wtorek, 27 maja 2014

Dystychy i tercyny

Taka ironia na dzień dobry wieczór. Znalazłem w końcu w szafie krótkie spodnie. Granatowe. Do kolan. Czuję się w nich fantastycznie. I młodszym się sobie wydaję i wspomnienia z liceum powracają...

Ledwie jeden dzień w nich pochodziłem, zwaliła się nad nasz region burza, niskie ciśnienie i wszystkie te atrakcje pogodowe, jakie łączymy z radykalnym ochłodzeniem.

Nie narzekam jednak, przecież marudziłem niemożebnie, gdy upały dawały nam popalić, więc z wdzięcznością przyjmuję pewną odmianę atmosfery.

A poza tym zawsze uważałem, że człowiek w wysokich temperaturach zachowuje się jak klasyczny silnik - potrzebuje chłodzenia. Jednym wystarczy zimne piwo, drugim nieupalny dzień.

Cały zeszły tydzień pytałem maturzystów. Zakuty w garnitur (lub chociaż marynarkę i koszulę) cierpiałem srodze, gdy w małej salce z minuty na minutę podnosiła się temperatura i nie miało to niczego wspólnego z jakością prezentowanych treści.

Dziś przychodzę do szkoły, a koleżanka mi mówi: "A ty coś chyba schudłeś, co?" Nie wiem. Ale skoro tak jej się wydaje, to jutro jadę na shake'a do McDonald's.

Internet zaczyna nudzić. Z nudów na Facebooku dodałem się do fanów serialu "Pierwsza miłość." Na usprawiedliwienie dodam, że wcześniej napisałem 1,5 strony bardzo ambitnej prozy i postanowiłem ograniczyć kontakt z wirtualną rzeczywistością do czterech godzin dziennie.

czwartek, 22 maja 2014

Kawa mnie łagodniejszym czyni

Stali czytelnicy już pewnie wiedzą, że gdy tylko temperatura podniesie się powyżej 25 stopni Celsjusza, przestaje mi się podobać na świecie. Cóż, generalnie jakoś niezbyt świat mi się podoba, ale odkąd nie mam telewizora jakoś spokojniej płyną mi dni. 

Niestety, temperatura nie spadnie, gdy termometr rozbiję... Szkoda.

Od czterech dni jeżdżę do sąsiedniej szkoły, gdzie egzaminuję maturzystów. Jako że obowiązuję mnie tajemnica zawodowa, nie powiem nic więcej. Zdradzić tylko mogę, że dziennie piję hektolitry kawy, która przestała kojarzyć się z kawiarnią w Nowym Jorku (gdzie nigdy nie byłem), kawiarenką w Rzymie (gdzie też nigdy nie byłem) lub chociaż jakąś paryskim bistro (też nigdy nie byłem, ale śniło mi się, że byłem, więc się prawie liczy...). Teraz kawa kojarzy się z trudem, nudą, żmudnym wypełnianiem papierów.


Cóż, jutro piątek. Ostatni dzień moich egzaminacyjnych obowiązków. Sobota, niedziela z burzami ponoć. Jest więc nadzieja jakaś.

Inna kwestia - kolejny raz przekonałem się, że (polski) Internet to jednak zlew, szambo i cmentarz jakichkolwiek ograniczeń. Znalazłem w necie wiadomość, że zespół polski Behemoth (tak, taki niby diabelsko-satanistyczny) został aresztowany w Rosji. Nie mogłem się powstrzymać i dodałem komentarz: "No to teraz Putin powinien spodziewać się wizyty samego szatana."

Rano otrzymuję powiadomienie. Ktoś odpisał na moje słowa tak: "Nie pierdol pan." Ładnie, prawda?

Wszedłem na profil komentującej mnie tak dosadnie dziewczyny. Szkoła: "Wyższa Szkoła Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa." Zdjęcie profilowe (teraz usunęła już): koszulka z faszystowskim krzyżem i ręka w geście sieg heil. 

Niezłe nam kadry dziennikarskie rosną. Nie ma co... Już sobie wyobrażam wywiady, jakie przeprowadzałaby ta osoba po skończeniu studiów...

Już już miałem coś tej pannie odpisać. Rzucić nawet jakimś umoralniającym tekstem, ale... odechciało mi się. Coś łagodnieję od zbyt dużej ilości kofeiny. 

wtorek, 20 maja 2014

To jakaś promocja?

W moim miasteczku jest "pasaż handlowy." Jakiś czas temu zniknął sklep z bielizną, a w jego miejsce zaczyna meblować się salon fryzjerski. I taki oto plakat powieszono w jego oknie:




O co chodzi? "Bezpieczny seks. Bezpieczny styl"? Co to ma być? Promocja jakaś?

Może jak otworzą, to pójdę sprawdzić, tylko nie wiem, czy mnie Żona puści...

poniedziałek, 19 maja 2014

O długości

Się zdarzyło jechać taksówką. Panisko, mówię Wam, pełną gębą. Wsiadam. Miły starszy pan wiezie mnie skądś dokądś. Zażywny jegomość. Słucha głośno radia i przy tym w dość mocny sposób podsumowuje poszczególne wiadomości. 

Nagle mijamy stojący na ulicy radiowóz, obok którego stała para policjantów.

- O! - zaczyna taksówkarz - Stoją. Patrz pan, jak pilnują. A ostatnio jechałem z rodziną przez Toruń. Trasa jakaś wylotowa. Miasto się kończy, a tam stoją z drogówki i każdy, dosłownie każdy kierowca do kontroli alkomatem. Po kolei zatrzymywali. Korek się zrobił jak jasny piorun. 

W końcu moja kolej. Otwieram okno. Ten mundurowy patrzy na mnie, że jakiś starszy pan jedzie, więc machnął ręką i przepuścił. A ja w śmiech! Żeby on tylko wiedział, że alkoholika zatrzymał! No mówię panu! A mój wnuk co mówi? "Dziadek, żeby oni wiedzieli, ile ty wódy w życiu wypiłeś..." No, ale nigdy, powtarzam, nigdy przed dłuższą trasą nie piję. Nigdy!

Trochę mi smutno, trochę wesoło się zrobiło, ale miałem tylko nadzieję, że kurs ze mną też zaliczał do dłuższych tras...

piątek, 16 maja 2014

W niebo

Wczoraj? Tak, wczoraj snułem się samochodem po mojej okolicy. Było grubo po dwudziestej. Odwiozłem gdzieś teściów, a sam rozkoszowałem się cichym i ciepłym wieczorem. Tak, ciepłym, bo dziś pogoda jest fatalna, a cały maj jak na razie nie ma się czym popisać...

Podnoszę wzrok wyżej. W niebo. A tam ogromny okrągły złoty księżyc. Dawno nie widziałem naszego naturalnego satelity z tak bliska. Wyglądał jak olbrzymia moneta zawieszona na niewidzianej nici. Gdybym akurat nie jechał samochodem, zatrzymałbym się i popatrzył w górę jak rasowy lunatyk.

Jednak poruszałem się. Prowadziła mnie droga. Wjechałem do miasteczka, a tam idealnie okrągły księżyc znalazł towarzystwo wśród innych wywindowanych znaków - McDonald's, Lidl, Netto, Biedronka. 

Ciekawe, czy ci z Księżyca widzą nasze ziemskie loga? 



Przy okazji Lidla - pół roku trzymał mieszkańców mojego sioła ten niemiecki hipermarket. Budował się i budował. Enigmatyczny komunikat "Otwieramy wiosną 2014" nie brzmiał zbyt konkretnie, ale gdy w końcu bramy się otworzyły, przez trzy dni z rzędu nie można było zaparkować przed sklepem, bo tyyyyle ludzi nagle zapragnęło posmakować nowości. (Przed samym sklepem też impreza. Darmowa kiełbasa i malowanie twarzy dzieciakom. Darmowe powietrze też, myślę sobie)  

Wszedłem i ja. Raczej z ciekawości niż z potrzeby kupienia czegokolwiek. Wchodzę i gubię się w tłumie ludzi pchających przed sobą kopiaste kosze pełne dóbr wszelakich. Takich tłumów nie widziałem od bodajże świąt Bożego Narodzenia, gdy również musiałem wejść na kurs kolizyjny z ławicami konsumentów.

Wychodzę tradycyjnie zmęczony i zniesmaczony tłumem, hałasem, zapachami... Przede mną idą dwaj budowlańcy. Upaćkani farbami, wapnem, czymś tam jeszcze. Jeden drugiemu tłumaczy:

- Wiesz, skąd to wszystko jest? To uzależnienie od wydawania pieniędzy.

niedziela, 11 maja 2014

Dyktowałem modę, ale wszyscy pisali z błędami

Mam dziurawe dżinsy.


Wstrząsająco to brzmi, prawda? Dziura na lewym kolanie. Klasyczna sytuacja – najpierw drobne przetarcie, potem coraz większe, szersze, pruje się na lewo i prawo. Klasycznie dziurawe dżinsy.

Chodzę w nich w domu. Do tzw. miasta rzadko się zapuszczam, bo jakoś tak głupio (?), niezręcznie (??), nieelegancko (???). Nie wypada w moim już raczej dojrzałym wieku nosić się jak nastolatek?

Kolejna refleksja – nastolatek? Odkąd uczę w szkole na palcach dwóch rąk może mógłbym policzyć osobników i osobnice noszących pocięte dżinsy. Jasne, w sklepach odzieżowych (są jeszcze takie?) znajdziemy masę sponiewieranych dżinsów – odbarwionych, przyozdobionych aplikacjami, cekinami, zaprasowanych, nawet poprzecieranych artystycznie. Jednak gdzieś w tym urodzaju możliwości rzadko widywało się dżinsy podarte w „starym dobrym stylu.” Widocznie moda minęła. Takie życie…

Za moich szkolnych czasów podarte portki były wyzwaniem rzuconym otoczeniu. „W tych podartych spodniach do szkoły chcesz iść?!” – pytała Mama, a ja na to, że te podarte portki to symbol mojego indywidualizmu i już mnie nie było. Ok., nie mówiłem tak, ale miło myśleć o sobie w taki sposób…

Moi bardziej rockowi koledzy też dżinsami coś tam chcieli manifestować. Jeden, Krzychu niejaki, gitarzysta obsługujący kilka lokalnych zespołów, robił sobie żyletką nacięcie na nogawkach za każdym razem, gdy zagrał koncert. Inny, Paweł, wypisywał sobie na spodniach nazwy słuchanych aktualnie kapel. Pantera, Faith No More… Oczywiście latem ścinaliśmy podniszczone dżinsy na wysokości kolan, a szczytem elegancji były prujące się, postrzępione „nogawki.”

Teraz to zniknęło.

O ile przesadnie nie zwracam uwagi na to, co i jak noszą ludzie, to kilka mód musiałem zauważyć. Początek lat 2000. Widzę w moim rodzinnym mieście dwie-trzy kobiety noszące tzw. rybaczki. Takie foto:




W ciągu najbliższych dwóch miesięcy zaroiło się od kobiet chodzących w tego typu ubraniu. Wszędzie, gdziekolwiek się człowiek nie wybrał, wpadał na kobietę, dziewczynę tak właśnie wystrojoną. Po paru miesiącach nie było już żadnej. Przyszła jesień, zima, następna wiosna nie chciała już w rybaczkach chodzić.

To jest jednak nic. Pod koniec lat 90 wszyscy eleganccy panowie w Polsce nosili kapelusze zwane żółwikami. Mój Ojciec też paradował w czymś takim na głowie. Ilustracja tutaj:



Jasne, można dziś powiedzieć, że kapelinder taki to szczyt obciachu, wiochy, zaścianka, ale w tym naprawdę chodziło pół Polski. Taki eksperyment zrobiliśmy z kolegą. Studiowaliśmy wtedy w Poznaniu. Wsiadamy do tramwaju i obiecujemy sobie liczyć wszystkich panów w żółwikach, jakich zauważymy w czasie dwunastominutowej trasy (od zajezdni na Dębcu do dworca PKS-u). Ilu naliczyliśmy patrząc tylko przez okno? 54! Autentyk!

Tak się mądruję tutaj, bo sam miałem przez pewien czas z modą cokolwiek wspólnego. Moja Mama jest zawodową krawcową, mistrzynią (ma na te okoliczność dyplom stosowny). Przez długi czas szyła w domu kurtki i bluzy, które potem mój Ojciec sprzedawał jeżdżąc po różnych targowiskach i bazarach (ech, słodkie lata 90…)

Pamiętam, że do kin wszedł właśnie pierwszy Batman. Dawno, dawno temu… Pamiętam mój błyskotliwy pomysł, by na szytych przez moją Mamę bluzach pojawił się graficzny motyw związany z Człowiekiem Nietoperzem. Jego logo. Nikt wtedy nawet nie wyobrażał sobie, że istnieje coś takiego, jak ochrona znaków towarowych.



Namówiłem więc Mamę, by zamiast kwiatków, samochodów lub innych bezpiecznych motywów pojawił się na bluzie symbol Batmana. W zakładzie sitograficznym majster stworzył odpowiedni szablon. Po dwóch tygodniach pierwsza partia bluz trafiła na rynek. Dosłownie. A ja podśpiewywałem wesoło: „Będziemy milionerami! Będziemy milionerami!”

Cóż, nie do końca wyszło. Ludzie woleli chyba kupować ubrania z samochodami, kwiatkami lub Smerfami. Ech, tak się skończyła moja wielka kariera stylisty…

Chociaż wciąż nie mówię ostatniego słowa. Jeżeli gdzieś w Waszych miastach zobaczycie mężczyzn w podartych dżinsach, to pamiętajcie. Ja byłem pierwszy. 

czwartek, 8 maja 2014

Czuć miętę

Koleżanka  przyniosła do szkoły świeżą, prawdziwą, prosto z ogródka, miętę. Zapach... Nigdy w naszym pokoju nauczycielskim nie pachniało ładniej - taki żarcik.

Po dłuższej chwili w kilku kubkach już parzyły się liście, łodygi. Prawdziwa uczta.

- Ale wiecie, jakie ma jeszcze działanie mięta? - pada pytanie jeden z koleżanek - Oprócz tych takich typowych na układ trawienny?

- No jaki ma? - pytamy.

- Obniża napięcie seksualne.

Śmiech.

- Ale wiesz co, to musi być jakiś mit - mówię - tyle lat piję i nic.




W kontekście takiej wymiany zdań zupełnie inaczej brzmi związek frazeologiczny "czuć do kogoś miętę."



piątek, 2 maja 2014

Tauromachia (długi, nudny, teoretyzujący wpis, ale za to sporo obrazków)

Pamiętam jak dziś. Zajęcia z teorii literatury. Przedmiot początkowo i nie tylko początkowo trudny. (W sumie dziś wiem więcej i rozumiem więcej, gdy nie muszę się tego wszystkie uczyć, a stopniowo sobie uzupełniam braki w rozumieniu liter). 

Pojawiają się zagadnienia pisania w pierwszej osobie - dzienniki, pamiętniki, autobiografie. Dziś blogi... Jawi się arcyciekawe zagadnienie tauromachii. Walki z bykiem. Torreador kontra byk.


Torreadorem jest rzecz jasna odsłaniający się autor. Piszący o najbardziej wstydliwych, żenujących, gorszących, niskich i podłych stronach swojego życia twórca naraża się na atak tych, przed którymi odsłonił swoje miękkie podbrzusze. Czytelników, którzy często rekrutują się spośród znajomych, krewnych, najbliższych piszącego. Ba! Nawet dalecy nieznajomi zaznajomiwszy się z "życiem" autora czują, że mają prawo je oceniać, rozbierać pod kątem różnych kryteriów moralnych etc. "Przecież my go znamy - myślą - sam się nam przedstawił i pokazał, ile jest wart."

(Zapomnijmy na chwilę o wątpliwości, na ile sami siebie znamy i, na dodatek, umiemy opisać...)

Dlaczego o tym piszę? Jakiś czas temu postanowiłem wrócić do osieroconego onegdaj dziennika. Papierowego. Takiego grubego zeszytu, w którym nikt przypadkowy nie może wstawiać komentarzy, nie ma w nim licznika odwiedzin, nie można dołączyć do grona obserwatorów. 



Całe studia pisałem dzienniki, z siedem zeszytów poszło. Ten miał być kolejny. Dwieście stron. Zapisanych w 1/3 tylko. W pewnym momencie rzucony. Dlaczego? Dlatego, że zaczynała mnie dotyczyć dorosłość, praca, odpowiedzialność. Dlatego, że kolejne notki bardzo często opisywały kryzysy, depresje, dni (tygodnie) słabszej formy. Kłótnie, rozczarowania, banalne konstatacje o mechanizmach życia, w którym zbyt wolno się klimatyzuję. 

Czytając tego typu notatki paliłem się ze wstydu: "To ja byłem tym imbecylem, któremu się wydawało, że jest najnieszczęśliwszym człowiekiem na planecie Ziemia?! Na Jowisza! Przecież nie mogłem być aż takim baranem..."



Jeszcze gorsza była świadomość tego, ileż nerwów kosztowała mnie jedna, druga, trzecia sytuacja, jak "bardzo istotną" wydawała się bzdura, która w danej chwili przesłaniała mi obiektywne i trzeźwe widzenie rzeczywistości. Krótko mówiąc, dziennik czasów dorosłości nie jest miłą lekturą. Nie lubię się w nim przeglądać, szukać w nim samego siebie sprzed roku, dwóch, trzech...

Powrót, mimo aury "fajności", do papieru się nie udał. Został blog. Tak. Ten sam, który już tyle razy zawieszałem, zamykałem, rzucałem... 

Inaczej się tu pisze. Bo ludzie patrzą. Ludzie-byki. Wystarczy odsłonić się nieopatrznie. Pokazać słabszy dzień i nie zaprawić tego ironią, cynizmem, żartem? Niemożliwe. Trzeba trzymać fason. Mieć jakąś gębę. Gębę blogera. I nie móc, nawet nie chcieć jej zerwać. 

Pisać niby dla siebie, ale też dla innych. 

Nie, to nie jest internetowy dziennik (jak niektórzy definiują opacznie blogi) - to wyrafinowany, czasami wymykający się spod kontroli, instrument autokreacji. Żywiący się światem zewnętrznym stwór, który czasem zbyt łapczywie pochłania kolejne kęsy rzeczywistości.



Dygresja - Miron Białoszewski, doskonały awangardowy polski poeta i prozaik, wybrał się swego czasu w rejs statkiem. Długa wycieczkowa trasa. Masa pasażerów. Niezły materiał badawczy, który można obserwować i bezkarnie przeobrazić w kawał rasowej prozy.  Jeden ze współpasażerów zwierza się Białoszewskiemu, że zdradza żonę. Białoszewski zapisuje to wraz z resztą "sygnałów ze świata." Oddaje do druku. 

Nie pamiętam, czy miałem aby jakąś subtelną i ironiczną pointę. Chyba nie...

A tak przy okazji - dziś (drugiego maja) mija rocznica urodzin autora moich ukochanych "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)". A zatem sto lat Jerome K. Jerome!