środa, 30 kwietnia 2014

Pas na jajach

Tymek powoli kończy przedszkole. Trudny to był dla niego czas, bo cały pierwszy rok niemal przepłakał, gdy rano uświadamiał sobie, że znowu i znowu musi wychodzić z domu. Cały drugi rok przedszkola snuł wizje, co by tu zrobić, by przedszkole przestało istnieć ("Spalę je! Podłożę dynamit! Zobaczycie!"). Teraz jako starszak wciąż woli siedzieć w domu, bo "przedszkole jest nudne." Cóż, nie dziwi mnie to, bo w przedszkolu nie ma Tymkowych baterii, kabelków, śrubokrętów, wiatraków, diod LED etc, ergo - przedszkole to nuda.

Mieliśmy spory dylemat, gdzie Tymka posłać po przedszkolu - pierwsza klasa czy zerówka. Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że możemy wybrać. Najpierw chcieliśmy, by poszedł z większością grupy, bo łatwiej się zaadaptować w nowym miejscu, gdy jest się jest otoczonym znajomymi twarzami. Ale potem, po konsultacjach z mądrzejszymi, doszliśmy do wniosku, że jednak młody jest za młody na prawdziwą szkołę. Intelektualnie pewnie jest "z górnej półki" (sorry, że się chwali tu własną pociechę), ale emocjonalnie to wciąż małe dziecko. Naprawdę małe. Przytulas straszny. Gdy nie konstruuje swoich maszyn i nie łączy baterii z żarówkami, udaje, że jest kotem, domaga się głaskania. No wyobraźcie sobie takiego dzieciaka w regularnym szkolnym reżimie. Nie demonizuję szkoły - przeciwnie. Raczej wyobrażam sobie Tymka zmęczonego i zniechęconego, który odmawia wszelkiej współpracy z nauczycielką, bo "to głupie i nudne." 

Niech jeszcze rok pożyje sobie spokojniej, mniej intensywnie, niech mu to najczystsze dzieciństwo służy jak najdłużej...

Tę przedstawioną (chyba zbyt szczegółowo) kwestię poruszyłem również w czasie mojego niedawnego spotkania z dawnym znajomym. Raz na rok być może się widujemy, ale służy to naszej przyjaźni (?). Mój dawny wykładowca z romantyzmu, jakieś 15 lat ode mnie starszy. Siedzimy więc w kawiarni. Pijemy grzecznie kawę i raczymy się informacjami z naszych wszechświatów. 

- Tymek pożegna się ze swoją grupą za dwa miesiące - mówię - Ale to chyba żadna strata, bo nie był jakoś związany z całością. Może dwie-trzy osoby były w jego guście, reszta jakoś nie pasowała mu do końca. 

Potem dopada mnie głębsza refleksja (serio, piłem kawę wtedy):

- Takie czasy jakieś dziwne mamy. Kiedyś jak człowiek trafił do podstawówki to aż do ósmej klasy w jednej paczce tkwił. Na dobre i na złe. A ósma klasa to już się było starym wyjadaczem. Nikt w całej szkole nie mógł podskoczyć. Rządziło się. A liceum? Po dwóch latach ciężkich przychodziła trzecia klasa, czwarta klasa i mimo nawet tej stresującej matury myślało się o sobie jak o władcy całej szkoły. Ech... 

- Coś w tym jest - podjął mój znajomy - coś takiego było w wojsku, gdy istniał jeszcze pobór. Pierwszy rok był ciężki. Ale drugi rok... - rozmarzył się - jak to się mówiło: pas na jajach i spokój. Starego wojska nic nie rusza i nikt nie rusza.

- Tak - dopowiadam - A dziś co? Podstawówka przelatuje. Potem tylko trzy lata gimnazjum i pa pa kolegom. Liceum trzy lata i znów pa pa. Studia - trzy lata licencjatu. Potem może koniec, a może dwa lata magisterki. Też już z innym ludźmi. Nie ma człowiek szans wrosnąć gdzieś. W coś. W jakieś środowisko. Między jakichś ludzi...

Tak sobie myślę, kończąc już ten nudny wpis, że szczęście mają ci, którzy w życiu gdzieś na dłużej zagrzeją miejsca. Pas na jajach. Głowa do góry. Spojrzenie przed siebie. Luz, ale w każdej chwili gotowość, by pokazać, że to miejsce jest moje i ja tu rządzę.

Czego i Wam życzę na nadchodzący miesiąc i resztę życia.

10 komentarzy:

  1. Tak to troszkę po amerykańsku teraz! Czy tak częste zmiany środowiska naprawdę służą dzieciakom? Mam poważne wątpliwości... Moje dzieci załapały się na szkołę ośmioklasową, ,,normalną''. Pielęgnują szkolne przyjaźnie... I podstawówkowe, i licealne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, po amerykańsku - nigdzie się nie zatrzymać, nie rozejrzeć, nie zapuścić korzeni, być mobilnym i znikąd. Chore to. Przynajmniej młodość i dzieciństwo powinniśmy mieć stabilne.

      pzdr

      Usuń
  2. Dla mnie też przedszkole było straszną nudą, pełną wrzeszczących dzieciaków, które - o zgrozo - wyczyniały rzeczy przed którymi mama przestrzegała mnie najbardziej (czyli w tamtych czasach - nie mycie rąk, rzucanie zabawkami itd).
    Strasznie żałuję, że wprowadzono coś takiego jak gimnazjum - moim zdaniem to niepotrzebny twór (a raczej potwór), lepiej było w starym systemie, z ośmioklasową podstawówką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak mi się wydaje. Gimnazja to sztuczny twór, efekt patologii, a raczej pierwszy z kamieni, który uruchomił całą polską patologię edukacyjną.

      pzdr

      Usuń
    2. A tak jeszcze w związku z gimnazjami - o ile pamiętam to całe gimnazjum było głównie powtarzaniem wiadomości z podstawówki...zatem po co ono komu? :)

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy wpis.
    Jako nauczycielka, która również uczy maluchy powiem krotko - dajcie żyć dzieciom ich dziecięcym życiem!!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Auroro, nie wiem, czy ciekawy. Jakiś taki rozdwojony w sobie, ale chociaż tytuł ma dobry. ;-)

      A co do Twojego apelu - podpisuję się rękami i nogami.

      pzdr

      Usuń
  4. nie podoba mi się polityka oświatowa, cholera. tez pracuję w szkole i czasem mam ochotę połozyć się i kwizeć

    OdpowiedzUsuń
  5. Podstawówka to ten moment w życiu rodzica, w którym dowiaduje się, że wyścig szczurów nie jest właściwy dla świata dorosłych... Angielski, niemiecki, włoski, balet, tenis, rubgy, szachy, ceramika, basen, szermierka i boks, a w sobotę dodatkowe lekcje z matematyki, bo za 4 lata dziecko musi brać udział w olimpiadze i nauka szybkiego czytania... Oczywiście przesadzam, ale... Życzę Ci, Bosy, rozsądnych rodziców w klasie...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.