wtorek, 4 lutego 2014

Od

Wracam po dłuższym czasie. Wracam, by się znów ujawnić z jakimiś introwertycznymi werteryzmami, które żłobią mnie i żłobią. Cóż rzec, jak spowiedź, antyświadectwo to zabrzmi, ale niech tak będzie. Bo o czym można Wam pisać niemal 4 rok z rzędu?

Przestałem chodzić do kościoła. Cóż, pewnie nie brzmi to w naszych czasach gorsząco i skandalizująco. Pewnie nawet w niektórych kręgach jest to przebrzmiała melodia, passe, krzyk mody sprzed lat. I żadnej partii politycznej nie poprowadzę, niosąc takie wyznanie. Nie mówiąc już o sukcesie w wyborach samorządowych…

Przestałem, bo… No i się zaczyna. Przyczyna okazuje się być tak banalną i trywialną, że być może znów nie mam czego szukać wśród radykalnych apostatów, heretyków, satanistów i innych mniej lub bardziej reklamujących swój światopogląd abnegatów. 

Nie bulwersują mnie skandale w kościele (przyzwyczaiłem się do nich; w skali mikro niemal wszystkie skandale obserwowałem w rodzinnym Kaliszu, gdzie mieszkałem naprzeciwko plebanii), nie drażni mnie spora liczba wewnętrznie sprzecznych elementów katolickiej „szkoły życia”, które nijak nie współgrają z prawdziwym doświadczeniem istnienia w świecie, nie straciłem wiary w Boga i nie zostałem sam w pustym wszechświecie…


Nie. Ja się po prostu odzwyczaiłem. Nie dziwi mnie teraz ten upór, z jakim kościół przypomina o regularnym praktykowaniu. Nie dziwi, bo uświadomiłem sobie, że fundament czyjejś wiary i praktyki to przede wszystkim wystane i wyklęczane godziny w świątyni. Że trzeba pilnie i regularnie podlewać tę roślinę, by nie uschła.

No więc od ponad 2 lat nie chodzę do kościoła i zaczynam się łapać na tym, że im dłużej nie chodzę, tym mniej potrzebuję chodzić. Nie zauważam jakiejś radykalnej obniżki moich moralnych predyspozycji. Kłamię umiarkowanie, przeklinam rzadko, denerwuję się często… Mięso w piątek jem. Tak, tu się zaniedbałem.

Rozmawiam o całej kwestii z Żoną i przedstawiam jej owoce moich rozważań. Drapię się po głowie i mówię:

- Zobacz, ile zależy od przyzwyczajenia…

- Tradycja – mówi jedno słowo, a ja rozwijam:

- No właśnie. Tradycja. Kto wie, ilu z nas przestałoby chodzić do kościoła, gdyby nie tradycja, nawyk. Od dziecka trzeba to zaszczepiać. Przyzwyczajać. To wszystko na tym bazuje przecież.

Smutne to trochę, bo kiedyś miałem siebie za większego wiernego, a okazje się, że wystarczą jakieś dwa lata, by się zsekularyzować niemal do cna. Co robić, trudno… Ani mi z tym dobrze, ani źle.


Po prostu taki wpis na blogu, bo zacząłem się już powoli odzwyczajać…

19 komentarzy:

  1. E, tam, gadanie, wrócisz, każdy wraca. Taki etap, taka chwila, taki czas. "Ach, kochany Augustynie, wszystko minie, minie, minie..." Będzie dobrze. :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę baaardzo długo wracał, jeśli mój pobyt po tej stronie ducha ma trwać tyle, ile moje do kościoła chodzenie.

      Jednak dziękuję Ci za wiarę w moje rychłe powtórne nawrócenie.

      pzdr

      Usuń
    2. Nie nawrócenie, bo wiary Ci raczej nie brak, piszesz, że nie zostałeś sam we wszechświecie. Na łono Kościoła, mówiąc górnolotnie, powrócisz, bo jeżeli się wierzy, to najczęściej tak jest. Zaczyna czegoś brakować, bo tak naprawdę to nie jest tylko tradycja.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, kolego, za czujność. Jak się człowiek spieszy, to się jakieś przyimki gubią.

      pzdr

      Usuń
  3. Nie chcę się w tej kwestii wymądrzać ani rozwijać zażartych dyskusji (bo te zwykle i tak do niczego nie prowadzą), ale tyle powiem: Chodzenie do kościoła dla podtrzymania tradycji to coś, co mi się w głowie nie mieści, do tego stopnia jest bez sensu. A wychowanie - dla tradycji - że w niedziele trzeba, bo trzeba i już, ta postawa, którą wykazuje pewnie osiemdziesiąt procent z tych dziewięćdziesięciu procent Polaków, uznawanych za katolików, to po prostu hipokryzja. Takie bezrefleksyjne, automatyczne praktykowanie odrzuca ludzi ok kościoła, gdy już dorosną i zaczynają krytycznie patrzeć na sprawę.
    Choć to tylko moje zdanie.

    P.S. Pozdrawiam po przerwie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, Marcinie, ja właśnie zacząłem krytycznie patrzeć, przyglądać się i mnie strzeliło. To wszystko (no, prawie wszystko) kwestia przywiązania. Tradycja. Mnożone przez pokolenia gesty, które zamieniają się w puste rytuały.

      To mnie tak podrapało.

      Usuń
  4. A z tym mięsem w piątek to też już chyba tradycja, bo kiedyś słyszalam że kościół to zniósł, ale mogę się mylić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że w Wigilię chyba tylko Polacy mięsa nie jedzą...Ale mogę się mylić.

      Usuń
  5. Myślę, myslę, myślę i ... i myślę, że mądrze piszesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, chciałbym pisać mniej mądrze, a bardziej optymistycznie.

      pzdr

      Usuń
  6. Ja sobie nie wyobrażam mojego życia bez Kościoła - lubię tam chodzić, to dodaje mi sił duchowych, uspokaja...Mogę się w spokoju pomodlić, oderwać od codziennych spraw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas temu też tak myślałem. Też tak miałem. Życzę Ci, żeby to nie minęło.

      pzdr

      Usuń
  7. Zaskoczyłeś mnie, że trudno bardziej. Myślałem, że jesteś posłuszną owieczką, a tu proszę - NIE CHODZI! No i bardzo dobrze. Po cholerę chodzić do kościoła, jeśli nie czujesz takiej potrzeby? Żeby tuczyć katabasów? Są ludzie, którzy lubią, jak Mrugamy, i tacy, którym się nie chce, i tacy którzy tego nie cierpią. Powiem Ci, że ja kiedyś tylko nie lubiłem, nudziłem się tam, a teraz mnie to normalnie wkurwia. Denerwuję się, gdy muszę słuchać mszalnych jęków, beczenia wiernych, zawodzenia organisty. Na szczęście rzadko. Rozumiem, że gama ludzkich upodobań jest szeroka, jak w seksie, więc mnie nie dziwi, że ktoś dobrze się czuje w takiej scenografii, dla mnie to masakra. Do tego dochodzi niebotyczna jak Himalaje obłuda kleru i kretyńskie, koszmarnie szkodliwe nauki, jakoby sposobem na życie mogło być wyczekiwanie aż Bóg nam pobłogosławi, a im gorzej, tym lepiej. Polska byłaby zamożnym i dobrze rozwiniętym krajem, gdyby nie nauki Kościoła. Dobrze, że nie chodzisz, nie będziesz się zatruwał miazmatami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, chciałbym, żeby to było takie proste - Kościół upada, a Polacy odżywają jako naród i państwo. Cóż, znając naszych rodaków, którzy w jedno wierzą, drugie praktykują, a co innego robią na co dzień, to nie mam złudzeń, że nasza polska bylejakość i "jakoś to będzie" nie ma za wiele wspólnego z religią.

      A co do obłudy kościoła w Polsce - pełna zgoda.

      Cieszę się, że jeszcze czymś można Cię zaskoczyć.

      pzdr

      Usuń
  8. Kurczę, jak ja lubię czytać te Twoje posty, w wielu odkrywam siebie. Ja chodziłam do kościoła w czasach licealnych, dodatkowo byłam w chórze, chodziłam na pielgrzymki etc. Przestałam, jak zaczęłam studiować i trwa ta przerwa ponad dziesięć lat. Mam chwilami jakieś takie poczucie, nie wiem, wstydu (?), że wymiękłam, że nie chodzę... Czasem mam takie wrażenie, że powinnam iść, posiedzieć w ciszy i zdarza mi się, że np. przed Wielkanocną Niedzielą idę na piątkowe czuwanie, wydaje mi się, że mogę wtedy porozmawiać z Bogiem lepiej... Ale poza takimi przebłyskami nie odczuwam potrzeby, tzn. mam potrzebę wiary, ale nie mam potrzeby odwiedzania miejsca. To jest myślę sprawa wielu z nas, takie odejścia nie są rzadkie. Dobry post. Pozdrawiam. Ewelina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszą mnie niemożliwie Twoje słowa. Nie, nie chodzi o niechodzenie do kościoła. Chodzi o wspólnotę - ktoś gdzieś czuje podobnie i podobne rytmy do przenikają.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  9. Z tym mięsem w piątki bez krępacji, bo Kościół to zniósł, teraz nie można jeść go w Wielki Tydzień, ale w zwykłe piątki owszem. Znowu niejedzenie mięsa w piątek okazuje się właśnie kwestią przyzwyczajenia.

    OdpowiedzUsuń
  10. "o właśnie. Tradycja. Kto wie, ilu z nas przestałoby chodzić do kościoła, gdyby nie tradycja, nawyk. Od dziecka trzeba to zaszczepiać. Przyzwyczajać." A ja mam tylko jedno pytanie: dlaczego? (Przed Jezusem tradycją była wiara w Światowida ;-)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.