wtorek, 15 kwietnia 2014

Złośliwi twierdzą

Moje kochane miasteczko (ok, może lubiane będzie lepiej brzmiało) przechodzi teraz ciężki czas. Remont całego rynku zamienił to senne typowo prowincjonalne miejsce w idealną scenerię, w jakiej można by kręcić dowolny film dziejący się w postapokaliptycznych realiach. Wszędzie dziury, warczące koparki, dziesiątki krzyżujących się przewodów i węży, którymi ma płynąć (chyba) woda do projektowanej fontanny. Żelbetonowe konstrukcje przypominające klocki, którymi mogą bawić się wielkoludzie dzieci. No i oczywiście błoto (gdy popada) lub kurz (gdy nie popada).

Złośliwi twierdzą (ok, ja na to wpadłem), że termin remontu splótł się z zapowiedzianą w naszym miasteczku wizytą p. Magdaleny Gessler, która jako "kreatura smaku" miała pomóc lokalnej restauracji wydźwignąć się z marazmu... Wiadomość o tej medialnej sytuacji obiegła miasteczko lotem błyskawicy, ale w kontekście trwających robót, wątpię, by wizyta doszła do skutku.

Co do robót samych. Przypomniał mi się głupi, żeby nie powiedzieć debilny, kawał o zabarwieniu nieprzyzwoitym.

Spotyka się dwóch kolegów. Jeden przeprowadza właśnie gruntowny remont domu.

- I jak się posuwają się roboty - pyta drugi.

- A wiesz, że nigdy nie interesowały mnie zachowania seksualne maszyn?

Tak. Mój znajmy słysząc ode mnie podobne dykteryjki za każdym razem patrzył na mnie z politowaniem i kwitował całość słowami:

- Sam to wymyśliłeś?

Złośliwi też twierdzą (ok, ja na to wpadłem), że moje miasteczko padło ofiarą procesu globalizacji.Około 7 tysięcy mieszkańców mamy tutaj, a stawiają nam "restaurację" McDonald's. Autentyk. Stoi u wylotu miasta. Blisko trasy do lub z Poznania. Wielki, elegancko wymodelowany budynek. I frytek się najeść można, i kawy napić. Żyć nie umierać. 

Jednak cała sprawa ma dodatkowy smaczek. Obok budynku ustawiony OGROMNY kilkunastometrowy słup, na którym widnieje charakterystyczne logo, stylizowana literka M. Widać ją z KAŻDEGO miejsca z okolicy. Z każdego. Wygląda to tak, jakby moje miasteczko zyskało strategicznego sponsora.

Teraz wymyślony osobiście mało śmieszny dowcip:

- Gdzie mieszkasz?

- W (i tu pada nazwa mieścinki).

- Aaa, koło McDonalda?

- Tak.

12 komentarzy:

  1. Jeśli remont nie dojdzie do skutku, p. Gessler będzie tym bardziej zachwycona, bo będzie miała więcej do krytykowania :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co Ty byś chciała krytykować w Macu?

      ;-)

      Usuń
  2. Jakby się tak dobrze przyjrzeć, to wszyscy mieszkamy koło maca.

    Oczami wyobraźni ujrzałem zaś taki widok: Madzia w Macu, gawędzi o dobrym smaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, widać, że jesteś z Wielkiego Świata. Mnie nie stać było na aż tak globalną wizję.

      pzdr

      Usuń
  3. Zgadzam się z fprefect!
    Wszyscy mieszkamy albo koło maca, albo koło tesco, albo koło kościoła, albo koło stacji benzynowej!
    Trzymam kciuki, żeby Wam nie zamienili parku na parking, a zamku na "oszą". (mieszkasz w magnoliowej miejscowości, prawda?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kalino, zgadza się. Magnoliowo-zamkowa mieścinka.

      Usuń
  4. Ja z okna widzę WIELKIEGO "Kerfura" (a, spolszczę sobie nazwę, a co), koło niego jakiś mniejszy markecik, za blokiem w jednym pawilonie mieszczą się jeszcze trzy, niedaleko maca też mam.
    Czasami czuję się tym przytłoczony, tą masą ludzi, gdy tu albo tam pojawi się napis "promocja". Niestety, zwykłego "warzywniaka" na osiedlu nie uświadczę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Się zastanawiam czy bigamia jest nadal karalna? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba bym nie mógł się z Tobą z nikim podzielić.

      ;-)

      Usuń
  6. A mnie się podobało to o robotach. Uśmiechnąłem się :)
    Przerabianie rynków w małych miasteczkach to nasz narodowy sposób na wydanie pieniędzy z Unii. Lokalni przedsiębiorcy zarabiają, jest ładniej, widać sukces. Fajnie, fajnie. Tylko co będzie, jak się strumień kasy unijnej skończy za siedem lat, czy tam ile? Czy te granitowe krawężniki i polerowane płyty chodnikowe zaczną nam wytwarzać dochód narodowy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za roboty. Ja się parę lat z tego kawału śmiałem, co pewnie nie najlepiej o mnie świadczy. A co do inwestycji - wiesz, może zarobią na tym, że zwabią ludzi, którzy sypną dukatami w takim a nie innym miejscu. Oby się nikt tylko nie przejechał na takim myśleniu...

      Usuń
  7. czyli konkurencja zabiła lokalnego knajpiarza, ha! mielony mielonemu nierówny.
    Kiedyś byłam w całkiem obcym mi mieście, jaka to straszna samotność, hotel i nikogo znajomego, późne popołudnie, chciałam coś zjeść, nie znając miasta poszłam do pierwszej knajpy z brzegu, okazało się, że oprócz bufetowej nie było tam ani jednej kobiety i wszyscy patrzyli na mnie z wielkim zainteresowaniem, do jedzenia raczej nic nie było, więc wyszłam. W sklepiku obok kupiłam sobie bułkę i serek i zjadłam w hotelowym pokoju. A na drugi dzień zjadłam obiad w sieciówce, to był mój pierwszy raz w tym przybytku, poszłam tam mając pewność, co zastanę.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.