środa, 19 lutego 2014

W dłuższej perspektywie...

Jak może wiecie, od czasu do czasu dostaję za sprawą pewnego portalu czytelniczego książki, bym je przeczytał i solidnie zrecenzował. Robię to - raz jest przyjemniej (dostaję coś, co mnie (wz)rusza jako czytelnika), innym razem jest srogo, gdy wpada coś ciężkiego, nie z mojej półki, nie mojej grupy krwi, jakieś książczyny nudne, głupie, których na pewno odbiorcą nie jestem i nigdy nie będę...

W jednym i w drugim przypadku staram się jak mogę, by wywiązać się ze swojego zadania. Czytam, opisuję, raz sprawia to przyjemność, innym razem jest tylko i wyłącznie ćwiczeniem stylistycznym. 

Książki, które mi zostają, zazwyczaj trafiają do miejscowych bibliotek. Inne sprzedaję za psie pieniądze. Kilka sobie zatrzymałem. Ileś rozesłałem zaprzyjaźnionym użytkownikom Sieci. Tak to wygląda...

Po tym przydługim wstępie, przejdźmy do rzeczy jak powiedział pewien głody mól do swojego kolegi (wiem, suchar, suchar...)

Wpadłem jakiś czas temu na dawno niewidzianą koleżankę. Gadka szmatka o niczym i wszystkim. Wyliczanka rzeczy, które nas spotkały od ostatniego spotkania. Opowiadam jej (ok, chwaląc się nieco), że oficjalnie recenzuję książki dla pewnego portalu. 

- O! To ciekawe. I jak ci się ta współpraca układa?

No więc opowiadam jej o tym opisanym Wam wyżej mechanizmie. Szczegółowo pewnie zbyt. 

- A ile czasu czytasz taką jedną książkę?

- Zależy, prawda? Powieść ma jakieś 300-400 stron, więc jakieś 5 godzin. Potem z 2-3 godziny kombinuję nad recenzją. Wysyłam i wio! Kolejna książka.

- To nic na tym nie zarabiasz?

- Nie rozumiem...

- Nie płaci ci nikt za te jakieś 7 godzin z jedną książką?

- No nie... - odpowiadam, czując już, co się świeci.

- A za ile sprzedajesz jedną książkę?

- Jak sprzedam, to za jakieś 20-30 złotych.

- I to ci się opłaca? Tyle czasu na to poświęcać? 



O kurde... - pomyślałem brzydkim wyrazem albo jeszcze brzydszym - a więc ty z tych jesteś, dla których się wszystko musi opłacać... Nie ruszą palcem, gdy ich nikt nie zapewni, że im się to opłaci. Katastrofa. Szybko zmieniłem temat, a potem zerknąwszy na zegarek, powiedziałem, że czekam na bardzo ważny międzynarodowy telefon (czy coś bardziej prawdopodobnego) i grzecznie się pożegnałem.
Pomyślałem sobie, że prawdę mówił mój stary profesor od filozofii (niestety miałem z nim tylko roczny kurs na filologii). Raz rozmowa zeszła na temat priorytetów w życiu. My, młodzi głupi, zapytaliśmy się, czy faktycznie różne priorytety w życiu mogą stać na przeszkodzie udanemu związkowi. 

Profesor odpowiedział, że nie ma możliwości, by szczęśliwym w dłuższej perspektywie był związek ludzi, którzy wyznają inne systemy wartości, inne priorytety mają, co innego ustawiają sobie na pierwszym, drugim i trzecim miejscu. Nie ma szans, mówi, by dogadywali się ludzie, których dzieli stosunek przede wszystkim do pieniędzy...

I my, młodzi i głupi, byliśmy skłonni podważać te słowa i widzieć w pieniądzach tylko przyjemny dodatek, niezbędny, racja, ale przecież nie może on decydować o wszystkim, no ludzie, no nie...

Teraz wiem, że nie mieliśmy racji...

Gdyby nie daj Boże los wepchnął mnie w objęcia kobiety, której "wszystko mu się zgadzać", to prędzej czy później popełniłbym z rozpaczy seppuku. Nie, nie wszystko musi się opłacać, ale w przypadku takiej inwestycji uczuciowej, ucieczka okazałaby się zapewne najlepiej skalkulowanym posunięciem...

13 komentarzy:

  1. Pieniądze to nie wszystko, ale ciężko bez nich żyć - także ciężko zgadzać się co do nich. Choć ja jestem zdania, że można się dogadać w sprawie stosunku do pieniędzy, ot, choćby moja A. lubi wydawać, a ja wręcz przeciwnie, jestem skąpy jak Szkot :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to podziwiam Wasze zdolności negocjacyjne. Obyście się zawsze dogadywali.

      pzdr

      Usuń
  2. Jednak Bóg czuwa nad Tobą i wepchnął Cię w objęcia właściwej :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mam nadzieję, że Jego wyrok był sprawiedliwy.

      ;-)

      pzdr

      Usuń
  3. Smutna sprawa z tą koleżanką. Nie sposób lubić ludzi (tzn. ja nie mogę), którzy nie robią nic za darmo. Trochę trzeba, dla zdrowotności psychicznej.
    Profesor, niestety, miał rację. Jeśli kolejność priorytetów dla różnych osób jest różna, to nie będą ze sobą szczęśliwe do końca życia. Kiedy skończą się ważne zadania wspólne, okaże się, że coraz mniej łączy, a to co dzieli, zaczyna dominować. Ale kto by tam w to uwierzył, gdy jest młody i elastyczny :)

    PS. Bardzo szybko czytasz. 300 stron w piec godzin? No, no :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stary, no coś Ty... Szybko czytam? 300 stron na 5 to wychodzi jakieś 60 stron na jedną godzinę. Jasne, gdy się czyta gęsto szytą prozę, to się dłużej z tekstem obcuje. Ale jak się chcąc nie chcąc czyta pierdoły zbudowane na samych dialogach i szczątkowych opisach świata przedstawionego, czyta się szybciutko.

      Usuń
  4. Przybijam Ci mentalnie piątkę;)
    Ale wiesz, coraz mniej mam takich znajomych, bo jakoś mi z nimi nie por drodze. Zresztą zauważyłam, że mam na fb znajomych blogerów książkowych, albo bibliotekarzy i filozofów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filozofowie najlepsi! I, wbrew wszystkiemu, można na FB lub przez blogi znaleźć wartościowe postacie. Choćbyśmy znali ich tylko via ekran komputera.

      pzdr

      Usuń
  5. a czasem jest ciężko odpowiedzieć na pytanie"a co ty z tego będziesz miał" bo niewymierne bywa niezrozumiałe. No i po co czytesz te książki? A po co piszesz? I nie da się z niecierpliwością i arogancją odwarknąc - dla jaj, bo można usłyszeć - lepiej żebyś kury hodowała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wkurzające, prawda? Pamiętam, że moi rodzice też kiedyś mieli takie podejście. "A co ty z tego będziesz miał?" "Co? Jajo!"

      pzdr

      Usuń
  6. Też się zdziwiłem tymi czterystoma stronami w pięć godzin. Faktycznie, niezłe tempo. Zaciekawiło mnie też, czy masz czas, żeby usiąść sobie z książką na pięć godzin. Ja ostatnio miałem taką możliwość jak mnie choróbsko wyłożyło i zaległem w łóżku na cały dzień. Wtedy faktycznie łyknąłem książkę na raz. Bo normalnie - to jest niewykonalne, przeczytanie książki zajmuje mi raczej pięć dni...
    A że można czytać i pisać tak po prostu, dla przyjemności - całe życie spotykam ludzi, którzy się temu dziwią. Przyzwyczaiłem się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam czasu, by 5 godzin ciurkiem czytać. najczęściej czytam godzinę dziennie. Pół godziny rano w autobusie do pracy, pół godziny w autobusie po pracy. I kurde! Nie umiem czytać w łóżku...

      Usuń
  7. Mam wrażenie, że ludzie zadają takie pytania, bo widzą, że robisz coś nietypowego, co sprawia Ci przyjemność i woleliby zdecydowanie, żeby miało to jakąś wadę. Brak pieniędzy jest idealnym powodem do "głębszych" analiz (też bym mógł tak robić, ale nie chcę, bo nie warto!).

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.