czwartek, 27 marca 2014

Mniej niż 100 000 i takie tam z regionu

Snuję się w kuchni. Wczesne popołudnie. Lokalne radio, poznańskie. Zaczyna się tak zwana popołudniówka, w której po reportersku prezentuje się materiały z całej Wielkopolski. Z wszystkich jej zakątków. 

Pojawia się zajawka taka - jakiś zmęczony życiem głos kobiety mówi mniej więcej tak: "Widzi pan tę ulicę? Tu kiedyś ludzie żyli. Normalnie było. A teraz? Puste lokale. Puste kamienice, bo właściciele się znaleźli, ale nikt nie chce w nich mieszkać. Okna deskami zabite..."

"Za parę minut usłyszą Państwo cały materiał z jednego z wielkopolskich miast. Zapraszamy..." - mówi redaktor i serwuje nam piosenkę Toma Waitsa "Downtown train." Miłe zaskoczenie...

I czegóż się doczekałem, gdy Tom przestał rzęzić swoją przepiękną piosenkę? Materiału o moim rodzinnym Kaliszu. Tak. Tak coś czułem... Okazuje się, że Kalisz się wyludnia. Rodzi się mniej dzieciaków, coraz mniej. A coraz więcej "starych" mieszkańców przeprowadza się na tamten świat (oby lepszy...) lub wyprowadza się do innych miast. Kalisz za chwilę straci, o la Boga!, status miasta, które ma 100 000 mieszkańców. 

Radni debatują więc, co zrobić w tym przypadku. Jak ratować "ilość" Kalisza. Wymyślono, że należy rozszerzyć formułę karty dla rodziny wielodzietnej. Rozszerzyć w następujący sposób - uznać za rodziny wielodzietne te, które mają DWÓJKĘ i więcej pociech. O ho, nie wiedziałem, że ja z moim Tymkiem i moją Kaliną stanowimy wielodzietną rodzinę. U nas, pod Poznaniem, wielodzietni nie jesteśmy, ale wystarczy 100 kilometrów w dół mapy i już się definicja zmienia...

Rozmowny radny tłumaczy wszystko tak: "Jeżeli jakaś rodzina zastanawia się, czy decydować się na drugie dziecko, powinna poczuć, że dostanie od państwa wsparcie. Ulgi wszelkiego rodzaju na bardzo wiele różnych okoliczności."

Idąc dalej tym tropem, powinniśmy za chwilę za rodzinę wielodzietną uznać parę, która dopiero maleństwa się spodziewa lub zaczyna sobie planować, w jakiej pozycji spłodzić chłopca a w jakiej dziewczynkę... 

W sumie to smutne, że mój kraj lat dziecinnych pustoszeje, czas wszystkich wywieje, rozpuści się ta przestrzeń, która zorganizowała mi dzieciństwo i młodość... 


Oby nie tak to się wszystko skończyło...


Z drugiej strony coś bardziej optymistycznego. Pobliskie większe miasto - Września. Od jakiegoś czasu mieszkańcy Wrześni cali w skowronkach, bo niemiecki Volkswagen wybrał to miasto na miejsce, w którym powstanie wielka fabryka tego koncernu. Miasto walczące z potwornym (jak na Wielkopolskę) bezrobociem zareagowało entuzjastycznie. Trudno się dziwić. Czeka ponad 2000 miejsc pracy.

Historia chichocze, bo Wrześnię pamiętamy ze słynnych "dzieci wrzesińskich", które germanić się nie chciały i strajki urządzały, by móc modlić się po polsku, a nie po niemiecku. A teraz słychać we Wrześni takie głosy (zasłyszane w radio): "Dobrze, że ci Niemcy do nas trafili. Już nie będzie Obozu Pracy-Września. O nie. Już nie będzie pracy za marne grosze (u Polaków - mój dopisek). Teraz ci, którzy do tej pory dawali robotę we Wrześni, to całować po rękach będą ludzi, żeby u nich pracowali. Do Niemców pójdą wszyscy. Tak będzie. I dobrze!"

Krótko mówiąc, dobrze. A nieco dłużej mówiąc - bliżej mi do zacytowanej postawy niż do głosów, które by podobną radość krytykowały. To tak jakby co...

PS

Drugi tydzień bycia stoikiem mija spokojnie.

;-)

sobota, 22 marca 2014

Piaskownica

Piaskownica. Nie, nie ta podwórkowa. Ta, którą (oby tak) macie w swoich komputerach. Tutaj krótka informacja: "Na początek warto powiedzieć sobie, czym tak naprawdę jest ten tajemniczy sandbox i po co w ogóle wprowadzono go do pakietu. W polskim tłumaczeniu oznacza to piaskownicę, co jest zresztą bardzo trafnym skrótem działania mechanizmu – polega on na wirtualizacji środowiska w którym uruchamiamy dany program, po pozwala na praktycznie całkowite odizolowanie go od rzeczywistego systemu operacyjnego, oraz już zainstalowanego i działającego oprogramowania. Tłumacząc to z polskiego na polski: program działa, ale faktycznie nie ma dostępu do żadnych zaawansowanych części naszego systemu, znajduje się właśnie w niejako piaskownicy, w której może dowolnie przewalać piasek, rozgrzebywać go, a nie jest w stanie naruszyć niczego na zewnątrz."

Wzięte ze strony https://tkacz.net.pl/konfiguracja-comodo-sandbox-piaskownica/, tekst autorstwa Łukasza Tkacza.

Jednak nie będzie to post o informatycznych zawiłościach, w których nie poruszam się aż tak dobrze, bym mógł się nimi rozkoszować publicznie na blogu. Raczej pisać dziś będę skacząc z tematu na temat, ale w sumie da się jakiś jeden rdzeń wymacać. 

Piaskownica, powtórzę, izoluje rdzeń komputera przed zainfekowaniem go z zewnątrz. Wirusy, każde inne świństwo, zostaje strącone w bezpieczne i zamknięte odmęty twardego dysku, gdzie mogą sobie hasać do woli. Ile chcą. Krzywdy nie zrobią. Stabilności nie zburzą.

Pomyślałem sobie, że dobrze mieć wewnątrz samego siebie taką piaskownicę. Miejsce "oddzielne", gdzie kumulować siłą woli będziemy to, co burzy nasz spokój, stabilność emocjonalną, równowagę ducha. Brzmi dziwacznie? No ba! W naszych czasach pewnie tak, skoro preferuje się raczej swobodną erupcję uczuć i uczuciami właśnie tłumaczy się wszelkie głupoty, jakie skorzy jesteśmy popełniać.

Przygotowywałem się akurat do lekcji o "Trenach" Kochanowskiego, poczytałem trochę stoików i o stoikach i... Olśniło mnie zdanie, że nasze szczęście nie zależy od warunków zewnętrznych. Powinniśmy osiągnąć taki stan, byśmy mogli podpisać się pod słowami Poety: "Na szczęście wszelakie/serce masz mieć jednakie."

Stoicyzm pełną gębą. Zachować spokój. Powiedzieć sobie, że moje szczęście (czytaj: spokój) nie zależny od tego, co przychodzi z zewnątrz. W razie czego popatrzeć na wszystko zachowując taką właśnie perspektywę:


W momencie, gdy wszelkie zinstytucjonalizowane formy religijności zaczęły powoli bankrutować, a sama religia (chrześcijańska) jawiła się jako siedlisko krzyżujących się paradoksów, które niepotrzebnie zatrzymują na sobie myśl i są w sumie nie do udźwignięcia dla (mojego) umysłu, filozofia stoicka (ok, jej podstawowe elementy na razie)  zaczynały błyszczeć. Uporządkowały mi wnętrze w tempie ekspresowym.

Ok, możecie pomyśleć, że to jakieś sekciarskie, nawiedzone, ale to zaczęło działać!

Po pierwsze - zacząłem sam siebie przekonywać, że nic (lub niewiele) nie jest w stanie zakłócić mojego wnętrza. Okoliczności zewnętrzne nie mogą zaburzyć mojej wewnętrznej równowagi. Zacząłem sobie wmawiać, że jestem spokojny. Wmawiać, dosłownie. I... podziałało! W ciągu tygodnia - siedmiu dni całych - na palcach jednej ręki policzyłbym momenty, gdy się lekko zagotowałem. Wcześniej irytowało mnie niemal wszystko - od posianych gdzieś kluczy po niegrzecznych uczniów lub brak miejsca dla samochodu przed własnym domem. Teraz - nic. Niemal nic.

Po drugie - nie myślcie, że nie miałem co robić w tym tygodniu. Miałem na środę do zorganizowania apel z okazji święta patrona szkoły. Niewiele się kleiło. Pogoda była fatalna, wciąż coś siąpiło z nieba, a my na boisku szkolnym mieliśmy inscenizować okoliczności powstania "Mazurka Dąbrowskiego." No i miały być żywe konie w liczbie cztery, które zjawiły się 10 minut przed rozpoczęciem całej akcji... Nic mnie nie ruszało.

W piątek było nieoficjalne święto szkoły. Tradycja kazała przebrać się nauczycielom za znane gwiazdy muzyki rozrywkowej i na scenie udawać, że się śpiewa. Szedłem więc do szkoły, czując nerwowy stres, ucisk pulsujący w brzuchu. Doskonale znam ten objaw nerwowy. Ale potem pomyślałem sobie tak: "Ty się nie denerwujesz, stary. Ten ucisk to taki sam somatyczny objaw co na przykład ból kolana lub łokcia. Przeszkadzałby ci bolący łokieć w udawaniu na scenie metalowego wokalisty? Nie. No więc widzisz. Nie ma się czym przejmować." 

No wiec stałem na scenie przed tłumem uczniów. Miałem perukę. Łańcuch na szyi, łańcuch u spodni. Kupiłem w markecie budowlanym. Trzymałem gitarę basową i udawałem, że śpiewam i gram.

Zero stresu. Moje ciało się kołysało, twarz robiła groźne miny, ale właściwe JA tkwiło bezpieczne w futerale, który miotał się po scenie.

Tak więc widzicie, moi kochani, można sobie wmówić bardzo wiele. Nawet to, że jest się zwycięzcą. ;-)




Tymczasem urywam i pozdrawiam z frontu walki o lepsze, spokojniejsze, jutro. Lecę sprawdzać prace klasowe. A gdy skończę pewną przewidzianą na ten szalony sobotni partię, wtedy sobie spokojnie wypiję dobre piwo.

Czego i Wam życzę. 

niedziela, 16 marca 2014

Po chińsku

Czego to człowiek nie zrobi w pochmurny, deszczowo-wietrzny dzień...

Tymek ma od września w przedszkolu angielski. Radzi sobie w miarę, chociaż nie przepada za tymi zajęciami, bo delikatnie odstaje od reszty. Reszta, większość w sumie pewna, miała angielski już wcześniej, gdy zajęcia te były fakultatywne. Teraz są obowiązkowe, więc dysproporcje się ujawniły.

Jasne, nie ma jeszcze najmniejszego powodu do obaw. Po prostu sobie delikatnie raz po raz coś po angielsku nazywamy. Żadnych stresów.

Ostatnio Synek zadał pytanie, jak jest po angielsku "sikorka." Nie wiedziałem, ale mój telefon ma bardzo solidny słownik, któremu nawet można pytania głosem z paszczy zadawać. No więc mówię:

- Sikorka!
- Tit - odpowiada mechaniczny głos i już wiemy.

Pomyślałem sobie, że to całkiem fajny patent, by dziecko przynajmniej przez chwilę zainteresować obcym językiem. Ech, "zainteresować" to nawet zbyt poważne słowo...

Po pewnym czasie przyszło mi do głowy, że skoro mogę powiedzieć coś po polsku i wiem, jak będzie to brzmiało w dowolnym języku świata, to dlaczego nie zrobić czegoś odwrotnego? Powiedzieć coś po angielsku, by przetłumaczono na polski... Eeee, a dlaczego po angielsku? Po chińsku spróbujmy, pomyślałem sobie, i przysłowiową chińszczyzną zacząłem do telefonu mówić.

Telefon zaczął bezpośrednio z "chińskiego" na polski przenosić. Możecie mi nie wierzyć, ale po chińsku mówię całkiem przyzwoicie, chociaż nie zawsze wiem, co mówię. Po polsku też mi się tak zdarza.

Oto próbki moich umiejętności. Oto, co zrozumiałby z moich wypowiedzi rodowity Chińczyk po chińsku słuchający:

- Bóg zawierający oleje, krewetki. Płyniemy!

- Obojczyk jest wciąż ten sam.

- Tak, dobrze, powiedziałem im, że się nie boję.

- Zakupy przez głowę.

- Jestem naprawdę zawstydzony. Moje szelki też.

- Pięć lat badań nad bezpieczeństwem ludzi.

- Jestem znudzony. Ach, och, ach.

- Dałem dziecku zrobić bilety do teatru.

- Moje serce przez 13 lat młodych. (Tu moja Żona powiedziała, że mogę wiersze po chińsku pisać.)

- Korea Południowa i NATO chcą uciec do Sin City.

I moje ulubione:

- Witaj! Rozrywka medyczna bez ograniczeń!

Starałem się potem zmienić język oryginału i mówić coś po arabsku, bułgarsku i chyba filipińsku. Nie wychodziło jednak najlepiej. Nie znam tych języków tak dobrze jak chińskiego...

czwartek, 13 marca 2014

Po-środku tygodnia

Ależ mnie zmogło wczoraj. Zmęczony cały dzień chodziłem, niczego konstruktywnego za sobą nie zostawiłem, a czułem, że powietrze ze mnie uchodzi, siada mi napięcie i dramatycznie potrzebuję snu. Nawet kawę wypiłem, by jakieś pomniejsze egzorcyzmy nad tą sennością odprawić, ale się nie udały... Demony tego typu przegnać może tylko zdrowy sen sprawiedliwego.

Położyłem się 21:30 i obudziłem o 6 rano. Po drodze stado snów - a że z braćmi w piłkę szedłem grać, a że znów żyję w latach 80, mam się dobrze i dużo dobrego przede mną. Jest tak... pastelowo? Tak jak na przebarwionych zdjęciach. Na starych widokówkach. Z głębin czego, co zostało daleko...


Tak mnie wzięło znowu wstecz. Pod prąd czasu. Sięgnąłem po jakiś stary zeszyt, dziennik, w którym jakieś zapiski prowadziłem niemożliwie małymi literkami i nagle spomiędzy kartek wypadł mi oficjalny dyplom uznania:


Przyznam jednak szczerze, że sytuacja nie była do końca uczciwa. Do klasy VIIIa nie chodziłem. Zdobyłem ten cenny dyplom całe lata temu, gdy trzy wrześniowe tygodnie musiałem spędzać praktykując zawód nauczyciela w podstawówce, do której sam chodziłem jako dzieciak. 

Sami widzicie, że chłopcy z klasy VIIIa mogli mieć uzasadnione pretensje i wątpliwości co do prawidłowości wyników głosowania na "Mistera", ale z drugiej strony, powiem nieskromnie, że po prostu ich wykosiłem...

;-)

Tak to się dzień dzisiejszy poukładał. Ani on lepszy, ani gorszy od innych. Po prostu połowa marca. Jutro piątek. Może jakoś się wszyscy tam pomieścimy... 

PS

Kierując się owczym pędem, modą lub czymś innym upokarzającym, założyłem sobie konto tutaj:


Można korzystać, ale cudów nie obiecuję i się też nie spodziewam. 

PA!

poniedziałek, 10 marca 2014

Po stole

Przypomniało się. Ostatni rok obowiązkowego poboru do wojska. Jadę autobusem, a za mną jedzie cała potężna grupa rozmawiająca ze sobą najczystszą gwarą śląska. Co tu robią, myślę sobie, dokąd jadą. Ja jadę do pracy, do szkoły, a oni? Kobiety, mężczyźni. Gdzie jadą? Potem mnie olśniło. Przysięga wojskowa! Jadą na przysięgę. Przecież w miasteczku, w którym uczę, jest jednostka, więc pewnie jadą na przysięgę. Tak wtedy kombinowałem. Może się nawet nie myliłem. W każdym razie dawno to było.

Wsłuchuję się. Większość rozumiem, chociaż muszę przetłumaczyć sobie inny akcent i leksykę. A z tego, co słyszę, rysuję sobie dość humorystyczny obrazek. Jadą już z tego Śląska kilka ładnych godzin i jednej kwestii nie mogą się nadziwić. Irytuje to ich sakramencko:

- Cholera! - tłumaczę ze śląskiego na ogólnopolski - Jedziemy i jedziemy. Tyle godzin, a tu ciągle płasko. Płasko jak na stole. Porzygać się można z nudów...

Fakt. Jechałem z Tymkiem do Kalisza w piątek. Płasko jak po stole. Z paroma fałdami.

No i brzydka ta zastawa stołowa, bo pościnane drzewa na poboczach. Bo małe wioski, które rzucają się w oczy dzięki wulgarnym komisom samochodowym, jakie straszą raz z lewej, raz z prawej strony. Bo ta cała pstrokacizna tanich reklam, ogłoszeń i zawiadomień przed każdą większą miejscowością.

Mgła gęstniała. Powoli. Z daleka zamajaczył nam Kalisz. I wielki okrągły szpital na rogatkach miasta.

Cukiernica.

***

W Kaliszu moi Rodzice. Oj, już powoli staruszkowie. Pamiętam, jak mając mało lat uświadomiłem sobie, że piosenka z "Czterdziestolatka" ("Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień...") zaczyna dotyczyć mojego Taty. Czterdziestolatek - myślałem sobie, chociaż nie umiałem nazwać tych emocji, mając lat być może 8? 10?

Za jakiś czas to ja będę czterdziestolatkiem... Teraz umiem nazwać te emocje, ale nie chcę. Być może się boję.  

W ich małym domku z ogródkiem piec kaflowy. Wciąż czynny. Pali się w nim drewnem z porąbanych palet lub, jak ostatnio, pociętym przez służby komunalne drzewem.

- Zadzwoniłem, gdzie trzeba - mówi Ojciec - bo drzew, wiesz, to z ulicy, patrzę, a ono jest całe puste w środku. Spróchniałe. No to przyjechali, ścięli. Dałem im na piwo, to dali mi trochę tego drzewa. Mieliśmy czym palić.

Tak. Po tym drzewie się wspinałem. Tam się wdrapywały moje koty, które potem musiałem ratować.

Taka tania i bezwstydnie nostalgiczna scenka.

***

Mój bratanek, siedmiolatek, dostał karę w szkole.

- No powiedz, jaką karę z chłopakami dostaliście - mówi mój Brat - No powiedz, nie wstydź się.

Bratanek milczy.

- A za co dostali karę? - pytam.

- Gadali i nie słuchali pani.

- To co to za kara była?

- Musieli tańczyć z dziewczynami. A on miał szczęście, bo szybko po niego do szkoły dziadek przyszedł i go przed końcem kary wypuściła pani.

***

Mama moja się autentycznie przejęła moimi bólami głowy. Oj, boli, gdy się zmienia pogoda lub gdy się pogoda nie zmienia. Boli częściej niż rzadziej.

Wyciąga elektroniczny ciśnieniomierz i już wszystko wie. Mam przerażająco niskie "podciśnienie." Dwa razy z rzędu sprawdziła. Potem następnego dnia ranem też. Wyniki były niepokojąco zbliżone.

- Już ja cię sprawdzę - mówi - masz mi do lekarza iść w tym tygodniu. Tu nie ma żartów.

***

Rytm życia moich Rodziców. Sobota. Około godziny 17. Moja Mama mówi do Taty:

- To co ojciec? Po "Teleexpressie" ścielimy i idziemy spać?

Zachód słońca 17:35.

piątek, 7 marca 2014

Na do zo

Ufff, w końcu odwiedzę dzisiaj moich staruszków w Kaliszu. Jadę z Synkiem na weekend, więc liczcie, kochani, na jakąś tamtejszą impresję...

Nie szukajcie mnie więc w najbliższym czasie pod starym adresem, ale na pocieszenie dodam, że w sąsiedniej miejscowości jutro (Dzień Kobiet) odbędzie się pokazu umiejętności czarnoskórych striptizerów.

Chociaż nie wiem, czy nawet oni są w stanie komuś zrekompensować moją krótką nieobecność...

Pa!

środa, 5 marca 2014

O niemaniu

Czytam dziennik Mariusza Wilka, tę jego część ostatnią, "Dom włóczęgi." Autor opowiada między innymi o starości jednego z najlepszych polskich malarzy XX wieku - Józefa Czapskiego. Czapski pod koniec życia wciąż narzeka, że ma mało czasu. O wiele za mało. Lubi przy tym przytaczać zdanie francuskiego pisarza Jeana Rostanda: Utracony przyjaciel to zysk na czasie.

Początkowo buntowałem się przeciwko tym słowom, szukając w nich czegoś podejrzanego, fałszywego wręcz. Mizantropia swoją drogą, ale żeby aż tak przeliczać? No co pan, panie Czapski? Jak tak można?

Jednak stopniowo topniał mój opór. Zdanie to weszło we mnie jak gorący nóż w masło. Dlaczego? 

Dość długo przeżywałem fakt, że od czasów studiów (końca) nie potrafiłem znaleźć w swoim życiu nikogo, kogo mógłbym z czystym sumieniem nazwać przyjacielem lub bliskim znajomym. No nikt się nie trafiał. Jak okiem sięgnąć w najbliższej okolicy (i pracy) nie było nikogo, z kim mógłbym na piwo wyskoczyć, spędzić kilka godzin na niezobowiązującym gapieniu się w przestrzeń (w przestrzeni mogą rzecz jasna poruszać się obiekty, płci przeciwnej, dodajmy...). Rozumiecie?

Czasu nie ma. Okoliczności nie ma... Tak sobie tłumaczyłem. A potem mnie olśniło. 

A może ja wcale tych przyjaciół nie potrzebuję i tak naprawdę chciałem się tylko "usprawiedliwić" historiami o niemożliwościach przeróżnych, o przeszkodach, o przepaściach, jakie dzielą mnie i innych - potencjalnych bliskich...

No i skoro tak żywiołowo zareagowałem na zdanie o utraconym przyjacielu, musiało być coś na rzeczy. Zacząłem się uważniej przyglądać. Samemu sobie. A może to jest moją konstytucją? Może "manie" przyjaciół jest wmówionym mi przez świat, kulturę i całą resztę pewnym pożądanym stanem, więc przez długie lata myślałem, że ze mną jest coś nie tak, skoro ich nie mam?

Przecież jest serial "Przyjaciele." Komediowy, miły, nawet zabawny. Nie ma serialu komediowego "Gapiący się przez okno odludek, który udaje, że nikogo nie ma w domu, gdy ktoś dzwoni do drzwi."

Wybaczcie te autotematyczne rozważania, ale być może sprowokuję kogoś do prześwietlenia samego siebie. Pewnie (?) każdy z nas pielęgnuje jakieś poczucie braku, niedosytu, pustki, więc, kto wie, być może warto się z tą pustką nomen omen zaprzyjaźnić.

Lub nawet zaryzykować stwierdzenie, że skoro tak długo obywałem się bez czegoś, to może tak naprawdę tego nie potrzebuję?

Sam już nie wiem...

wtorek, 4 marca 2014

O szefowaniu

Synek wraca z przedszkola. Jest coś nie w sosie widzę, ale zapytany o to, co się stało, tradycyjnie odpowiada, że wszystko dobrze lub „nie pamiętam, a czy to jest takie ważne?”

No i wieczorem tradycyjnie pamięć mu wraca, więc opowiada:
- Tata, dziś byłem przywódcą grupy. 

- O! A jak to się stało?

- No pani wybrała mnie i ja miałem sobie wybrać pomocników.

- Świetnie! Fajnie być takim szefem, co?

- Nie, tata, niefajnie…

- Nie?

- Nie, bo każdy szef grupy mógł tylko patrzeć i podpowiadać, co reszta ma robić, a ja chciałem też pracować, a nie mogłem. To było niesprawiedliwe!

- No widzisz, ale pani wybrała na pewno te dzieci, które mogły dobrze kontrolować pracę, na pewno wybrała mądre dzieci. To miło – tak mówię, ale 
szybko zmieniam temat – A kogo wziąłeś do swojej grupy?

Tymek wymienia.

- A Nicolę wybrałeś?

- Tak, tata. Ale tylko jedną (bo w grupie Synka są dwie Nicole – przypis Tata), bo wiesz, co by było, gdybym wybrał dwie?

- No co by było?

- One by nic nie robiły tylko ze sobą rozmawiały, a tak to je rozdzieliłem i był spokój! – wytłumaczył mi cały dumny.

Tak, z Tymka byłby niezły szef. Nie tylko wyręczy pracowników (bo to niesprawiedliwe, że on nie pracuje), ale jeszcze dobrze i efektywnie zarządzi kadrą..


Tak nawiasem mówiąc, ŻADEN z „szefów” grup (a były ich cztery) nie chciał bezczynnie siedzieć i obserwować prac swoich wybrańców. Każdy CHCIAŁ coś robić a nie tylko pouczać, podpowiadać i się mądrować. Ważna nauka dla nas, dorosłych, myślę…