środa, 30 kwietnia 2014

Pas na jajach

Tymek powoli kończy przedszkole. Trudny to był dla niego czas, bo cały pierwszy rok niemal przepłakał, gdy rano uświadamiał sobie, że znowu i znowu musi wychodzić z domu. Cały drugi rok przedszkola snuł wizje, co by tu zrobić, by przedszkole przestało istnieć ("Spalę je! Podłożę dynamit! Zobaczycie!"). Teraz jako starszak wciąż woli siedzieć w domu, bo "przedszkole jest nudne." Cóż, nie dziwi mnie to, bo w przedszkolu nie ma Tymkowych baterii, kabelków, śrubokrętów, wiatraków, diod LED etc, ergo - przedszkole to nuda.

Mieliśmy spory dylemat, gdzie Tymka posłać po przedszkolu - pierwsza klasa czy zerówka. Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że możemy wybrać. Najpierw chcieliśmy, by poszedł z większością grupy, bo łatwiej się zaadaptować w nowym miejscu, gdy jest się jest otoczonym znajomymi twarzami. Ale potem, po konsultacjach z mądrzejszymi, doszliśmy do wniosku, że jednak młody jest za młody na prawdziwą szkołę. Intelektualnie pewnie jest "z górnej półki" (sorry, że się chwali tu własną pociechę), ale emocjonalnie to wciąż małe dziecko. Naprawdę małe. Przytulas straszny. Gdy nie konstruuje swoich maszyn i nie łączy baterii z żarówkami, udaje, że jest kotem, domaga się głaskania. No wyobraźcie sobie takiego dzieciaka w regularnym szkolnym reżimie. Nie demonizuję szkoły - przeciwnie. Raczej wyobrażam sobie Tymka zmęczonego i zniechęconego, który odmawia wszelkiej współpracy z nauczycielką, bo "to głupie i nudne." 

Niech jeszcze rok pożyje sobie spokojniej, mniej intensywnie, niech mu to najczystsze dzieciństwo służy jak najdłużej...

Tę przedstawioną (chyba zbyt szczegółowo) kwestię poruszyłem również w czasie mojego niedawnego spotkania z dawnym znajomym. Raz na rok być może się widujemy, ale służy to naszej przyjaźni (?). Mój dawny wykładowca z romantyzmu, jakieś 15 lat ode mnie starszy. Siedzimy więc w kawiarni. Pijemy grzecznie kawę i raczymy się informacjami z naszych wszechświatów. 

- Tymek pożegna się ze swoją grupą za dwa miesiące - mówię - Ale to chyba żadna strata, bo nie był jakoś związany z całością. Może dwie-trzy osoby były w jego guście, reszta jakoś nie pasowała mu do końca. 

Potem dopada mnie głębsza refleksja (serio, piłem kawę wtedy):

- Takie czasy jakieś dziwne mamy. Kiedyś jak człowiek trafił do podstawówki to aż do ósmej klasy w jednej paczce tkwił. Na dobre i na złe. A ósma klasa to już się było starym wyjadaczem. Nikt w całej szkole nie mógł podskoczyć. Rządziło się. A liceum? Po dwóch latach ciężkich przychodziła trzecia klasa, czwarta klasa i mimo nawet tej stresującej matury myślało się o sobie jak o władcy całej szkoły. Ech... 

- Coś w tym jest - podjął mój znajomy - coś takiego było w wojsku, gdy istniał jeszcze pobór. Pierwszy rok był ciężki. Ale drugi rok... - rozmarzył się - jak to się mówiło: pas na jajach i spokój. Starego wojska nic nie rusza i nikt nie rusza.

- Tak - dopowiadam - A dziś co? Podstawówka przelatuje. Potem tylko trzy lata gimnazjum i pa pa kolegom. Liceum trzy lata i znów pa pa. Studia - trzy lata licencjatu. Potem może koniec, a może dwa lata magisterki. Też już z innym ludźmi. Nie ma człowiek szans wrosnąć gdzieś. W coś. W jakieś środowisko. Między jakichś ludzi...

Tak sobie myślę, kończąc już ten nudny wpis, że szczęście mają ci, którzy w życiu gdzieś na dłużej zagrzeją miejsca. Pas na jajach. Głowa do góry. Spojrzenie przed siebie. Luz, ale w każdej chwili gotowość, by pokazać, że to miejsce jest moje i ja tu rządzę.

Czego i Wam życzę na nadchodzący miesiąc i resztę życia.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Wielkanocy coming out & in

Taka scenka sprzed kościoła. Wielkanoc. Najważniejsze święto w całym długim roku liturgicznym. Jesteśmy całą rodzinką w Kaliszu u moich rodziców, więc wszyscy idziemy na mszę o godzinie 9 (śniadanie wielkanocne już spożyte, zaczęliśmy o 8 rano, wiecie, moi Rodzice baaardzo szybko wstają nawet gdy nie muszą...).

Tymek jak zwykle popiskuje, że nie chce iść do kościoła, bo "kościół to nuda" i tak dalej w ten przewidywalny i raczej dość naturalny dla pięciolatka deseń. Znajduje we mnie sojusznika, bo ja od dwóch lat kościoła raczej nie odwiedzam, choć wiary w sobie zdusić nie zdusiłem, a nawet tego nie chcę za bardzo.

Jako sojusznik proponuję kompromis - będziemy stać przed kościołem, ty się pokręcisz trochę, poobserwujesz owady, policzysz przejeżdżające samochody i jakoś nam minie.

 - Tata, a jak policzę to stu, to już będzie po mszy? - pyta Tymek.

Msza jakoś się toczy. Synek znajduje zajęcia. Nagle widzę, jak ze świątyni wychodzi młody mężczyzna. Około 25 lat na karku. Znika za jej rogiem. Ok, nic wielkiego. Ale po chwili Tymek woła mnie, bym zobaczył coś tam ciekawego, jakiegoś żuka, pszczołę czy coś. Idę za róg kościoła, a tam ten facet, który wcześniej z kościoła wyszedł, stoi w niedbałej pozie oparty o nagrzaną słońcem ścianę i pyka w coś na swoim telefonie. Czerwona koszula. Nie mogłem się pomylić...

Zacząłem się zastanawiać, co, na Jowisza!, zmusza dorosłego człowieka do takiego "chodzenia do kościoła"?

Pytanie zawieszam.

Przychodzi drugi dzień świąt wielkanocnych. Poniedziałek. Od rana Mama dyryguje:

- To rano pójdziemy do kościoła. A obiad na którą chcecie?

- Co?! - odzywa się Tymek - drugi raz do kościoła?! Przecież wczoraj byliśmy. 

- No widzisz, Tymku - Żona stara się załagodzić gniew pociechy - są święta, więc czasem trzeba nawet codziennie iść do kościoła.

- Kurde, wczoraj byliśmy... - mówię, ale słabo to brzmi - dajmy spokój dziś.

- Tomku - zaczyna Mama - na godzinkę...

- Widzisz, mama, ja do kościoła nie chodzę - ujawniam się i czuję się mniej więcej tak, jakbym przyznawał się do jakiejś egzotycznej orientacji seksualnej - Jestem taki wierzący niepraktykujący.

Zasmuciła się Mama.

- Oj, to ci musiało coś dopiec... - zdiagnozowała mój przypadek, chociaż nie za bardzo wiem, co diagnoza ta miałaby oznaczać.

- Widzisz, mama, mam się zachowywać jak taki jeden wczoraj sprzed kościoła? - pytam retorycznie i opowiadam o naszym bohaterze w czerwonej koszuli.

- A ja znam takich, znam - podchwytuje Mama - wiesz ty co oni robią? Przywożą kogoś i czekają do końca mszy. Tata wiele razy takich widywał. Niby z rodziną do kościoła, a jak tylko wszyscy wejdą, to oni wychodzą i kręcą się najczęściej koło sklepu Witka (sklep "U Witka" to słynny lokalny sklep monopolowo-spożywczy - przypis mój). A potem jak już czują, że końcówka mszy, to wracają przed kościół i wszystko gra. Tak, mężczyźni tak robią...

Problemu poniedziałkowej mszy nie dało się jednak zawiesić. Mimo oporów Tymka poszliśmy do kościoła. (Moja buntownicza deklaracja nieco musiała przytępić swoje ostrze...) Żona weszła z Kaliną do środka. My na zewnątrz. Trochę przed, obok, dookoła budynku. Godzinka jakoś minęła. A problem pozostał.

Pozostał, bo jak pokierować dzieckiem, które nie rozumie religii i nie trzyma mu się to wszystko kupy (no, mnie, dorosłem zaczęło się to rozłazić w szwach...)? Jak przekonywać do określonej aktywności, skoro samemu się tej aktywności nie uprawia? Nie widzi się sensu większego w biernym uczestnictwie w rytuale? 
Wmawiać dziecku, że "przynosi to owoce", skoro samemu jałowy ogród się porzuciło?

Ech... Teraz to jeszcze nic. Można od biedy chodzenie do kościoła pod typową dziecięcą tresurę podłożyć. "Masz iść i koniec!" - tak, tak to można rozwiązać. Ale jak długo tak można? 

Ok, do komunii się da wytrzymać, ale potem? Znajomi mają synów, którzy akurat do bierzmowania idą. Są przez rodziców wyganiani z domu, bo próby, nauki, szkolenia trwają i trwają.

- Dlaczego mamy chodzić na to wszystko, skoro my tylko od święta do kościoła chodzimy? My wszyscy?

No właśnie...

Zawieszam ten dość chaotyczny post. Obawiam się, że nie znajdę rozwiązania, które ocaliłoby autonomię wszystkich stron. Tutaj wilk albo owca musi paść trupem. Wiem jedno - nie chciałbym, żeby Tymek i Kalina robili cokolwiek wbrew sobie lub tylko i wyłącznie dlatego, że inni tak robią, że taka tradycja, obyczaj etc.

Tylko czy nie jest to zbyt utopijna fantazja?

piątek, 18 kwietnia 2014

Na wolne

Nadając wprost z jałowej ziemi mojej duchowości, stać mnie tylko i wyłącznie na takie życzenia świąteczne.
(Każde inne w aktualnej kondycji byłyby nieszczere)



Żyjcie długo i dobrze. Cieszcie się pogodą. Do zobaczenia po Świętach, bo zabieram rodzinkę do Kalisza, skąd tradycyjna relacja zostanie w swoim czasie nadana .

Pa!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Złośliwi twierdzą

Moje kochane miasteczko (ok, może lubiane będzie lepiej brzmiało) przechodzi teraz ciężki czas. Remont całego rynku zamienił to senne typowo prowincjonalne miejsce w idealną scenerię, w jakiej można by kręcić dowolny film dziejący się w postapokaliptycznych realiach. Wszędzie dziury, warczące koparki, dziesiątki krzyżujących się przewodów i węży, którymi ma płynąć (chyba) woda do projektowanej fontanny. Żelbetonowe konstrukcje przypominające klocki, którymi mogą bawić się wielkoludzie dzieci. No i oczywiście błoto (gdy popada) lub kurz (gdy nie popada).

Złośliwi twierdzą (ok, ja na to wpadłem), że termin remontu splótł się z zapowiedzianą w naszym miasteczku wizytą p. Magdaleny Gessler, która jako "kreatura smaku" miała pomóc lokalnej restauracji wydźwignąć się z marazmu... Wiadomość o tej medialnej sytuacji obiegła miasteczko lotem błyskawicy, ale w kontekście trwających robót, wątpię, by wizyta doszła do skutku.

Co do robót samych. Przypomniał mi się głupi, żeby nie powiedzieć debilny, kawał o zabarwieniu nieprzyzwoitym.

Spotyka się dwóch kolegów. Jeden przeprowadza właśnie gruntowny remont domu.

- I jak się posuwają się roboty - pyta drugi.

- A wiesz, że nigdy nie interesowały mnie zachowania seksualne maszyn?

Tak. Mój znajmy słysząc ode mnie podobne dykteryjki za każdym razem patrzył na mnie z politowaniem i kwitował całość słowami:

- Sam to wymyśliłeś?

Złośliwi też twierdzą (ok, ja na to wpadłem), że moje miasteczko padło ofiarą procesu globalizacji.Około 7 tysięcy mieszkańców mamy tutaj, a stawiają nam "restaurację" McDonald's. Autentyk. Stoi u wylotu miasta. Blisko trasy do lub z Poznania. Wielki, elegancko wymodelowany budynek. I frytek się najeść można, i kawy napić. Żyć nie umierać. 

Jednak cała sprawa ma dodatkowy smaczek. Obok budynku ustawiony OGROMNY kilkunastometrowy słup, na którym widnieje charakterystyczne logo, stylizowana literka M. Widać ją z KAŻDEGO miejsca z okolicy. Z każdego. Wygląda to tak, jakby moje miasteczko zyskało strategicznego sponsora.

Teraz wymyślony osobiście mało śmieszny dowcip:

- Gdzie mieszkasz?

- W (i tu pada nazwa mieścinki).

- Aaa, koło McDonalda?

- Tak.

niedziela, 13 kwietnia 2014

As wywiadu

Tymek dostał zaproszenie na urodziny kolegi! Pierwszy raz spotkał go taki zaszczyt! W poniedziałek zeszły znaleźliśmy w jego "przegródce" w szatni kopertę z kartką wiadomej treści. Dziś odbyło się urodzinowe przyjęcie w jednym z większych poznańskich "hal zabawowych" dla dzieci. Impreza udana, więc nie ma o czym pisać. Historia cała jest jednak bogatsza, bo obfituje w jeden przeuroczy moment.

Prezent. Ani za drogi, ani za tani. Taki w sam raz.  

- Co kolega twój lubi? - pytamy, by nie kupić wielbicielowi Ben Tena czegoś z zupełnie innej bajki.

- No chyba samochody - odpowiada Tymek.

- Na pewno? Pytałeś go? - chcemy się upewnić.

- Tak - mówi - myliśmy właśnie ręce w łazience i się go zapytałem, czym się teraz będziemy bawić? A on na to, że tymi nowymi klockami konstrukcyjnymi. A ja mu na to, że może pobawimy się czymś tańszym. A on wtedy: "No dobra, samochodami." I stąd wiem.

Niech to dla Was, kochani, będzie wyraźną wskazówką, jak znaleźć trafiony prezent urodzinowy dla najbliższej osoby. I przy okazji nie uszczuplić zbyt wyraźnie zasobów swojego portfela.

Miłego tygodnia!

czwartek, 10 kwietnia 2014

Sen?Nie? Tak

Na fali (na szczęście nieco już opadającej) mojej nie-koncentracji taki oto dialog się pojawił:

- Tomek, coś ty taki zadumany - zagaduje koleżanka na dużej przerwie.

- Zmęczony jestem, wiesz - odpowiadam - trzy noce z rzędu kładę się spać około północy. Wstaję o szóstej rano. Potrzebuję trochę czasu, by dojść do siebie. Nie jestem już najmłodszy...

Koleżanka w śmiech.

- No a ile ty masz lat?

Podaję wiek. Orientacyjnie, bo mam kłopoty z dodawaniem/odejmowaniem, gdy jestem niewyspany.

- Kiedyś potrafiłem posiedzieć nawet gdzieś tak do północy i było ok następnego dnia - tłumaczę się - ale gdy skończyłem dwadzieścia lat, przeszło mi...

Śmiech.

Cóż, przyzwyczaiłem się, że od kiedy pamiętam wszystkich bez wyjątku zadziwiała moja tendencja do szybkiego chodzenia spać. Rzecz jasna potrafiłem dzień rozpoczynać o siódmej rano i najmniejszego problemu nie było, ale kłaść się spać 22:30 to już była patologia. 

Pamiętam pierwszy rok studiów na polonistyce. Około 200 lektur (z różnych dziedzin, książek, artykułów etc) do przeczytania. Zajęcia z angielskiego. Rozmowa, o dziwo po polsku, zeszła na temat naszego studenckiego życia. Nas-żółtodziobów akademickich zapytano, ile się uczymy i o której chodzimy spać.

- To kto z państwa chodzi spać po 22?

Podniosło się kilka rąk.

- Kto po 23?

Więcej rąk?

- A kto po północy?

Niemal cała grupa. Miażdżąca większość.

- A pan co? - kobieta zwraca na mnie uwagę; siedzę w pierwszej ławce - Pan w ogóle nie chodzi spać?

- Ja się kładę około 21.

Zapadła cisza.Serio. Nie wiem... Może pomyślano, że żartuję albo to jakaś prowokacja artystyczna.

Uwierzcie mi. Ja nie umiem inaczej. Próbowałem, próbowałem, ale nic z tego. W młodości, gdy chciałem jakiś horror w nocy obejrzeć (nie było jeszcze całodobowego TVN-u), musiałem zimną wodą spryskiwać twarz, szczypać się lub wstawać na spacer; trasa: kuchnia-łóżko-kuchnia. A i tak zasypiałem i budził mnie włączony telewizor, w którym buczał sygnał kontrolny.

Raz, jeden jedyny raz udało mi się zasnąć z książką. 

Budzę się rano i mówię sobie: "O! Jestem prawdziwym czytelnikiem! Czytam do późna. Klasa... Elitarny klub" 


Podniosłem się z łóżka. A wtedy okazało się, że zasnąwszy, osunąłem się na książkę. Zgniotłem haniebnie okładkę ("Labirynt śmierci" Philipa Dicka), która do dziś nosi bliznę po starciu z moją sennością. 

Ok, jest 21:14. Wiecie więc już co to może oznac..........................................

wtorek, 8 kwietnia 2014

Szał niekoncentracji

Gdy czasem w radiu lub telewizji słyszymy o pogodzie, która będzie "niekorzystnie wpływać na samopoczucie i powodować kłopoty z koncentracją", to potrafimy zbyć to wzruszeniem ramion. "Ja mam wieczne kłopoty z koncentracją. Czy może być gorzej?" - pytamy samych siebie i płyniemy dalej przez życie, ignorując fronty atmosferyczne, niskie lub wysokie ciśnienia.

Też taki byłem mądry i pełne buty. A tu mnie pokarało srodze. Poniedziałek. Budzę się cały niespokojny (pomijam tradycyjny poniedziałkowy niepokój), rozedrgany, jakbym najadł się czegoś pobudzającego i uspokajającego jednocześnie. Mój kolega z akademika, który palił haszysz i jednocześnie pił kawę, doświadczał pewnie czegoś podobnego.

W szkole? Pożal się Boże... Nie mogłem normalnego zdania sklecić. Myliłem się w najprostszych określeniach. szukałem całymi minutami odpowiednich słów, by nazwać nimi odpowiednie przedmioty. Na jednej z lekcji największą atrakcją był gołąb, który nie wiem jakim cudem wleciał prosto w okno, odbił się o szybę i poleciał dalej - nie zaś "Pieśń o spustoszeniu Podola" Jana Kochanowskiego. 

To jeszcze nic. Na innej lekcji omawiamy obraz Podkowińskiego "Szał uniesień"



Zaczynam zadawać pytania. A dlaczego ta kobieta jest naga? A dlaczego koń nie ma siodła? Nie ma uzdy? A dlaczego to ogier a nie klacz? 

"Spójrzcie jeszcze raz na tego konia. Na jego twarz..."

Ok, dosyć kompromitacji. Fakt jest jednak taki, że wiosenna pogoda daje mi się we znaki, a są to raczej stygmaty niż przyjemne dreszcze budzącej się przyrody. Okrągłą dobę boli mnie głowa. Bólem jednostajnym, monotonnym, dudniącym basem pod czaszką. Kolejne prochy pomagają na krótko. 

Tak, to mój drobny życiowy sukces, jestem światowej sławy meteopatą i przewiduję wahania ciśnienia zanim ogłoszą je w prognozie pogody. Widzę burze, grzmoty, wichury... Lepsze to niż nic, prawda? 

Chociaż - jak to mówią - każdy talent trzeba szlifować. Do bólu. Dosłownie. 

czwartek, 3 kwietnia 2014

Szukam sponsora, postaram się, obiecuję...

Ostatnio z Tymkiem przed zaśnięciem wałkujemy przygody Tytusa, Romka i A'Tomka. Rzecz jasna nie wszystkie księgi, bo niektóre są jeszcze  dla niego za trudne - na przykład nie rozumie częstego motywu przenoszenia się w czasie, nie umie tego uchwycić. Czas? Przeszłość? Tymek wciąż się pyta, ile to jest 15 minut, a gdzie tu mówić o stuleciach, poprzez które podróżują bohaterowie.

Niemniej zabawy mamy po pachy, bo sporo typowych Tytusowych klimatów bezbłędnie załapuje i śmiejemy się zdrowo z Papciowego poczucia humoru. "Jesteś niewypałem siódmej klasy!" - woła Tytus do Romka i już jest wesoło...

Czytam więc "Księgę V" - podróż wannolotem do "ćwierć koła świata." Przygody są fantastyczne. Szwecja, Anglia, Paryż... W końcu lądują w kapitalistycznym Nowym Jorku, gdzie widzą dolary leżące na ulicy. Oczywiście rzucają się zbierać banknoty, gdy nagle okazuje się, że to fałszywki - z jednej strony "martwy prezydent", z drugiej strony hasło reklamowe: "Pij co krok koko-sok!"

Tymkowi tak się spodobał ten epizod, że wpadliśmy na pomysł primaaprilisowego żartu. Inspiracja była konkretna. A oto owoc naszych starań:



Gdy w największej tajemnicy przez Mamą swoją Tymek wycinał pokserowane w powiększeniu banknoty, już nie mógł wytrzymać ze śmiechu. Ledwie nożyczkami operował. A gdy rozsypał "pieniądze" w salonie, zawołał ofiarę żartu i krzyczał: "Mamo, zobacz, ile pieniędzy leży na podłodze!", łzy leciały mu z oczu...



Mówię Wam, niewiele trzeba, by być parentingowym blogerem...

Zasponsoruje mnie jakaś firma? Please...

;-)

wtorek, 1 kwietnia 2014

Urywki ostatniości XV

I

Jak to możliwe, że wiosną mamy tak ładną pogodę? Aż wierzyć się nie chce, że prawie rok temu o tej porze śnieg się kładł miękko po ulicach i zimowe buty, płaszcze, czapki trzeba było dzień w dzień nosić. Jest jakaś forma sprawiedliwości na tym świecie. Chyba...

Od prawie miesiąca moje miasteczko jest jednym wielkim placem budowy - znalazły się finanse, by zmodernizować rynek, postawić fontannę, zaorać wszystko, co jako tako wyglądało, rozplanować oświetlenie, deptak, stojaki dla rowerów i Bóg wie, co tam jeszcze...

Fakt jest taki, że wraz z zamknięciem "centrum", przez które toczył się cały ruch kołowy, trzeba było pchnąć samochody osobowe i autobusy bokami miasteczka. Na przykład moją ulicą. Oczywiście przystanek autobusowy ustawiono DOKŁADNIE na przeciwko naszych okien, chociaż nie jest aż tak źle, zważywszy na to, jakie męczarnie przeżywają sąsiedzi, pod których oknami od rana do wieczora snują się czekający na transport ludzie. 

Siadają na schodach prowadzących do domu. Siadają... To nie jest największą atrakcją - polskie przystanki autobusowe często służą również celom... wyskokowym...i już nie raz zdarzyło mi się oglądać amatorów mocniejszych oranżad, którzy rozpierali się na schodach u sąsiadów. Leży taki agregat rozpłaszczony na trzech stopniach, obok pusta butelka i równie próżna nadzieja, że szybko się skończy ten remont i autobusy przestaną sunąć naszą wąziuteńką ulicą.

Co do ulicy samej - latarnia (znów na przeciwko naszych okien) psuje się. Być może to tylko żarówka zdycha, bo w ciągu minuty potrafi zapalić się i zgasnąć około 10 razy. Irytujące to niemożliwie. Być może to jakaś testowa wersja latarni "w czasach kryzysu" i lada dzień pojawi się odpowiednia instrukcja: "Chcesz, by latarnia świeciła całą noc? Wrzuć monetę." I żeby tylko monetę, podpowiada mi instynkt...

II

Nasz okoliczny plac zabaw dla dzieci wciąż zamknięty. W zeszłym roku dopiero w maju  otworzono bramę, by dzieciaki mogły śmigać na zjeżdżalniach i huśtawkach. Teraz mamy wybitnie szybką wiosnę. Ma skubana refleks, więc pusty zatrzaśnięty ogródek jordanowski wygląda jak wyrzut sumienia. 

Dzieciaki, w tym moja dwójka, snują się w pobliżu, dopytują się, kiedy w końcu otworzą, kiedy w końcu będzie można się bawić? Co mam zrobić? Złamać prawo - w naszym kraju to jedyna droga prowadząca do normalności. Przenoszę Tymka przez niskie ogrodzenie. Potem jego koleżankę. Drugą koleżankę. Potem Kalinę. Na końcu sam wskakuję. Kilkanaście minut później trafił się jeszcze jeden, obcy chłopak, który bawił się z tutejszymi w piaskownicy. Jego też przeniosłem...

Dzieci szaleją. Piski, krzyki, śmiech... Rzecz jasna już mam przygotowany tekst na wypadek, gdyby któraś z "dyżurujących" sąsiadek się odezwała. 

- Nie wolno tu wchodzić! Ja tu pilnuję! - powiedziałaby jakaś nadgorliwa i nieżyczliwa.
- Jak pani wpuści dzieci do swojego ogródka, to już je stąd zabieram - odpowiedziałbym.

Na wypadek kolizji ze strażą miejską też miałbym niezły argument - na tablicy z regulaminem placu zabaw nie ma ANI SŁOWA o tym, że nie można się bawić na zamkniętym placu. Wiem, nie brzmiałbym zbyt przekonująco, ale może dałbym czas dzieciom, by się dyskretnie schowały w krzakach... 

Tak czy siak, zadzwoniłem dziś gdzie trzeba i plac mają "na dniach" otworzyć. Oby...

III

A niedziela ostatnia? Cóż, pojechałem z Tymkiem kupić buty. Do Poznania. Cieszyliśmy się zakupami. Miło było. Wesoło. Nie powiem. Ale po powrocie Synka rozłożyło. Gorączka, wymioty, gasł w oczach... 

Noc ledwo przespana. Dyżurny dewot w mojej głowie powtarzał: "Trzeba było iść do kościoła w niedzielę, a nie na zakupy!" Rano dramatycznie, bo Tymek głowy podnieść nie może. Kark go boli, co jest jednoznacznym objawem, o zgrozo!, zapalenia opon mózgowych! W pakiecie mamy jeszcze zawroty głowy.

Jedziemy do lekarza. Orzeczenie - angina. Ufff, banał, myślę sobie, ale mamy obserwować i jakby bóle głowy nie ustępowały, a kark sztywniał, mielibyśmy NATYCHMIAST do szpitala jechać.

Dziś wtorek - po nerwowym poniedziałku, trochę lepiej i spokojniej. 

Leczymy się. I staramy się nie wypatrywać niepokojących objawów.

Bo jak mawiał Mark Twain: "W życiu przeżyłem wiele strasznych rzeczy. Część z nich zdarzyła się naprawdę."