wtorek, 1 kwietnia 2014

Urywki ostatniości XV

I

Jak to możliwe, że wiosną mamy tak ładną pogodę? Aż wierzyć się nie chce, że prawie rok temu o tej porze śnieg się kładł miękko po ulicach i zimowe buty, płaszcze, czapki trzeba było dzień w dzień nosić. Jest jakaś forma sprawiedliwości na tym świecie. Chyba...

Od prawie miesiąca moje miasteczko jest jednym wielkim placem budowy - znalazły się finanse, by zmodernizować rynek, postawić fontannę, zaorać wszystko, co jako tako wyglądało, rozplanować oświetlenie, deptak, stojaki dla rowerów i Bóg wie, co tam jeszcze...

Fakt jest taki, że wraz z zamknięciem "centrum", przez które toczył się cały ruch kołowy, trzeba było pchnąć samochody osobowe i autobusy bokami miasteczka. Na przykład moją ulicą. Oczywiście przystanek autobusowy ustawiono DOKŁADNIE na przeciwko naszych okien, chociaż nie jest aż tak źle, zważywszy na to, jakie męczarnie przeżywają sąsiedzi, pod których oknami od rana do wieczora snują się czekający na transport ludzie. 

Siadają na schodach prowadzących do domu. Siadają... To nie jest największą atrakcją - polskie przystanki autobusowe często służą również celom... wyskokowym...i już nie raz zdarzyło mi się oglądać amatorów mocniejszych oranżad, którzy rozpierali się na schodach u sąsiadów. Leży taki agregat rozpłaszczony na trzech stopniach, obok pusta butelka i równie próżna nadzieja, że szybko się skończy ten remont i autobusy przestaną sunąć naszą wąziuteńką ulicą.

Co do ulicy samej - latarnia (znów na przeciwko naszych okien) psuje się. Być może to tylko żarówka zdycha, bo w ciągu minuty potrafi zapalić się i zgasnąć około 10 razy. Irytujące to niemożliwie. Być może to jakaś testowa wersja latarni "w czasach kryzysu" i lada dzień pojawi się odpowiednia instrukcja: "Chcesz, by latarnia świeciła całą noc? Wrzuć monetę." I żeby tylko monetę, podpowiada mi instynkt...

II

Nasz okoliczny plac zabaw dla dzieci wciąż zamknięty. W zeszłym roku dopiero w maju  otworzono bramę, by dzieciaki mogły śmigać na zjeżdżalniach i huśtawkach. Teraz mamy wybitnie szybką wiosnę. Ma skubana refleks, więc pusty zatrzaśnięty ogródek jordanowski wygląda jak wyrzut sumienia. 

Dzieciaki, w tym moja dwójka, snują się w pobliżu, dopytują się, kiedy w końcu otworzą, kiedy w końcu będzie można się bawić? Co mam zrobić? Złamać prawo - w naszym kraju to jedyna droga prowadząca do normalności. Przenoszę Tymka przez niskie ogrodzenie. Potem jego koleżankę. Drugą koleżankę. Potem Kalinę. Na końcu sam wskakuję. Kilkanaście minut później trafił się jeszcze jeden, obcy chłopak, który bawił się z tutejszymi w piaskownicy. Jego też przeniosłem...

Dzieci szaleją. Piski, krzyki, śmiech... Rzecz jasna już mam przygotowany tekst na wypadek, gdyby któraś z "dyżurujących" sąsiadek się odezwała. 

- Nie wolno tu wchodzić! Ja tu pilnuję! - powiedziałaby jakaś nadgorliwa i nieżyczliwa.
- Jak pani wpuści dzieci do swojego ogródka, to już je stąd zabieram - odpowiedziałbym.

Na wypadek kolizji ze strażą miejską też miałbym niezły argument - na tablicy z regulaminem placu zabaw nie ma ANI SŁOWA o tym, że nie można się bawić na zamkniętym placu. Wiem, nie brzmiałbym zbyt przekonująco, ale może dałbym czas dzieciom, by się dyskretnie schowały w krzakach... 

Tak czy siak, zadzwoniłem dziś gdzie trzeba i plac mają "na dniach" otworzyć. Oby...

III

A niedziela ostatnia? Cóż, pojechałem z Tymkiem kupić buty. Do Poznania. Cieszyliśmy się zakupami. Miło było. Wesoło. Nie powiem. Ale po powrocie Synka rozłożyło. Gorączka, wymioty, gasł w oczach... 

Noc ledwo przespana. Dyżurny dewot w mojej głowie powtarzał: "Trzeba było iść do kościoła w niedzielę, a nie na zakupy!" Rano dramatycznie, bo Tymek głowy podnieść nie może. Kark go boli, co jest jednoznacznym objawem, o zgrozo!, zapalenia opon mózgowych! W pakiecie mamy jeszcze zawroty głowy.

Jedziemy do lekarza. Orzeczenie - angina. Ufff, banał, myślę sobie, ale mamy obserwować i jakby bóle głowy nie ustępowały, a kark sztywniał, mielibyśmy NATYCHMIAST do szpitala jechać.

Dziś wtorek - po nerwowym poniedziałku, trochę lepiej i spokojniej. 

Leczymy się. I staramy się nie wypatrywać niepokojących objawów.

Bo jak mawiał Mark Twain: "W życiu przeżyłem wiele strasznych rzeczy. Część z nich zdarzyła się naprawdę."

12 komentarzy:

  1. "Cieszyliśmy się zakupami" - nie rozumiem tej frazy. Co do latarni, to nie wiem, czemu chcesz, żeby się świeciła cała noc. Kup wiatrówkę. Będziesz miał i przyjemność, i spokój o migania ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może latarnię powinni zasilać panowie żulkowie, np. pedałując na rowerze ? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzeba mrugać powiekami, tak, by nie zauważać niedostatków fotonowych latarnii.
    Podziwiam praworządność i Twoją i wszystkich mieszkańców Twojej pięknej miejscowości. Jestem w stuporze, że nikt nie wywalił bramki, że zamknięcie działa, że nikt nie zdewastował, nikt się nie włamał. Cud. Zaprawdę cud wielokrotny!
    Co do opon, to łącząc się w bólu, pozwolę sobie przytoczyć zdarzenie podobne w wydźwięku:
    http://skorpionwrosole.blogspot.com/2012/12/33-aberracja.html

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciężka choroba dziecka ma jedną, jedyną, malutką zaletę - przywraca "właściwą" kolejność "właściwym" priorytetom... Przy gorączce 38,5 jeszcze martwisz się o to, żeby założyć własne kapcie, gdy idziesz do dziecięcej sypialni. Przy 39,5 nie dbasz o to, że masz całą usmarkaną piżamę. Przy ponad 40 myślisz, że oddałbyś wszystko, żeby gorączka spadłą chociaż o kilka kresek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kalino, Ty wiesz jak napisać to, nad czym ja bym godzinę dumał.

      Właściwe słowa!

      pzdr

      Usuń
  5. Koło mnie też wielkie remonty (jezdnia + torowisko tramwajowe, mają skończyć do końca roku). Żyć ciężko, dojazd do centrum Krakowa przedłużył się znacznie, zwłaszcza w godzinach szczytu.

    A Tymkowi życzę dużo zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  6. No proszę, życie poza prawem! Do tego z tyloma podopiecznymi - to już prawie zorganizowana przestępczość :-)
    A co do 'cieszenia się zakupami' - też nie rozumiem. Chyba, że cieszyłeś się 'dokonanymi zakupami', kiedy już siedziałeś wygodnie w domu, w fotelu. To by mi było bliskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, jest taki moment cieszenia się zakupami, gdy mam już to, co musiałem załatwić (buty dla Synka) i mogłem swobodnie krążyć jak Sokrates po targowisku - że tak się filozoficznie wyrażę...

      Usuń
  7. zaskoczyłeś mnie tym dewotem. Pan Bóg się nie mści. Nie wiadomo, gdzie dziecko złapało tego wirusa.
    po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że żartowałeś.
    Ta baba trzymająca klucze do placu zabaw powinna się dobrze huknąć w łeb - dzieci mają się bawić na świeżym powietrzu cały rok! Idiota wymyślił przepisy dla własnej wygody?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był żart - z mojej jakiejś tam zabobonnej natury, z którą walczę i walczę.

      A plac zabaw otwarty - może to mój drobny sukces?

      pzdr

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.