niedziela, 5 stycznia 2014

Ludzie i telewizory

W sobotę przyjechali moi Rodzice + mój Brat z bratankiem. Kurka wodna! Tak się ucieszyłem, że radością oczekiwania na gości zaraziłem własne dzieci.

- Tymku, powiedz no mi, kto przyjedzie w sobotę? - pytałem kilka dni wcześniej.

- Babcia! Babcia!

- A dlaczego się cieszymy?

- Prezenty! Prezenty!

Żartuję oczywiście. Fakt, prezenty zostawione dla Tymka i Kaliny pod choinką w Kaliszu były. Prezenty dla mnie też były - butelka PRAWDZIWEGO mleka kupiona "od chłopa" i dwa słoje bigosu produkcji mojej Mamy. 

Co do mleka - to jedyna sytuacja, w której dodaję mleko do kawy. To, co kupuje się w sklepach i nosi dumną nazwę MLEKO, z mlekiem wspólnego za wiele nie ma. Smakuje jak woda, w której ktoś wypłukał pędzel po malowaniu sufitu. A bigos? Legenda... Muszę się kiedyś nauczyć, obserwując mistrzynię, jak się robi tak dobry bigos. Co by tradycja i smak nie zaginął...

Cieszyłem się z wizyty moich staruszków z innego również powodu. Mój Ojciec trafił tuż przed świętami do szpitala. Serce. Powiem tylko tyle, że miał sporo szczęścia, bo w szpitalu zjawił się "punktualnie", dzień później mogłoby już być za późno...

Tymczasem jest dobrze - Ojciec przeszedł na dietę niskotłuszczową, a wcześniej potrafił sobie sarmacko podjeść. Rzucił kawę, którą podobno się "przepił." Nic dziwnego, pił kawę z... czterech łyżeczek. Co najważniejsze, szpital jakoś nie osłabił jego wewnętrznych zasobów "bycia sobą." 

Wciąż gada, wciąż popisuje się dziwnym poczuciem humoru (to chyba przeszło w genach na mnie, mam nadzieję...), wciąż woli spacerować po pokoju (nawet pełnym gości) niż tkwić za stołem. Wszak "nogi są kołami myśli", prawda?

Tak więc chwilowe groźne zakłócenie równowagi zostało wyciszone skutecznie. Mój Ojczulek siedzieć będzie na zwolnieniu zdrowotnym, odpocznie, a emerytura tuż za pasem.  

Takim to akcentem wybrzmiewają te święta. W sumie nawet nie święta, co długi rozwlekły czas pracy-niepracy, odpoczynku-nieodpoczynku. 

Czas magiczny z jeszcze jednego powodu - telewizor w duży pokoju się zepsuł. Telewizor Teścia. Ogromny plazmowy monster po roku od wygaśnięcia gwarancji stracił przytomność. Mimo prób reanimacji go przez miejscowego fachowca, telewizor musiał trafić do serwisu. 

Miałem więc pierwsze w życiu święta bez bełkotu, jednodniowych sensacji, znienawidzonych sportów zimowych i fabrykowanych emocji. Można? Można. Polecam. I nie tylko od święta. 

Cóż, pewnie wkrótce wróci odbiornik na piedestał, ale tymczasem jest spokój. Gdybyśmy żyli w idealnym świecie, telewizor też dostałby określone zalecenia zdrowotne: "Proszę nie emitować sportu (zwłaszcza skoków narciarskich i biegów narciarskich), debat politycznych, programów interwencyjnych, Roberta Makłowicza, polskich kabaretów, TVN-u... Jak się będziemy tego trzymać, to pożyjemy długo i w dobrym zdrowiu..."

11 komentarzy:

  1. jeszcze bez reklam! reklamy są główną przyczyną kataru jeliit! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reklamy to zmora. Żeby jeszcze z ulic zniknęły, byłoby pięknie...

      pzdr

      Usuń
  2. A ja swojego telewizora za żadne skarby nie chciałabym się pozbyć z jednego, zasadniczego powodu: o wiele lepiej ogląda się na nim filmy niż na komputerze. Z reklamami się nie męczę, bo oglądam filmy z prywatnych zapasów, zatem zatrzymuję je tylko wtedy, gdy jest to konieczne ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, ja się odzwyczaiłem od TV. Kiedyś byłoby to niewyobrażalne, ale teraz po prostu brak czasu. Książki tak. Filmy nie, bo nie mam już cierpliwości gapić się w ekran przez dwie godziny. Ja ledwie przez "Teleekspressem" wytrzymuję...

      pzdr

      Usuń
  3. Odkąd studiuję nie mam telewizora i...dobrze mi z tym :) Choć czasem brakuje mi jednego czy dwóch programów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przestanie brakować. Czas leczy rany...

      pzdr

      Usuń
  4. Jak rozumiem telewizor się "zespół" z regałem, na stałe i ciekawe też co on na ten piedestał, bo mi się rymuje, że się zes..... .

    Ale ja tak w sprawie tego mleka, to nie pędzle po malowaniu, to ta woda po gipsowaniu. Dlaczego dane było mi pić mleko prosto od krowy, praktycznie z wymienia (nie chodzi tu o wymianę środki płatnicze za mleko, tylko cycek krowy), jeszcze ciepłe ciepłem zwierzęcia, albo jak trochę zaspałem, to takie wychłodzone w studni, aż zęby cierpły. Co to było za mleko, to nie da się porównać z tymi pomyjami. Zazdroszczę,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, prawie jak w Lipcach Reymontowskich... Szarpnąłeś w strunę, o której istnieniu niemal zapomniałem...

      pzdr

      Usuń
    2. Już myślałem, że się pogniewałeś za błędów wytknięcie, bo nadal nie wiadomo co ten odbiornik zrobi na piedestał.

      Jaką strunę, niczego nie szarpałem, jeszcze zapomniałem o ziemniakach z parnika ze skwaśniałym mlekiem, o jagodach ze świeżą śmietaną i cukrem, truskawkach z grządki, jabłkach i śliwkach z sadu i jeżynach z lasu. Spaniu na sianie w stodole, zabawach z prosiakami, i koszeniu kosą jak mroczny żniwiarz niemalże.

      Usuń
    3. Kurcze, ja naprawdę nie zauważyłem tego ubytku. Za dużo bimbru od gospodarza...

      pzdr

      Usuń
  5. Pamiętam jak się chodziło do sąsiadki, co miała krowę, po mleko. Ostatnie prawdziwe mleko... ;) wszystkiego dobrego w Nowym roku :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.