środa, 26 lutego 2014

Złamana jedynka

Kiedyś uśmiałem się niemal do łez, gdy znajomy opowiadał mi o pewnym zdarzeniu. (Wiem, nieładnie śmiać się z bliźnich.) Pojechali z całą paczką nad morze. Wczesne lato było. Słoneczko grzało. Wiaterek wiał. Wchodzą do wody, choć zimna raczej i falami wyższymi straszy.

Wchodzą całą grupą, tyralierą. Chcą poskakać na falach, które tuż przed brzegiem załamywały się widowiskowo. No więc zbliża się wyjątkowo wysoka fala. Towarzystwo całe coś źle obliczyło jej ruch i fala dosłownie każdego zwaliła z nóg. Bałtyk po prostu ich spoliczkował i wyrzucił na brzeg. 

Jedna z dziewczyn jednak zamiast śmiać się z tej kolizji z żywiołem wody, zasłaniała kurczowo usta, a z oczu leciały jej łzy. Okazało się, że fala wybiła jej...jedynkę. Ząb. Przedni! 

Do dziś nikt nie wie, jak to się stało i jak to było, kurka wodna, możliwe. Ale się stało... Takie życie.

No więc o zębach będzie. Śniło mi się, że jedynka właśnie mi się złamała. Złamała. A ja, głupi, chciałem ją sobie jakimś klejem błyskawicznym przykleić. Ot, idiota senny. Jednak zaniepokoiłem się nieco. Zęby, które się śnią, nie zwiastują raczej niczego dobrego. Jak wypada/wyłamuje się, to ponoć śmierć w rodzinie nas czeka. 

Złamana jedynka po angielsku


Śmiałbym się z tego serdecznie, ale jakieś 12 lat temu śniła się podobna sytuacja i parę tygodni potem zmarła moja babcia. Autentyk... Przerażający. Żeby było nieco jaśniej, to sytuacja odwrotna. Też autentyczna. Zero ściemy.  

Śni się ząb rosnący. Trzonowiec. 

- Komuś się dziecko urodzi - mówię Żonie - Zobaczysz...

Po tygodniu jakimś informacja o szwagierce, która w ciążę zachodzi po dwóch latach starań. 

***

Opowiadam w pracy o moich snach, przeczuciach, niepokojach...

- No to powiedz, ile ci jeszcze zostało? - drażni się koleżanka.

- Zębów czy lat?

Zęby mam wszystkie. Lata mam nadzieję, że też...


poniedziałek, 24 lutego 2014

Odruchy stadne

Gdzieś kiedyś przeczytałem słowa, że najlepszym prezentem dla dziecka jest rodzeństwo. Możecie się z tym nie zgodzić, możecie tworzyć apologię jedynactwa, ale ja z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, przekonuję się, że to prawda. 

Różnica wieku między Synkiem a Córką to dwa lata i trzy miesiące. W pewnym wieku to przepaść, w innym wieku już nie. Przez niemal trzy lata Tymek siostrę na przemian ignorował, drażnił ("Zobaczysz! Kiedyś rodzice cię wywiozą z domu i będę miał spokój!"), obrażał ("Ty stara dziewucho!"), rzadko kiedy rękoczyny się zdarzały, częściej irytacja z powodu Kalinowych nieporadności. Wszak on był starszy, co mu dawało oczywiste prawo, by patrzeć na młodsze dzieci z perspektywy fachowca od rzeczywistości i całej reszty...

Ostatnio coś się pozmieniało. Córka coś pokazała rogi. Krzyczała, buntowała się w jakiejś trywialnej kwestii, nie chciała założyć papci. Jakaś pierdoła generalnie... Nakrzyczałem na nią. Ostrym głosem wydaję dyspozycję. Ona w płacz i dalej nic. Zero reakcji, chociaż wie, że ma coś zrobić. No to ja ostrzegam:

-... jak nie, to idziesz do łóżka i do wieczora leżysz pod kołdrą!

Nic.

No to ją podnoszę z podłogi, kładę ryczącą na łóżko i nakrywam kołdrą.

- Nawet nie wychodź z łóżka, dopóki się nie uspokoisz!

Mała w ryk. Okrutny.

Tymek obserwuje sytuację i mówi do mnie przez zaciśnięte zęby:

- Zemszczę się...

Szczęka mi opadła. 



Sytuacja druga. Mniej dramatyczna. Jedziemy w gościnę do kuzynki Żony. Tak żyje chłopiec, czterolatek. 
Razem z naszymi dziećmi mieli się sobą zająć i dać dorosłym pogadać. Średnio się udawało do pewnego momentu, choć potem już było spoko. A ten moment wyglądał tak: 

Tymek przychodzi coś osowiały do mnie i kładzie głowę na kolanach.

- Co się stało?

- On ma tam grę w grzybobranie...

- Świetnie! Przecież my w domu też taką mamy. Pograjcie razem.

- Ale on nie chce.

- Nie chce z wami grać?

- Nie chce z Kaliną grać, bo mówi, że ona zje wszystkie grzyby. A jak Kalina nie gra, to ja też nie gram!

Dumny byłem z Synka.



Ok, pomyślicie, że kolejny parentingowy wpis, że dzieciaki opanowały mój wszechświat. Nie. Nie opanowały. Ja moje pociechy kocham, że ho ho, ale obce dzieci to lubię. A i tak lubię tylko te, które lubię. No więc jaki tam ze mnie parentingowy bloger. No chyba że parentingowiec-szowinista...

Ech, zagalopowałem się...

niedziela, 23 lutego 2014

Wiersz na nowy tydzień (a bo smutny jestem...)

Wiem, piszą do Was mało i choć się dzieje tylko co zawsze, nie mam serca. Serce jednak znalazłem przekopując Sieć, by trafić na jakiś ciekawy wiersz do ćwiczenia sztuki interpretacji. Znalazłem przypadkowo u mojego kochanego Leopolda Staffa. 

Tytuł Dusza jest wieloznaczny, bo bohaterka jest prasowaczką, a dusza to również element "grzewczy" w prymitywnych żelazkach. Jakby ktoś się pytał...


Sama nie wiesz, dziewczyno biedna, jaką bliznę
Snów niezaspokojonych i tęsknot za blaskiem
Kryjesz w sercu, jak chowasz pod skrzyni zatrzaskiem
Korale za sprzedaną braciom ojcowiznę.

Wieko kufra, wyciętym z gazety obrazkiem
Wylepione, twych marzeń stanowi ojczyznę.
Zresztą pierzesz i mokrą rozwieszasz bieliznę
Lub wodzisz po niej pilnie gorącym żelazkiem.

Że w nim jest dusza, wszystko to, co wiesz o duszy,
I przez dzień cały nawet myśl cię nie poruszy,
Że jest coś jak sen o czemś dalekiem, nieznanem.

I dopiero z poddasza o szarym wieczorze
Patrzysz w cichą ulicę i w gasnące zorze
Z okna, co jest twą książką i twym fortepianem.


środa, 19 lutego 2014

W dłuższej perspektywie...

Jak może wiecie, od czasu do czasu dostaję za sprawą pewnego portalu czytelniczego książki, bym je przeczytał i solidnie zrecenzował. Robię to - raz jest przyjemniej (dostaję coś, co mnie (wz)rusza jako czytelnika), innym razem jest srogo, gdy wpada coś ciężkiego, nie z mojej półki, nie mojej grupy krwi, jakieś książczyny nudne, głupie, których na pewno odbiorcą nie jestem i nigdy nie będę...

W jednym i w drugim przypadku staram się jak mogę, by wywiązać się ze swojego zadania. Czytam, opisuję, raz sprawia to przyjemność, innym razem jest tylko i wyłącznie ćwiczeniem stylistycznym. 

Książki, które mi zostają, zazwyczaj trafiają do miejscowych bibliotek. Inne sprzedaję za psie pieniądze. Kilka sobie zatrzymałem. Ileś rozesłałem zaprzyjaźnionym użytkownikom Sieci. Tak to wygląda...

Po tym przydługim wstępie, przejdźmy do rzeczy jak powiedział pewien głody mól do swojego kolegi (wiem, suchar, suchar...)

Wpadłem jakiś czas temu na dawno niewidzianą koleżankę. Gadka szmatka o niczym i wszystkim. Wyliczanka rzeczy, które nas spotkały od ostatniego spotkania. Opowiadam jej (ok, chwaląc się nieco), że oficjalnie recenzuję książki dla pewnego portalu. 

- O! To ciekawe. I jak ci się ta współpraca układa?

No więc opowiadam jej o tym opisanym Wam wyżej mechanizmie. Szczegółowo pewnie zbyt. 

- A ile czasu czytasz taką jedną książkę?

- Zależy, prawda? Powieść ma jakieś 300-400 stron, więc jakieś 5 godzin. Potem z 2-3 godziny kombinuję nad recenzją. Wysyłam i wio! Kolejna książka.

- To nic na tym nie zarabiasz?

- Nie rozumiem...

- Nie płaci ci nikt za te jakieś 7 godzin z jedną książką?

- No nie... - odpowiadam, czując już, co się świeci.

- A za ile sprzedajesz jedną książkę?

- Jak sprzedam, to za jakieś 20-30 złotych.

- I to ci się opłaca? Tyle czasu na to poświęcać? 



O kurde... - pomyślałem brzydkim wyrazem albo jeszcze brzydszym - a więc ty z tych jesteś, dla których się wszystko musi opłacać... Nie ruszą palcem, gdy ich nikt nie zapewni, że im się to opłaci. Katastrofa. Szybko zmieniłem temat, a potem zerknąwszy na zegarek, powiedziałem, że czekam na bardzo ważny międzynarodowy telefon (czy coś bardziej prawdopodobnego) i grzecznie się pożegnałem.
Pomyślałem sobie, że prawdę mówił mój stary profesor od filozofii (niestety miałem z nim tylko roczny kurs na filologii). Raz rozmowa zeszła na temat priorytetów w życiu. My, młodzi głupi, zapytaliśmy się, czy faktycznie różne priorytety w życiu mogą stać na przeszkodzie udanemu związkowi. 

Profesor odpowiedział, że nie ma możliwości, by szczęśliwym w dłuższej perspektywie był związek ludzi, którzy wyznają inne systemy wartości, inne priorytety mają, co innego ustawiają sobie na pierwszym, drugim i trzecim miejscu. Nie ma szans, mówi, by dogadywali się ludzie, których dzieli stosunek przede wszystkim do pieniędzy...

I my, młodzi i głupi, byliśmy skłonni podważać te słowa i widzieć w pieniądzach tylko przyjemny dodatek, niezbędny, racja, ale przecież nie może on decydować o wszystkim, no ludzie, no nie...

Teraz wiem, że nie mieliśmy racji...

Gdyby nie daj Boże los wepchnął mnie w objęcia kobiety, której "wszystko mu się zgadzać", to prędzej czy później popełniłbym z rozpaczy seppuku. Nie, nie wszystko musi się opłacać, ale w przypadku takiej inwestycji uczuciowej, ucieczka okazałaby się zapewne najlepiej skalkulowanym posunięciem...

sobota, 15 lutego 2014

...się wyśni

Macie tak?

Przyśni się ktoś znajomy i na drugi dzień stajemy z nim twarzą w twarz. "Na Jowisza! Muszę mu/jej powiedzieć, co mnie się śniło. No muszę!"

Ale się nie mówi, bo za każdym razem, gdy zaczynamy frazę "Śniłeś/śniłaś mi się..." to podejrzewamy, że druga strona pomyśli o nas jak o napaleńcach, którzy we śnie realizują swoje dzienne fantazje.

Powiedzieć koleżance, że się śniła, to jak niemal przyznać się, że jakoś tam nasza podświadomość ją złapała w swoje lepkie sidła i po nocach w najdziwniejsze konfiguracje wmanewrowuje. Tak jest.

I choć najczęściej wcale nie śnimy o bliźnich w erotycznych kontekstach, to i tak wstyd się przyznać. Wstyd i już.

Dodajmy do tego formy, w jakie sen wtłacza nas samych. Raz zachowujemy się w stu procentach jak my na jawie. Innym razem nie poznajemy samych siebie. Coś się rozjeżdża...

Po tym szalonym wstępie, aż się prosi, by jakiś świński sen opisać. Nic z tego. Nie tym razem, moi kochani.

Tym razem taka scenka z życia małżeńskiego:

- Śniłaś mi się dzisiaj - mówię do Żony.

- Tak? I co dalej?

- Byłaś na mnie strasznie wkurzona, krzyczałaś...

- A dlaczego?

- Bo zaprosiłem do naszego domu dwóch profesorów z Oxfordu, a nie mieliśmy posprzątanego domu i niczego na obiad.

środa, 12 lutego 2014

Kot w plecaku

Leżę wieczorami obok Synka i opowiadam mu tradycyjne historie "na dobranoc" - historie o tym, jakie i i ile miałem kotów w dzieciństwie. A miałem ich masę. Raz, w prehistorii, ledwie pamiętam, w domu i okolicach kręciło się kotów 9 (!!!). Mieszkaliśmy w małym domku z małym ogródkiem, a wokół nas inne domy z ogrodami, sady i pola... Idealne warunki.

Opowieści o kotach idealnie usypiają. Nie dlatego, że są skrajnie nudne i monotonne ("Kotek obudził się rano, wypił mleko i poszedł spać"), nie. One usypiają, bo te kocie żywoty Tymek słyszał już z tysiąc razy i już się kojarzą z kołderką, poduszką i ciepłym łóżkiem.

Ulubiona opowieść nasza traktuje o legendarnym wielkim kocurze, który żył z nami około 10 lat. Igrek się nazywał. Braliśmy więc Igreka do domu, na piętro, gdzie ja i moi bracia mieliśmy swoje pokoje. Oglądał razem z nami telewizję; wierzyliśmy, że obecność tego kota przynosi szczęście naszym piłkarzom (to były czasy, gdy w Lidze Mistrzów grały z sukcesami Legia Warszawa i Widzew Łódź). Razem z tym kotem oglądaliśmy do późna horrory. Spał, przytulony do wielkiego kaflowego pieca.

Problem występował, gdy trzeba go było w środku nocy wypuszczać na zewnątrz, bo miauczał przeraźliwie pod drzwiami. Nie chciało nam się schodzić z piętra na parter, otwierać drzwi, za którymi w nocy mógł czaić się jakiś psychopatyczny morderca-mutant z obejrzanego wcześniej horroru... Kto wie?

Wpadłem więc na pomysł, na jaki może wpaść tylko chłopak. Nastolatek, dodajmy. Igreka pakowaliśmy do mojego plecaka. Do plecaka przywiązywaliśmy kilkumetrowy sznurek i kota opuszczaliśmy na sam dół.

Kot bał się tylko za pierwszym razem. Potem już wiedział, co go czeka. Poddawał się bez walki.

Po co o tym piszę? Bo przyglądam się mechanizmowi, którego trybiki obserwuję i zastanawiam się, jak to możliwe, że zapamiętałem akurat to, a nie coś co było dzień wcześniej albo tydzień później.

Przykład z kotem jest wybitnie spektakularny, bo rzadko chyba kto tak kota na noc z domu wypuszcza. Ale reszta?

Dlaczego pamiętam akurat siebie takiego a nie innego sprzed lat? Te a nie inne punkty? Pamiętam środek lat 80, notoryczne braki energii elektrycznej i ciemne ulice, czarne, pozbawione grama światła. Pamiętam, jak się włóczyłem po nich ze starszymi ode siebie kolegami (ja może 8-10 lat, oni parę lat starsi). Ale dlaczego nie pamiętam czegoś innego? Coś się wtedy w moim mózgu wydarzyło i zapisało na lata. Całe lata...

Ale nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat to, a nie cokolwiek innego, bardziej pewnie spektakularnego.

Męczy mnie tak filozoficznie ta kwestia i wątpię, bym kiedykolwiek definitywnie rozstrzygnął, na czym ten cały problem się zasadza. Pomyślę jeszcze i dam Wam znak, co i jak...

niedziela, 9 lutego 2014

Starorzecze

Częstotliwość mam kiepską. Nadaję rzadziej niż osławiony J-23. Komunikaty niemrawe. W sumie mógłbym kilkoma obrazami załatwić cały mój żywot w ciągu ostatniego tygodnia. Plan na ferie zimowe Anno Domini 2014 mieliśmy bardzo prosty - nie pozwolić się dzieciakom rozchorować, a cała reszta będzie miłym dodatkiem. 

Powiedzmy, że się udało.

Sporo się nasnuliśmy po okolicy (biblioteki etc), najeździliśmy do Poznania (zakupy mniejsze i większe), żyliśmy tym zwykłym przewidywalnym życiem, które być może trzeba praktykować częściej niż rzadziej. 

Trochę poczytałem, wypiłem kilka mililitrów whiskey, która mi nie smakowała. Wysypiałem się średnio, bo zdarzało się jakieś filmy do późna oglądać lub w innym sposób uprzyjemniać sobie czas, gdy dzieci już śpią...

Telewizji nie oglądam, bo odbiornik się zepsuł. Radio tylko lokalne, by się o pogodzie czegoś dowiedzieć. O ile wcześniej już moje życie meandrowało leniwie, to teraz zamieniło się w egzystencjalne starorzecze. Tak mi się pompatycznie wymyśliło...

Czerwona strzałka mnie wskazywać może...

Tak to wygląda mniej więcej.

Pa!

wtorek, 4 lutego 2014

Od

Wracam po dłuższym czasie. Wracam, by się znów ujawnić z jakimiś introwertycznymi werteryzmami, które żłobią mnie i żłobią. Cóż rzec, jak spowiedź, antyświadectwo to zabrzmi, ale niech tak będzie. Bo o czym można Wam pisać niemal 4 rok z rzędu?

Przestałem chodzić do kościoła. Cóż, pewnie nie brzmi to w naszych czasach gorsząco i skandalizująco. Pewnie nawet w niektórych kręgach jest to przebrzmiała melodia, passe, krzyk mody sprzed lat. I żadnej partii politycznej nie poprowadzę, niosąc takie wyznanie. Nie mówiąc już o sukcesie w wyborach samorządowych…

Przestałem, bo… No i się zaczyna. Przyczyna okazuje się być tak banalną i trywialną, że być może znów nie mam czego szukać wśród radykalnych apostatów, heretyków, satanistów i innych mniej lub bardziej reklamujących swój światopogląd abnegatów. 

Nie bulwersują mnie skandale w kościele (przyzwyczaiłem się do nich; w skali mikro niemal wszystkie skandale obserwowałem w rodzinnym Kaliszu, gdzie mieszkałem naprzeciwko plebanii), nie drażni mnie spora liczba wewnętrznie sprzecznych elementów katolickiej „szkoły życia”, które nijak nie współgrają z prawdziwym doświadczeniem istnienia w świecie, nie straciłem wiary w Boga i nie zostałem sam w pustym wszechświecie…


Nie. Ja się po prostu odzwyczaiłem. Nie dziwi mnie teraz ten upór, z jakim kościół przypomina o regularnym praktykowaniu. Nie dziwi, bo uświadomiłem sobie, że fundament czyjejś wiary i praktyki to przede wszystkim wystane i wyklęczane godziny w świątyni. Że trzeba pilnie i regularnie podlewać tę roślinę, by nie uschła.

No więc od ponad 2 lat nie chodzę do kościoła i zaczynam się łapać na tym, że im dłużej nie chodzę, tym mniej potrzebuję chodzić. Nie zauważam jakiejś radykalnej obniżki moich moralnych predyspozycji. Kłamię umiarkowanie, przeklinam rzadko, denerwuję się często… Mięso w piątek jem. Tak, tu się zaniedbałem.

Rozmawiam o całej kwestii z Żoną i przedstawiam jej owoce moich rozważań. Drapię się po głowie i mówię:

- Zobacz, ile zależy od przyzwyczajenia…

- Tradycja – mówi jedno słowo, a ja rozwijam:

- No właśnie. Tradycja. Kto wie, ilu z nas przestałoby chodzić do kościoła, gdyby nie tradycja, nawyk. Od dziecka trzeba to zaszczepiać. Przyzwyczajać. To wszystko na tym bazuje przecież.

Smutne to trochę, bo kiedyś miałem siebie za większego wiernego, a okazje się, że wystarczą jakieś dwa lata, by się zsekularyzować niemal do cna. Co robić, trudno… Ani mi z tym dobrze, ani źle.


Po prostu taki wpis na blogu, bo zacząłem się już powoli odzwyczajać…