niedziela, 26 stycznia 2014

Sen o śnie

Jest taki wiersz Noblisty mojego ukochanego, Tomasa Transtromera. Bohater zmęczony podróżą zatrzymuje samochód na poboczu i zasypia na tylnym siedzeniu. Po czasie, Bóg wie jak długim, budzi się i:

„Gdzie jestem? Kim jestem? Jestem czymś, co budzi się na tylnym siedzeniu, szamocze się w popłochu jak kot w worku. Kto? / Wreszcie moje życie powraca. Moje imię przychodzi jak anioł. (…) / Lecz nie da się zapomnieć tej piętnastosekundowej walki w piekle zapomnienia, kilka metrów od szosy, gdzie samochody suną z zapalonymi światłami.”

Zaczynam tak, bo co jakiś czas się to zdarza w moim życiu. Oczywiście, gdy uda się wyrwać trochę snu za dnia na przykład. Na przykład ostatnio. Usypiam Tymka w łóżku. On już niemal śpi, więc mówię sobie: "OK, jeszcze 5 minut i wychodzę." Oczywiście zasnąłem. Śpię. Przychodzi Żona i budzi mnie. Nic nie mówi, tylko delikatnie trąca i wychodzi, gdy tylko widzi, że się budzę. Ja się budzę i pierwsze myśli są takie:

"Boże, już rano... Miałem tyle rzeczy przygotować. Coś poczytać. Kurde... Jeszcze ciemno. Jak ja nienawidzę zimy..." Ale coś mi przestaje się zgadzać, gdy widzę, że leżę nie w piżamie, ale w ubraniu, w którym przełaziłem cały dzień. Sprawdzam godzinę. 20:23. To ten sam dzień, uświadamiam sobie. Ten sam. Spałem najwyżej 20 minut i to już wystarczyło, bym zgłupiał. Zgubił się. 

Innym razem zasypiam za dnia. Popołudnie. Lato. Budzę się i wciąż jest jasno. Inny odcień nieba, ale to dzień. Bez dwóch zdań. Ale jaki dzień? Ten sam? Nowy? Głupieję. Przez kilkanaście sekund nie potrafię niczego na pewno ustalić. Przespałem cały dzień? Moja świadomość grzęźnie. Mózg nie może połączyć najprostszych faktów.

Najbrutalniej sen zabawił się ze mną dawno dawno temu tuż po powrocie z drugiej podróży poślubnej. Podróży ekscytującej, bo Egipt sobie przepłynęliśmy Nilem. Trasą, którą płynęli pasażerowie kryminału A. Christie "Śmierć na Nilu." (Uprzedzam, na pokładzie naszego wycieczkowca żadnych trupów nie odnotowano).

Po dwóch tygodniach (tydzień rejsu, tydzień byczenia się na plaży) wracamy do domu. Drugi lub trzeci dzień po powrocie. Zasypiam. Popołudniowa drzemka na własnej kanapie. We własnym pokoju. Budzi mnie Żona i mówi, że kolacja gotowa. A ja wodzę nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. Patrzę na nasze książki. Nasze ubrania. Nasze... wszystko i wydaje mi się, że jesteśmy na  pokładzie, że to nasza kajuta. 

- Wypływamy? - pytam Żonę.
- Co?
- Czy wypływamy? Z portu? Płyniemy już?


Tak, płyniemy, może wciąż płyniemy, a cała reszta życia po prostu się śni...

6 komentarzy:

  1. Bardzo w temacie: pierwszy rok studiów, zbliżała się sesja, więc postanowiłam poświęcić popołudnie późne na lekturę Średniowiecza Witczaka. I przysnęłam, nawet nie po kwadransie - kiedy mama mnie obudziła, nie wiedziałam, jaki to dzień, co za miejsce i co się dzieje.
    Ale profesor Witczak faktycznie oddziaływał na mnie usypiająco, o zgrozo.
    I przyczynił się do powstania mojej Własnej Indywidualnej Jednostki Czasu zwanej (przecież nie muszę być oryginalna) Witczakiem :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdarza się, zdarza.
    A jak miło, kiedy po takim nieprzytomnym przebudzeniu pierwsza myśl: ku...rde, ciemno, zimno, trzeba wstawać... czemu budzik nie dzwonił, przecież do roboty, do przedszkola... o czymś zapomniałem, miałem coś zrobić... zaraz, zaraz... przecież dziś sobota! Te kilka sekund stresu warto przeżyć dla tej chwili, kiedy sobie człowiek uświadomi, że jedyne, co musi zrobić, to poprawić poduszkę i przewrócić się na drugi bok.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też to miałęm, jak każdy. Dawno temu. Zerwałem się i pobiegłem "na zajęcia", wydawało mi się że to ranek bo było szaro. Tylko, ze jak zaczelo się ściemniać a nie rozjaśniać, to zrozumiałem, że to wieczór.
    Za jakiś czas nie będzie Ci się to przytrafiać. Starszy człowiek nie śpi już tak głęboko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Też tak mam - drzemki poobiednie są pod tym względem nie do pobicie. A mówi się, że zdrowe... ;)
    Ostatni obudziłam się zaśliniona i dałabym głowę, że mamy 1997 i muszę iść do szkoły,hm. Petit resecik, ah.

    A życie to Tytanik ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś usłyszałam określenie: "total nieogar"...
    Niestety idealnie pasuje ono do stanu moich kompetencji manualno-intelektualnych zaraz po przebudzeniu... ;-)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.