wtorek, 22 kwietnia 2014

Wielkanocy coming out & in

Taka scenka sprzed kościoła. Wielkanoc. Najważniejsze święto w całym długim roku liturgicznym. Jesteśmy całą rodzinką w Kaliszu u moich rodziców, więc wszyscy idziemy na mszę o godzinie 9 (śniadanie wielkanocne już spożyte, zaczęliśmy o 8 rano, wiecie, moi Rodzice baaardzo szybko wstają nawet gdy nie muszą...).

Tymek jak zwykle popiskuje, że nie chce iść do kościoła, bo "kościół to nuda" i tak dalej w ten przewidywalny i raczej dość naturalny dla pięciolatka deseń. Znajduje we mnie sojusznika, bo ja od dwóch lat kościoła raczej nie odwiedzam, choć wiary w sobie zdusić nie zdusiłem, a nawet tego nie chcę za bardzo.

Jako sojusznik proponuję kompromis - będziemy stać przed kościołem, ty się pokręcisz trochę, poobserwujesz owady, policzysz przejeżdżające samochody i jakoś nam minie.

 - Tata, a jak policzę to stu, to już będzie po mszy? - pyta Tymek.

Msza jakoś się toczy. Synek znajduje zajęcia. Nagle widzę, jak ze świątyni wychodzi młody mężczyzna. Około 25 lat na karku. Znika za jej rogiem. Ok, nic wielkiego. Ale po chwili Tymek woła mnie, bym zobaczył coś tam ciekawego, jakiegoś żuka, pszczołę czy coś. Idę za róg kościoła, a tam ten facet, który wcześniej z kościoła wyszedł, stoi w niedbałej pozie oparty o nagrzaną słońcem ścianę i pyka w coś na swoim telefonie. Czerwona koszula. Nie mogłem się pomylić...

Zacząłem się zastanawiać, co, na Jowisza!, zmusza dorosłego człowieka do takiego "chodzenia do kościoła"?

Pytanie zawieszam.

Przychodzi drugi dzień świąt wielkanocnych. Poniedziałek. Od rana Mama dyryguje:

- To rano pójdziemy do kościoła. A obiad na którą chcecie?

- Co?! - odzywa się Tymek - drugi raz do kościoła?! Przecież wczoraj byliśmy. 

- No widzisz, Tymku - Żona stara się załagodzić gniew pociechy - są święta, więc czasem trzeba nawet codziennie iść do kościoła.

- Kurde, wczoraj byliśmy... - mówię, ale słabo to brzmi - dajmy spokój dziś.

- Tomku - zaczyna Mama - na godzinkę...

- Widzisz, mama, ja do kościoła nie chodzę - ujawniam się i czuję się mniej więcej tak, jakbym przyznawał się do jakiejś egzotycznej orientacji seksualnej - Jestem taki wierzący niepraktykujący.

Zasmuciła się Mama.

- Oj, to ci musiało coś dopiec... - zdiagnozowała mój przypadek, chociaż nie za bardzo wiem, co diagnoza ta miałaby oznaczać.

- Widzisz, mama, mam się zachowywać jak taki jeden wczoraj sprzed kościoła? - pytam retorycznie i opowiadam o naszym bohaterze w czerwonej koszuli.

- A ja znam takich, znam - podchwytuje Mama - wiesz ty co oni robią? Przywożą kogoś i czekają do końca mszy. Tata wiele razy takich widywał. Niby z rodziną do kościoła, a jak tylko wszyscy wejdą, to oni wychodzą i kręcą się najczęściej koło sklepu Witka (sklep "U Witka" to słynny lokalny sklep monopolowo-spożywczy - przypis mój). A potem jak już czują, że końcówka mszy, to wracają przed kościół i wszystko gra. Tak, mężczyźni tak robią...

Problemu poniedziałkowej mszy nie dało się jednak zawiesić. Mimo oporów Tymka poszliśmy do kościoła. (Moja buntownicza deklaracja nieco musiała przytępić swoje ostrze...) Żona weszła z Kaliną do środka. My na zewnątrz. Trochę przed, obok, dookoła budynku. Godzinka jakoś minęła. A problem pozostał.

Pozostał, bo jak pokierować dzieckiem, które nie rozumie religii i nie trzyma mu się to wszystko kupy (no, mnie, dorosłem zaczęło się to rozłazić w szwach...)? Jak przekonywać do określonej aktywności, skoro samemu się tej aktywności nie uprawia? Nie widzi się sensu większego w biernym uczestnictwie w rytuale? 
Wmawiać dziecku, że "przynosi to owoce", skoro samemu jałowy ogród się porzuciło?

Ech... Teraz to jeszcze nic. Można od biedy chodzenie do kościoła pod typową dziecięcą tresurę podłożyć. "Masz iść i koniec!" - tak, tak to można rozwiązać. Ale jak długo tak można? 

Ok, do komunii się da wytrzymać, ale potem? Znajomi mają synów, którzy akurat do bierzmowania idą. Są przez rodziców wyganiani z domu, bo próby, nauki, szkolenia trwają i trwają.

- Dlaczego mamy chodzić na to wszystko, skoro my tylko od święta do kościoła chodzimy? My wszyscy?

No właśnie...

Zawieszam ten dość chaotyczny post. Obawiam się, że nie znajdę rozwiązania, które ocaliłoby autonomię wszystkich stron. Tutaj wilk albo owca musi paść trupem. Wiem jedno - nie chciałbym, żeby Tymek i Kalina robili cokolwiek wbrew sobie lub tylko i wyłącznie dlatego, że inni tak robią, że taka tradycja, obyczaj etc.

Tylko czy nie jest to zbyt utopijna fantazja?

15 komentarzy:

  1. U Ciebie to już jest prosta sprawa. Sam nie odczuwasz potrzeby chodzenia do kościoła, więc po co zmuszać dziecko? W imię czego? Zresztą Tymek nie będzie i tak chodził do kościoła, no way. Nie należy się zmuszać do czegoś, co nie ma sensu. W przypadku chodzenia do kościoła, to na pewno nie jest utopia. Raczej normalność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ove, żeby to była taka prosta sprawa...

      Usuń
  2. nie martw się, to się samo ułoży, nic nie musisz robić, chyba, że chcesz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cokolwiek zrobię, będzie dobrze? Pocieszająca wizja.

      ;-)

      Usuń
  3. W poniedziałek byli u nas teściowie na proszonym obiadku. Na wieść, że kuzynka nie ochrzciła dziecka (wcześniej dostali spamów, że ślub cywilny z Arabem):
    "Pozbawili dziecka nieba!"

    Cholera jasna, a miałam nadzieję po śmierci pogadać z Gandhim!

    Temat rzeka, miałabym wiele do powiedzenia.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha literówka, ale ładna
      *spazmów miało być hahaha

      Usuń
  4. Mój ojciec zawsze powtarzał, że nic na siłę, znacznie lepiej młotkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój tez tak mawiał. Teraz ja to powtarzam. To się nazywa sztafeta pokoleń.

      pzdr

      Usuń

  5. Ha sido un placer visitar tu bloc, te invito a visitar el mío, i el nuevo post sobre la Diada de Sant Jordi los libros y las rosas que te encantaran.
    Espero que nos volvamos a ver y si no eres seguidora me encantaría que lo fueras, te espero en mi bloc elracodeldetall.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha sido un placer visitar tu bloc, te invito a visitar el mío, i el nuevo post sobre la Diada de Sant Jordi los libros y las rosas que te encantaran.
    Espero que nos volvamos a ver y si no eres seguidora me encantaría que lo fueras, te espero en mi bloc elracodeldetall.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Kosicół to instytucja, która z wiarą wydaje mi sie nie ma momentami zbyt wiele wspólnego. Wszystko zależy od księdza...

    OdpowiedzUsuń
  8. Do wiary się nikogo nie zmusi.
    Mnie jako dziecko też mama zaprowadzała do kościoła. Oczywiście protestowałam, czasem nawet udawałam, że mnie brzuch boli, ale i tak byłam na przegranej pozycji.
    W gimnazjum koleżanka zaciągnęła mnie na pielgrzymkę (chłopaka szukałam jakiegoś porządnego). Tam cała atmosfera tak na mnie zadziałała, że odkryłam, że jednak jestem wierząca. I naprawdę długo tym żyłam.
    To chyba kwestia poznania wiary z innej, odpowiadającej nam perspektywy, a nie z poziomu nudnych kazań w kościele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może Aniu masz rację. Trzeba dobrze wcelować, by się wbić w wiarę.

      pzdr

      Usuń
  9. my postanowiliśmy szanować "nie" 3-latka w kwestii chodzenia do kościoła. trudno było na początku, ale teraz zmieniliśmy plan dnia, chodzimy z mężem osobno. Idą ci, którzy chcą - z wolnej nieprzymuszonej woli, ci, co nie chcą, zostają w domu ;) Nawet jestem zadowolona, że nie muszę za nikim biegać i przechwytywać przy drzwiach wyjściowych ;)
    a co do tych, co chodzą, a nie wiedzą po co. jedna część mnie ma chęć powiedzieć, że to całkiem bez sensu, nieautentyczne, konformistyczne. z drugiej strony wiem, że nawet jeśli dla kogoś to tradycja i rytuał, to kiedyś może wreszcie coś w nim zaskoczy, że spojrzy głębiej na to, co się tam dzieje. jak dla mnie dzieje się tam bardzo dużo, niezależnie od fajności księdza czy tego typu rzeczy. najważniejsze doświadczenie egzystencjalne w sumie ;)
    jeśli mogę, to życzę Ci, żebyś znalazł takie wyjście, żeby być w zgodzie ze sobą. a dzieci będą Cię naśladować - może nie przez kopiowanie Twoich decyzji, ale przez wierność sobie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo mądrych słów. dzięki, Ester, przyda się Twój wyważony i rozsądny głos.

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.