję wyszywać ich nazwy haftem krzyżykowym (paskudna sprawa, może zabić.) Tymczasem rzeczywiście, wszyscy ludzie w moim wieku zamiast się porządnie buntować noszą gładkie dżinsy z bazarku (lub drogiego, firmowego sklepu, wsio ryba, wygląda tak samo). Nawet moi rodzice narzekają, że jakieś nieudane to pokolenie, za ICH czasów to się potrafili buntować! Nie to co TERAZ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak sobie przypomnę siebie z przed piętnastu lat... Menele spod sklepu, to przy tym szczyt elegancji. Podarte spodnie, złachane, zamszowe buty, swetry za duże o trzy rozmiary i jeszcze dodatkowo porozciągane, bo w kółko noszone i w kółko prane. Kurtka po tacie - miała przykrótkie rękawy, za to nikt nie miał takiej samej. No ale jak się było grandżowcem, to jakżeby inaczej być mogło? Na ślub kuzynki wbiłem się co prawda w gajer, ale założyłem do niego czteroletnie glany - mój symbol indywidualności i wiary w wolność jednostki ;-)
    Miałem takie spodnie sztruksowe, zielone. Były na mnie trochę za krótkie, więc odprułem podszycie u dołu nogawek. Zrobiły się dłuższe, za po postrzępione. Po kolejnym praniu mama mi je podłożyła. Znowu je rozprułem. Sytuacja powtórzyła się jeszcze ze dwa razy. Taki bunt i modowe szaleństwo :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezawiązane buty (chodziło się jak wiekowy starzec, ciągając nogami po ziemi, ale moda to moda) Potem rezystor (dla opornych na wiedzę : opornik) wpięty w każdy ciuch. A potem zaczęły się kompletne modowe aberracje, trwające do dziś.

    OdpowiedzUsuń
  4. Są rzeczy gorsze od rybaczek - legginsy...Nie wiem dlaczego nieodłącznie kojarzą mi się one z kalesonami :)
    Pamiętam z dzieciństwa, jak furorę robiło noszenie czapki z daszkiem tył na przód, albo z daszkiem z boku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Dżokejki tak zwane obowiązkowo musieli deskorolkarze nosić. Nie ma zmiłuj. Tył do przodu!

      pzdr

      Usuń
    2. A ja miewam takie chwile kiedy myślę, że wynalazca legginsów był wielkim człowiekiem i należy mu się pomnik. Inna rzecz, że nie każdej pasują, choć jeśli ktoś lubi horrory i czarny humor... ogólnie legginsy są bardzo OK :-)

      Usuń
  5. Nie, no pierwszy to nie byłeś. Jestem sporo starszy a w moich czasach młodzieżowych już to zjawisko występowało, tak mi się wydaje.
    A wyjdź sobie tak na miasto i nie tylko, do szkoły tak idź! Moda retro jest cool :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, racja, źle się wyraziłem, bo chodziło mi o to, że jeżeli przyjdzie NOWA FALA podartych portek, to będę sobie samolubnie przypisywał za to odpowiedzialność. Podobnie jak za renesans pasów słuckich i podwiązek do skarpet.

      pzdr

      Usuń
  6. Bosy, no bardzo proszę szacunek dla historii zachować!
    Jeśli Ty pod koniec lat 90. byłeś studentem, to musisz teraz dygnąć nóżką i grzecznie przeprosić za nieudaną próbę kradzieży historycznych dóbr intelektualnych w postaci autorstwa dżinsowych dziur. Przeproś zwłaszcza za nieudaną ;-)
    A czy pamiętasz męskie prawie-skórzane torebeczki, noszone pod pachą? Mieściły portfel plus materiałową chustkę do nosa i kluczyk od poloneza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak pamiętam pedałówki (to o tych torebkach), albo skajowe torby na ramię, takie owalne, to był szał.

      Usuń
    2. Pederastki się też mówiło. Urocza, mało poprawna politycznie nazwa...

      ;-)

      Usuń
  7. moja przyjaciółka, Oleńka, miała tak pocięte dżinsy, że właściwie można rzec, iże materiał był tylko medium podtrzymującym dziury : )
    podszywało się jeszcze (i nadal poszywam) dziury kolorowym materiałem w odleciany deseń : )

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja mialam pierwsze przetarte na kolanie jeansy w podstawowce w 8 klasie - pierwsza w szkole! To byl rok 1985. A spodnie obciete do kolan i postrzepione byly obowiazkowym strojem na lato od zawsze. Z czasem tylko robily sie coraz krotsze ; ))
    Piekne to byly czasy...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.