sobota, 22 marca 2014

Piaskownica

Piaskownica. Nie, nie ta podwórkowa. Ta, którą (oby tak) macie w swoich komputerach. Tutaj krótka informacja: "Na początek warto powiedzieć sobie, czym tak naprawdę jest ten tajemniczy sandbox i po co w ogóle wprowadzono go do pakietu. W polskim tłumaczeniu oznacza to piaskownicę, co jest zresztą bardzo trafnym skrótem działania mechanizmu – polega on na wirtualizacji środowiska w którym uruchamiamy dany program, po pozwala na praktycznie całkowite odizolowanie go od rzeczywistego systemu operacyjnego, oraz już zainstalowanego i działającego oprogramowania. Tłumacząc to z polskiego na polski: program działa, ale faktycznie nie ma dostępu do żadnych zaawansowanych części naszego systemu, znajduje się właśnie w niejako piaskownicy, w której może dowolnie przewalać piasek, rozgrzebywać go, a nie jest w stanie naruszyć niczego na zewnątrz."

Wzięte ze strony https://tkacz.net.pl/konfiguracja-comodo-sandbox-piaskownica/, tekst autorstwa Łukasza Tkacza.

Jednak nie będzie to post o informatycznych zawiłościach, w których nie poruszam się aż tak dobrze, bym mógł się nimi rozkoszować publicznie na blogu. Raczej pisać dziś będę skacząc z tematu na temat, ale w sumie da się jakiś jeden rdzeń wymacać. 

Piaskownica, powtórzę, izoluje rdzeń komputera przed zainfekowaniem go z zewnątrz. Wirusy, każde inne świństwo, zostaje strącone w bezpieczne i zamknięte odmęty twardego dysku, gdzie mogą sobie hasać do woli. Ile chcą. Krzywdy nie zrobią. Stabilności nie zburzą.

Pomyślałem sobie, że dobrze mieć wewnątrz samego siebie taką piaskownicę. Miejsce "oddzielne", gdzie kumulować siłą woli będziemy to, co burzy nasz spokój, stabilność emocjonalną, równowagę ducha. Brzmi dziwacznie? No ba! W naszych czasach pewnie tak, skoro preferuje się raczej swobodną erupcję uczuć i uczuciami właśnie tłumaczy się wszelkie głupoty, jakie skorzy jesteśmy popełniać.

Przygotowywałem się akurat do lekcji o "Trenach" Kochanowskiego, poczytałem trochę stoików i o stoikach i... Olśniło mnie zdanie, że nasze szczęście nie zależy od warunków zewnętrznych. Powinniśmy osiągnąć taki stan, byśmy mogli podpisać się pod słowami Poety: "Na szczęście wszelakie/serce masz mieć jednakie."

Stoicyzm pełną gębą. Zachować spokój. Powiedzieć sobie, że moje szczęście (czytaj: spokój) nie zależny od tego, co przychodzi z zewnątrz. W razie czego popatrzeć na wszystko zachowując taką właśnie perspektywę:


W momencie, gdy wszelkie zinstytucjonalizowane formy religijności zaczęły powoli bankrutować, a sama religia (chrześcijańska) jawiła się jako siedlisko krzyżujących się paradoksów, które niepotrzebnie zatrzymują na sobie myśl i są w sumie nie do udźwignięcia dla (mojego) umysłu, filozofia stoicka (ok, jej podstawowe elementy na razie)  zaczynały błyszczeć. Uporządkowały mi wnętrze w tempie ekspresowym.

Ok, możecie pomyśleć, że to jakieś sekciarskie, nawiedzone, ale to zaczęło działać!

Po pierwsze - zacząłem sam siebie przekonywać, że nic (lub niewiele) nie jest w stanie zakłócić mojego wnętrza. Okoliczności zewnętrzne nie mogą zaburzyć mojej wewnętrznej równowagi. Zacząłem sobie wmawiać, że jestem spokojny. Wmawiać, dosłownie. I... podziałało! W ciągu tygodnia - siedmiu dni całych - na palcach jednej ręki policzyłbym momenty, gdy się lekko zagotowałem. Wcześniej irytowało mnie niemal wszystko - od posianych gdzieś kluczy po niegrzecznych uczniów lub brak miejsca dla samochodu przed własnym domem. Teraz - nic. Niemal nic.

Po drugie - nie myślcie, że nie miałem co robić w tym tygodniu. Miałem na środę do zorganizowania apel z okazji święta patrona szkoły. Niewiele się kleiło. Pogoda była fatalna, wciąż coś siąpiło z nieba, a my na boisku szkolnym mieliśmy inscenizować okoliczności powstania "Mazurka Dąbrowskiego." No i miały być żywe konie w liczbie cztery, które zjawiły się 10 minut przed rozpoczęciem całej akcji... Nic mnie nie ruszało.

W piątek było nieoficjalne święto szkoły. Tradycja kazała przebrać się nauczycielom za znane gwiazdy muzyki rozrywkowej i na scenie udawać, że się śpiewa. Szedłem więc do szkoły, czując nerwowy stres, ucisk pulsujący w brzuchu. Doskonale znam ten objaw nerwowy. Ale potem pomyślałem sobie tak: "Ty się nie denerwujesz, stary. Ten ucisk to taki sam somatyczny objaw co na przykład ból kolana lub łokcia. Przeszkadzałby ci bolący łokieć w udawaniu na scenie metalowego wokalisty? Nie. No więc widzisz. Nie ma się czym przejmować." 

No wiec stałem na scenie przed tłumem uczniów. Miałem perukę. Łańcuch na szyi, łańcuch u spodni. Kupiłem w markecie budowlanym. Trzymałem gitarę basową i udawałem, że śpiewam i gram.

Zero stresu. Moje ciało się kołysało, twarz robiła groźne miny, ale właściwe JA tkwiło bezpieczne w futerale, który miotał się po scenie.

Tak więc widzicie, moi kochani, można sobie wmówić bardzo wiele. Nawet to, że jest się zwycięzcą. ;-)




Tymczasem urywam i pozdrawiam z frontu walki o lepsze, spokojniejsze, jutro. Lecę sprawdzać prace klasowe. A gdy skończę pewną przewidzianą na ten szalony sobotni partię, wtedy sobie spokojnie wypiję dobre piwo.

Czego i Wam życzę. 

11 komentarzy:

  1. Moje życie nie jest takie samo odkąd obejrzałam ten krótki film : ))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filmik treningowy dla studentów logopedii.

      pzdr

      Usuń
  2. Nigdy nie lubiłem tych wszystkich „świąt szkoły, akademii itd. Niestety zawsze musiałem brać w nich udział...
    A filmik niszczy kosmos po prostu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znałeś tego? Kurde, myślałem, że jesteś zwycięzcą. ;-)

      pzdr

      Usuń
  3. No dobra, ale teraz poproszę poradniczek dla kobiety. Poparty przykładem (żywym lub jeszcze żywym).
    ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kusisz mnie, żebym dokonał rzeczy niemożliwej? ;-)

      Żarcik taki.

      Ale noszę się z zamiarem spisywania czegoś tam (nie chce nazywać tego ćwiczeniami...), co mi pomaga. Może mnie natchniesz i kolejny blog powstanie?

      Tymczasem pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    2. Natychaj, natychaj... Każdego zapładniać i natychać! A kto mnie będzie natychał i kusił do niemożliwego? Sama! Wszystko siama, siama... Chyba, że...szpak bociana?
      W udzielaniu rad jestem świetna, zaznaczam! ;)

      Usuń
  4. Bosy, ja się boję tego pana z filmu!

    A fco jefli ktoś nie kce być zwyfienscom?

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, no chłopie! :) Serce mi rośnie, jak Cię czytam. Twoje podejście ewoluuje w doskonałą stronę. To co piszesz, nie jest sekciarskie, wręcz przeciwnie. Filozofia jest mądrością, a religia nie jawi się, tylko jest zlepkiem sprzeczności. Sam widzisz, co działa, a co nie.
    Ten gostek, który jest zzmwysięsscą - "urzekający". Jak go słucham, to nie chcę być zwycięzcą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobre podejście, choć trudno je chyba w sobie wyrobić. Osobiście się staram, wychodzi różnie. A może wychodzi paradoksalnie. Bo potrafię być (w miarę) spokojny w poważnych (i trudnych) sytuacjach, za to głupoty przeróżne wyprowadzają mnie z równowagi. Generalnie myślę tak: w życiu zawsze się ułoży i będzie dobrze. I zawsze jest. Może to ja mam w życiu szczęście, ale zawsze mi się właśnie układało. To pomaga w byciu stoikiem :-)
    Za to brak miejsca do zaparkowania pod własnym płotem mnie czasem tak wk****a, że aż mi wstyd po czasie. Albo inne tym podobne, nieistotne bzdury.
    Być może nie można być stoikiem zawsze. Dziś to by chyba nawet było źle odbierane: w końcu stoicy dążyli do osiągnięcia 'apathei' - beznamiętnego stanu, w którym nic człowieka nie rusza. A świat wymaga od nas, żebyśmy się angażowali, walczyli, byli aktywni, zresztą może to i dobrze. Taki wiecznie apatyczny stoik chyba nie do końca by przystawał do świata.

    P.S. Ten gość z filmiku będzie mi się śnił po nocach. Będę się budził zlany potem...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.