sobota, 15 lutego 2014

...się wyśni

Macie tak?

Przyśni się ktoś znajomy i na drugi dzień stajemy z nim twarzą w twarz. "Na Jowisza! Muszę mu/jej powiedzieć, co mnie się śniło. No muszę!"

Ale się nie mówi, bo za każdym razem, gdy zaczynamy frazę "Śniłeś/śniłaś mi się..." to podejrzewamy, że druga strona pomyśli o nas jak o napaleńcach, którzy we śnie realizują swoje dzienne fantazje.

Powiedzieć koleżance, że się śniła, to jak niemal przyznać się, że jakoś tam nasza podświadomość ją złapała w swoje lepkie sidła i po nocach w najdziwniejsze konfiguracje wmanewrowuje. Tak jest.

I choć najczęściej wcale nie śnimy o bliźnich w erotycznych kontekstach, to i tak wstyd się przyznać. Wstyd i już.

Dodajmy do tego formy, w jakie sen wtłacza nas samych. Raz zachowujemy się w stu procentach jak my na jawie. Innym razem nie poznajemy samych siebie. Coś się rozjeżdża...

Po tym szalonym wstępie, aż się prosi, by jakiś świński sen opisać. Nic z tego. Nie tym razem, moi kochani.

Tym razem taka scenka z życia małżeńskiego:

- Śniłaś mi się dzisiaj - mówię do Żony.

- Tak? I co dalej?

- Byłaś na mnie strasznie wkurzona, krzyczałaś...

- A dlaczego?

- Bo zaprosiłem do naszego domu dwóch profesorów z Oxfordu, a nie mieliśmy posprzątanego domu i niczego na obiad.

14 komentarzy:

  1. Ja wolę snów nie pamietać, zwłaszcza, gdy jet pełnia - spojrzenie w okno po przebudzeniu zdecydowanie w tym pomaga :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiesz T co? profesorów z Oxfordu zapraszać, jak się ma syf w domu i nic do jedzenia? Też bym się wkurzył... i bym krzyczał :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie trochę słabo - to jest koszmar każdej żony, że ją małżonek tak urządzi... ;)

      ps. Ja właśnie jestem taką panikarą, ale tylko dlatego że pochodzę z porządnego, mieszczańskiego domu, gdzie się uznaje pewną hierarchię znajomości: najpierw internet, potem kawka na mieście, potem się zapraszamy do wysprzątanych domostw, potem do domowego burdelu, gdzie nie ma nic na obiad, a dopiero na koniec odwiedzamy się w snach.

      Dzisiaj, drogą wyjątku, czuj się zaproszony: Rem-imprezę zaczynamy ok 6.00. Zabierz profesorów! Żonę w sumie też ;)
      Dozo!

      Usuń
    2. Aż mnie korci, by głośniej zadać pytanie, w jakich domach wychowywali się ci, którzy najpierw prowadzą znajomych do burdeli (domowych)...

      ;-)

      Usuń
  3. A wystarczyło Żonę uprzedzić... Poza tym: czy profesorowie z Oxfordu to jakieś wielkie persony ? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. A wystarczyło Żonę uprzedzić... Poza tym: czy profesorowie z Oxfordu to jakieś wielkie persony ? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. A wystarczyło Żonę uprzedzić... Poza tym: czy profesorowie z Oxfordu to jakieś wielkie persony ? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojej, a co ten komentarz mi się tak jakoś premiowo dodał? Świat wariuje to i internet też. Nie mam zwyczaju trzy razy wszystkiego powtarzać. :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. No tak. W nocy wyłażą dzienne lęki. Kogo się boisz? Profesorów z oksfordu nie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No stary... Przecież są różne fobie. Jedni się klownów boją, inni gołębi lub ciem. To ja się nie mogę bać kadry naukowej z Anglii?

      No co Ty?

      ;-)

      Usuń
  8. Uwielbiam, gdy moi znajomi dzwonią i mówią, że im się śniłam! To jakby żyć podwójnie! U siebie i u nich! Zawsze wtedy dokjładnie wypytuję, co w tym śnie robiłam, bo o dziwo sama nic nie pamiętam... ;-)
    Gdybyś kiedyś, Bosy, chciał też do mnie zadzwonić w podobnej sprawie, to się nie wstydź nic a nic! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kalino, najpierw prześlij mi swoje foto w odpowiednich wymiarach, a potem moja podświadomość może się odezwie.

      ;-)

      Pzdr

      Usuń
    2. Foto może by się i znalazło... Tylko te wymiary nieodpowiednie ;-)

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.