czwartek, 30 stycznia 2014

Wiersz na koniec tygodnia

Z racji przedłużającej się absencji na blogu moim i blogach znajomych, komentuję ten fakt następującym wierszem nie moim:

Boening 737

Podglądaliśmy jak znikał w szarej chmurze

(Każdy z nas chciałby zrobić coś podobnego).




Grzegorz Wróblewski autorem jest.






niedziela, 26 stycznia 2014

Sen o śnie

Jest taki wiersz Noblisty mojego ukochanego, Tomasa Transtromera. Bohater zmęczony podróżą zatrzymuje samochód na poboczu i zasypia na tylnym siedzeniu. Po czasie, Bóg wie jak długim, budzi się i:

„Gdzie jestem? Kim jestem? Jestem czymś, co budzi się na tylnym siedzeniu, szamocze się w popłochu jak kot w worku. Kto? / Wreszcie moje życie powraca. Moje imię przychodzi jak anioł. (…) / Lecz nie da się zapomnieć tej piętnastosekundowej walki w piekle zapomnienia, kilka metrów od szosy, gdzie samochody suną z zapalonymi światłami.”

Zaczynam tak, bo co jakiś czas się to zdarza w moim życiu. Oczywiście, gdy uda się wyrwać trochę snu za dnia na przykład. Na przykład ostatnio. Usypiam Tymka w łóżku. On już niemal śpi, więc mówię sobie: "OK, jeszcze 5 minut i wychodzę." Oczywiście zasnąłem. Śpię. Przychodzi Żona i budzi mnie. Nic nie mówi, tylko delikatnie trąca i wychodzi, gdy tylko widzi, że się budzę. Ja się budzę i pierwsze myśli są takie:

"Boże, już rano... Miałem tyle rzeczy przygotować. Coś poczytać. Kurde... Jeszcze ciemno. Jak ja nienawidzę zimy..." Ale coś mi przestaje się zgadzać, gdy widzę, że leżę nie w piżamie, ale w ubraniu, w którym przełaziłem cały dzień. Sprawdzam godzinę. 20:23. To ten sam dzień, uświadamiam sobie. Ten sam. Spałem najwyżej 20 minut i to już wystarczyło, bym zgłupiał. Zgubił się. 

Innym razem zasypiam za dnia. Popołudnie. Lato. Budzę się i wciąż jest jasno. Inny odcień nieba, ale to dzień. Bez dwóch zdań. Ale jaki dzień? Ten sam? Nowy? Głupieję. Przez kilkanaście sekund nie potrafię niczego na pewno ustalić. Przespałem cały dzień? Moja świadomość grzęźnie. Mózg nie może połączyć najprostszych faktów.

Najbrutalniej sen zabawił się ze mną dawno dawno temu tuż po powrocie z drugiej podróży poślubnej. Podróży ekscytującej, bo Egipt sobie przepłynęliśmy Nilem. Trasą, którą płynęli pasażerowie kryminału A. Christie "Śmierć na Nilu." (Uprzedzam, na pokładzie naszego wycieczkowca żadnych trupów nie odnotowano).

Po dwóch tygodniach (tydzień rejsu, tydzień byczenia się na plaży) wracamy do domu. Drugi lub trzeci dzień po powrocie. Zasypiam. Popołudniowa drzemka na własnej kanapie. We własnym pokoju. Budzi mnie Żona i mówi, że kolacja gotowa. A ja wodzę nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. Patrzę na nasze książki. Nasze ubrania. Nasze... wszystko i wydaje mi się, że jesteśmy na  pokładzie, że to nasza kajuta. 

- Wypływamy? - pytam Żonę.
- Co?
- Czy wypływamy? Z portu? Płyniemy już?


Tak, płyniemy, może wciąż płyniemy, a cała reszta życia po prostu się śni...

wtorek, 21 stycznia 2014

Od ironii do bezmyślenia

Jacy to lodowi olbrzymi przemieszczają się nad Polską? Jaka Buka usiadła na naszym kraju nieszczęsnym? Już myślałem, że na oponach letnich cały okrągły rok sobie pojeżdżę, a tu co? "Jak zima to musi być zimno"? Dajcie spokój...

Wczoraj rano nie było szans, by się do samochodu dostać. Zamrożony, unieruchomiony jak owad w bursztynowym pancerzu. Biedactwo, pewnie zmarzło...

Tymek więc do przedszkola sankami jechał (nie mamy daleko, dzięki Bogu), a z Kaliną Żona do lekarza. Też sankami. Na Jowisza! Jakbyśmy w XIX wieku żyli! Brakowało jeszcze tylko, by doktorka zażądała zapłaty w naturze. Jajka, kilo mąki i udko indyka za konsultację, a dziecko na 5 zdrowasiek do piekarnika z ustawionym termoobiegiem.

Walcząc z siłami natury, złamałem dwie "skrobaczki" do szyb. Tak się zawziąłem, że strzeliły pod naporem mojej wściekłości na tę niespodziewaną w styczniu ujemną temperaturę i opady śniegu z deszczem.

W szkole lepiej nie było. Na własnej skórze przekonałem się, czym jest tzw. ironia losu. I, co gorsza, widzieli to inni. Długa przerwa się jeszcze nie skończyła, a ja już szedłem do sali obładowany torbami, książkami, papierami. W jednej ręce klucz, w drugiej kubek z herbatą (gardło odmawia posłuszeństwa, więc muszę duuużo pić).

Uczniowie mnie widzą:

- Już dzwonek był? - dziwią się.

- Nie - odpowiadam - Ale możecie iść ze mną. Lubię posiedzieć sobie w klasie przed lekcją i się przygotować. A tak poza tym to witam was! To jest dobry dzień!

Tak pieję z radości, bo już połowa dnia minęła, a ja się trzymałem dzielnie i nawet czegoś tam pożytecznego chyba nauczyłem.  

No i dwie sekundy po wypowiedzeniu tych słów, wspinając się po schodach, potknąłem się i poleciałem do przodu. Herbatę rozlałem, papiery rozrzuciłem, rękę niemal poparzyłem. 

Tak, to był dobry dzień...   

Natychmiast przypomniałem sobie równie krępującą sytuację ze mną w roli głównej. Pojechaliśmy z Żoną na zakupy do dużego centrum handlowego. Żona już ruszyła między regały, a ja poszedłem po spory wózek sklepowy. Taki mniej więcej:


No i idę z nim taką boczną alejką. Pusto wokoło, więc rozpędzam się do pewnej prędkości, podskakuję i opieram się całym ciężarem ciała na rączce. Tej niebieskiej (z obrazka). Chcę się po prostu, po chłopięcemu, przejechać kawałek.

No i możecie sobie wyobrazić, co się dzieje. Wózek się podnosi, staje na tylnych kółkach, ja się przewracam, a wózek nakrywa mnie sobą... 

Dobrze, że niewielu ludzi to widziało. No i że nikt mnie nie nagrał, bo byłbym z pewnością jedną z gwiazd Internetu i może wywiady by ze mną przeprowadzano:

- Co pan wtedy myślał? - zapytano by.

- Nic...

niedziela, 19 stycznia 2014

Pszczoły i warcaby

Człowiek nigdy nie wie, co go w życiu spotka, czeka za rogiem i jakie niewykształcone umiejętności będzie musiał w tempie ekspresowym szlifować. Tymek nie zbyt długo pozwala cieszyć się weekendem i budząc się około 6 rano, jest gotowy dezorganizować zastaną rzeczywistość, czyli, jego słowami, kombinować.

W piątek kupiłem mu w markecie budowlanym zwój drutu. 6 złotych mnie to wyniosło. Wczoraj zrobiliśmy z drutu choinkę. Dzisiaj, za sprawą rozważań na temat pszczół i ich roli w ekosystemie ("pszczółki są kochane i robią miód"), Synek wymyślił, że zrobimy z drutu własnie pszczołę. 

Ok, myślę sobie, co to dla mnie. Przecież urodziłem się metoloplastykiem...

Męcząc się niemiłosiernie, tnąc obcążkami, wyginając oporną materię, w końcu zdobyłem Mount Everest!


Synek własnoręcznie na gotowym szkielecie zainstalował lampki choinkowe i całość gotowa była do odpalenia.


A oto dumny konstruktor:


I jak w przypadku innych prac/projektów Tymek dość szybko stracił zainteresowanie już raz rozwiązanym problemem. Pszczoła wisi. Neon taki, a Synek szuka kolejnych pomysłów.

***

Obok jakby tej naszej dzisiejszej "przygody" znów naszły mnie tradycyjne rozważania na temat tego, czy mój Ojczulek też tyle czasu mi i moim braciom poświęcał. Jasne, wychodził z nami na spacery, czasem grał w piłkę, ale te siermiężne zimowe wieczory? A te jesienne popołudnia, gdy już się nigdzie nie idzie, rowery, podwórko odpadają, czy wymyślał nam cokolwiek? 

Nie pamiętam, szczerze mówiąc, nie pamiętam. Nie chcę krzywdzić Taty mojego kochanego, ale raczej brał gazetę, kładł się na wersalce i pozwalał nam robić to, co chcemy "w rozsądnych granicach." Po prostu był i to uważał za wystarczające. 

Dziś taki ojciec reprezentowałby "stary patriarchalny model", dinozaura, szowinistę, ewentualnie lenia i obiboka. Kiedyś to była norma. Chyba...

Rozmawiałem o tym ze znajomym, rocznik końcówka lat 70, więc mój niemal rówieśnik. Miał podobne spostrzeżenia:

- Chyba coś w tym jest. Ja potrafiłem za moim ojcem dwie godziny chodzić. "No tato, tato, zagrajmy w warcaby, co?" A on wtedy zrezygnowany odpowiadał: "No dobra. Jedna partyjka. Ale pamiętaj - będę przy tobie palił!"

czwartek, 16 stycznia 2014

Ech kolęda, kolęda...

Ciężki dzień w środę. Ja od samego rana aż do nocy, bo najpierw lekcje potem konsultacje z rodzicami. Żona najpierw lekcje, a potem wjazd na szkolenie. Oboje mieliśmy wrócić późnym wieczorem, więc dzieciaki trafiły pod skrzydła dziadków.

Odebrali Tymka I Kalinę z przedszkola. Potem jakieś szaleństwa na śniegu w ogrodzie. Potem powrót do domu, by buty i rękawiczki wysuszyć…

Podwieczorek, aż tu nagle dzwonek do drzwi. Teściowa otwiera, a tu na progu dwóch ministrantów:
- Przyjmie pani kolędę? Ksiądz chwilę będzie.

Teściową zamurowało, bo … no, cóż, są dwie możliwości:
- albo źle sprawdziłem datę kolędy w przykościelnej gablocie z informacjami (bardzo prawdopodobne),
- albo coś się zmieniło od czasu, gdy sprawdziłem (mniej prawdopodobne).

Tak czy siak to za moją sprawą w wielkim wiszącym w kuchni kalendarzu pojawił się kolędowy czwartek,  a tu ksiądz w środę przychodzi! Taka miła niespodzianka.

Teściowa po chwili oszołomienia, wyciąga cały equipment  - krzyż, wodę święconą (gdyby znalazł się jeszcze czosnek…) i księdza gotowa jest przyjąć.
Proboszcz, bo to on nas zaszczycił, zdziwił się, że taka skromna reprezentacja, ale na widok Tymka i Kaliny obrazki święte wyjął i wręczył im po jednym.

- Tymku – pyta mojego Synka – Zostaniesz ministrantem, gdy będziesz większy?

Myśli i odpowiada po chwili:
- Raczej nie.

Natomiast Kalina od początku kolędy coś „niewyraźna” była.
- Kalino – mówi teściowa – chodź bliżej. Nie bój się.

- Brzuch mnie boli – odpowiada Córa.

- Brzuszek cię boli – zmartwił się ksiądz.

- Boli mnie – potwierdza Kalina – bo nie mogę kupy zrobić.

Odwraca się i wraca do swojego pokoiku.

Ech, kolęda, kolęda…


środa, 15 stycznia 2014

Albo-albo

Od dawno myślimy o tym, by Tymka zapisać na jakieś zajęcia sportowe. Wyżyć się musi chłopak, bo go po przedszkolu energia rozsadza. Często młodsza siostra staje się partnerką zbyt forsownych zabaw i zazwyczaj kończy się to wszystko guzami, siniakami i płaczem jednego lub dwójki dzieci. 

No coś trzeba wymyślić...

A ostatnio mówi Synek, że ktoś mu wielką przykrość w przedszkolu sprawił.

- Co się stało - pytamy.

- Kolega w szatni mnie uderzył. Ja się schylałem po buty, a on mnie w pupę klepnął mocno! - opowiada rozżalonym głosem.

- To wiesz co trzeba było zrobić? - zaczynam, ale nie kończę, bo to może by było niewychowawcze. Wpadam jednak na inny pomysł - Musimy zapisać cię na karate!

Z tym karate to nie przez przypadek tak wyskoczyłem. Rok temu jeszcze w przedszkolu można było zapisać dziecko na zajęcia ruchowe z elementami tej sztuki walki. 

- Tak, tata! - podchwycił - I wtedy jak mu oddam, to przeleci przez dwie ściany i wpadnie na plac zabaw dla maluchów!

Nie chciałem go wyprowadzać z błędu, że karate raczej takich ciosów nie naucza, ale w sumie się nie znam...

A skąd to tytułowe "albo-albo" ?

Bo mam dylemat, czy Synka zapisać na wyżej wspomniane zajęcia, czy samemu wykupić sobie karnet na pływalnię i odtłuścić nieco własne zapuszczone cielsko. 

Biję się z myślami, ale w żadnym konkretnym stylu.

niedziela, 12 stycznia 2014

Dwa obrazki z pływalni, tytuł mało atrakcyjny

Pojechaliśmy na basen z Tymkiem. Luksus. Tak, to luksus jechać TYLKO z jednym dzieckiem, gdyż ostatnimi czasy zabierałem jeszcze Kalinę i wyprawa na pływalnię zamieniała się w prawdziwy surwiwal. Człowiek zanim rozbierze dwójkę dzieci, mijają kolejne minuty. Potem włącza opcję "oczy dookoła głowy" i puszcza dzieciaki w kierunku wody. Na końcu kocią sprawnością trzeba się wykazać, przebierając i susząc delikwentów. Ech, mówię Wam...

Tym razem Kalina pojechała ze swoją Mamą w odwiedziny, a my, panowie, prysnęliśmy na basen.

Późne popołudnie, sobota, pływalnia wypełniona niemal od krawędzi do krawędzi. Oszczędzę Wam szczegółów naszego wypadu, bo niczego niezwykłego nie byłem świadkiem. Ach, zapomniałbym. Jeden z najsmutniejszych obrazków ostatnich tygodni. 

Małe okrąglutkie jacuzzi, w którym zazwyczaj aż biało było od gorącej wody i milionów pęcherzyków powietrza, zepsuło się. "AWARIA JACUZZI" głosiła kartka, a martwa woda stała nieporuszona wewnątrz. I do tej okrągłej sadzaweczki wchodzą dwie wyraźnie otyłe nastolatki. Zanurzają się po szyje i tak siedzą, patrząc się w przestrzeń. Nie wiem dlaczego, ale widok ten mnie zahipnotyzował. Strzeliłbym niezłe bardzo boleśnie realistyczne zdjęcie, a potem ratownik wezwałby policję...


Coś a la w ten deseń...


Najciekawiej było jednak w szatni. Coś tak czułem, że trafi się jakiś "bonus" z tego wyjazdu. 

Przebieramy się z Synkiem, gdy do szatni wpada dwóch chłopaków. Tak mniej więcej 12-13 lat mieli. Spieszą się. Ubrania niemal z siebie zdzierają. Każdy swoje, oczywiście. I taki dialog w międzyczasie:

- Ej, ale poczekaj na mnie. Wchodzimy razem.

- Dobra. Ale przebieraj się szybciej.

- No spieszę się, no! 

- Sandry już pewnie nie ma. Nie bój się!

- Jest! Ona jeszcze pół godziny będzie.

- No dobra. Gotowy jesteś?

- Już! I pamiętaj. Zasłaniasz mnie. Dobra?

- Dobra... A w sumie czemu mam cię zasłaniać?

- Bo ja gruby jestem.

I poszli. 


PS

Pozdrawiam Sandrę.

czwartek, 9 stycznia 2014

Dura sex sed sex

Nie pamiętam kto to powiedział, ale pamiętam, że wstrząsnęły mną te słowa. Rzecz dotyczyła Polski i hasła, które miało ją promować, uwznioślić, dodać skrzydeł. Hasło brzmiało: "Polska jest sexy!" Zapytano na okoliczność tego kuriozalnego hasła różnych ludzi, czy zgadzają się z tym stwierdzeniem.

- "Czy Polska jest sexy? Tak i dlatego wszyscy ją pierdolą."

Jakoś mnie to ruszyło. Coś się zaczęło w środku mrowić. Dyskomfort do kwadratu. Nie lubię myśleć, że jest aż tak źle z naszym krajem, ale coraz więcej okoliczności wskazuje na to, że tak faktycznie jest. Od samej góry, od władzy, której Polska zastępuje prywatny folwark, jakieś ranczo, aż po szeregowych obywateli, którzy wietrzą za najmniejszą okazją, by Polskę okpić, oszukać, wyprowadzić w pole...

Sam bez winy zapewne nie jestem...

Bo jak tu być dobrym obywatelem w kraju, w który uczciwość wobec państwa utożsamia się z naiwnością lub głupotą? Jak układać kręgosłup, by człowiek się mógł wpasować się w zawiłości niejasnego prawa? Komu wierzyć, gdy co i rusz przekonujemy się, że za wszystkim stoją niskie pobudki, podłe intencje? 

Nie wiem, czy segregowanie śmieci i chodzenie na wybory czyni ze mnie dobrego obywatela?

Czemu o tym piszę? Bo nagłośniono sprawę "przeprowadzki" pewnej polskiej firmy za granicę, gdzie firma ta płacić będzie duuużo niższe podatki. Bo Poczta Polska przegrała przetarg na obsługę korespondencji sądowej i teraz wezwania przed oblicze Temidy trzeba będzie odbierać w kiosku z gazetami.

Tak sobie myślę, że wkurza mnie taka popieprzona jak pięć pór roku Polska. Polska, która wpadała w ręce tych, którym wszystko jedno, byle kasa się zgadzała...

Tak się żalę i smęcę, ale zakończę jaśniej.

Opowiadam koleżance z pracy, jakie to szczęście miała moja Mama. Zakład, w którym pracowała jako "mistrzyni zmiany" (cokolwiek to znaczy), rok po tym, jak już przeszła na emeryturę, zamknięto. Szycie ubrań firma BIG STAR przeniosła do Chin. Niby smutne, ale...

- Ciężko by było dojeżdżać, co? - pointuje koleżanka.

I tego się trzymajmy.

wtorek, 7 stycznia 2014

Polej, Tadeusz!

Tak się składa, że znowu omawiam "Pana Tadeusza." Wiem, że to całe Soplicowo to bujda na resorach, że Polski takiej nie było, że szlachty takiej nie było, że to jakiś "widoczek" na użytek odrętwiałych od nostalgii polistopadowych emigrantów. Wiem, ale jakoś lubię to dzieło. Mam sentyment i już!

Oczywiście znowu pojawia się nieśmiertelne pytanie: "To może przyniesiemy oprócz papierowego Pana Tadeusza takiego w płynie?" "Albo Soplicę?", dodaje zazwyczaj ktoś.

A ja wtedy odbijam piłkę i walę z grubej rury:

- Jak jestescie tacy mądrzy, to pomyślcie w domu, dlaczego ktoś dał wódce nazwę '"Pan Tadeusz", a nie na przykład "Kordian"? 

A potem już wyobraźnia mi galopuje. "Dziady" do wódki nie pasują, to raczej nędzne wino. Chociaż takie wino to również "Ludzie bezdomni" by się mogło nazywać...

Dodacie coś od siebie? 

Nie wierzę, że nie chcielibyście spróbować "Cierpień młodego Wertera." 

Wiecie, klin klinem...

niedziela, 5 stycznia 2014

Ludzie i telewizory

W sobotę przyjechali moi Rodzice + mój Brat z bratankiem. Kurka wodna! Tak się ucieszyłem, że radością oczekiwania na gości zaraziłem własne dzieci.

- Tymku, powiedz no mi, kto przyjedzie w sobotę? - pytałem kilka dni wcześniej.

- Babcia! Babcia!

- A dlaczego się cieszymy?

- Prezenty! Prezenty!

Żartuję oczywiście. Fakt, prezenty zostawione dla Tymka i Kaliny pod choinką w Kaliszu były. Prezenty dla mnie też były - butelka PRAWDZIWEGO mleka kupiona "od chłopa" i dwa słoje bigosu produkcji mojej Mamy. 

Co do mleka - to jedyna sytuacja, w której dodaję mleko do kawy. To, co kupuje się w sklepach i nosi dumną nazwę MLEKO, z mlekiem wspólnego za wiele nie ma. Smakuje jak woda, w której ktoś wypłukał pędzel po malowaniu sufitu. A bigos? Legenda... Muszę się kiedyś nauczyć, obserwując mistrzynię, jak się robi tak dobry bigos. Co by tradycja i smak nie zaginął...

Cieszyłem się z wizyty moich staruszków z innego również powodu. Mój Ojciec trafił tuż przed świętami do szpitala. Serce. Powiem tylko tyle, że miał sporo szczęścia, bo w szpitalu zjawił się "punktualnie", dzień później mogłoby już być za późno...

Tymczasem jest dobrze - Ojciec przeszedł na dietę niskotłuszczową, a wcześniej potrafił sobie sarmacko podjeść. Rzucił kawę, którą podobno się "przepił." Nic dziwnego, pił kawę z... czterech łyżeczek. Co najważniejsze, szpital jakoś nie osłabił jego wewnętrznych zasobów "bycia sobą." 

Wciąż gada, wciąż popisuje się dziwnym poczuciem humoru (to chyba przeszło w genach na mnie, mam nadzieję...), wciąż woli spacerować po pokoju (nawet pełnym gości) niż tkwić za stołem. Wszak "nogi są kołami myśli", prawda?

Tak więc chwilowe groźne zakłócenie równowagi zostało wyciszone skutecznie. Mój Ojczulek siedzieć będzie na zwolnieniu zdrowotnym, odpocznie, a emerytura tuż za pasem.  

Takim to akcentem wybrzmiewają te święta. W sumie nawet nie święta, co długi rozwlekły czas pracy-niepracy, odpoczynku-nieodpoczynku. 

Czas magiczny z jeszcze jednego powodu - telewizor w duży pokoju się zepsuł. Telewizor Teścia. Ogromny plazmowy monster po roku od wygaśnięcia gwarancji stracił przytomność. Mimo prób reanimacji go przez miejscowego fachowca, telewizor musiał trafić do serwisu. 

Miałem więc pierwsze w życiu święta bez bełkotu, jednodniowych sensacji, znienawidzonych sportów zimowych i fabrykowanych emocji. Można? Można. Polecam. I nie tylko od święta. 

Cóż, pewnie wkrótce wróci odbiornik na piedestał, ale tymczasem jest spokój. Gdybyśmy żyli w idealnym świecie, telewizor też dostałby określone zalecenia zdrowotne: "Proszę nie emitować sportu (zwłaszcza skoków narciarskich i biegów narciarskich), debat politycznych, programów interwencyjnych, Roberta Makłowicza, polskich kabaretów, TVN-u... Jak się będziemy tego trzymać, to pożyjemy długo i w dobrym zdrowiu..."

piątek, 3 stycznia 2014

Analizy i zapowiedzi

Ludzie na blogach podsumowują lub zapowiadają.

Podsumowują cały 2013, wzloty i upadki, wpatrują się w liczniki odwiedzin i liczby komentarzy. Ja też, przyznaję, ale nie o tym teraz...

Rok 2013 jak żaden rok wcześniej dał się poznać jako czas, gdy blogowanie przestało być tym, czym było wcześniej, a zaczęło być czymś, z czym jest mi zupełnie nie po drodze.

W 2013 roku blogi (znajome lub mniej znajome, obserwowane lub tylko przypadkowo chwycone) zaczynały szukać jakiejś nowej definicji dla siebie. Oczywiście nie piszę o wszystkich. Piszę o niektórych, częściej lub rzadziej odwiedzanych. Widząc, że blogowanie stało się nie tylko okazją do opowiedzenia o sobie i "swoim świecie", bloggerzy zamienili się w marketingowców samych siebie.

Ja, ja blogowe, stało się marką. Towarem. Moje życie, myśli, opinie, dzieci, mężowie, żony, obejrzane filmy, przeczytane książki nagle z prywatnego kosmosu wyrwane zostały i zatrudnione, by generować zyski - wszelkiego rodzaju. Młode mamy ścigają się w wyłudzaniu kosmetyków i kaszek od firm oferujących odpowiednie produkty dla dzieci. Domorośli recenzenci zasypują wydawnictwa prośbami (?) o darmowe egzemplarze książek, obiecując "przychylne spojrzenie." Pierwszy z brzegu, który na 80% zdał maturę  z wiedzy o społeczeństwie, co dwa dni wymyśla kolejną subtelną i wyrafinowaną analizę rzeczywistości. 

Mam pisać dalej?

Nie podoba mi się to, co dzieje się w blogosferze. Nie podoba mi się i tyle. 

W starych dobrych czasach pisało się o sobie, nie licząc na lotne szwadrony fanów, fanatyków, kibiców... Nie chciało się zostać idolem. Chciało się czymś podzielić, nie licząc na jakikolwiek zysk oprócz kilku miłych komentarzy mniej lub bardziej przypadkowych gości. 

Ale te heroiczne czasy minęły. Dziś blogi służą promocji. Jeżeli nie produktów, to samych autorów, którzy każdorazowo w produkt się zamieniają. 

Nie moja bajka, myślę sobie...

Cóż więc czeka mnie-bloggera? To, co w zeszłym roku: marudzenie lub euforia, dom lub praca, dorośli lub dzieci, kraj lub świat... I jak napisał Słowacki w "Testamencie moim": Co do mnie - ja zostawiam maleńką tu drużbę...

Tak więc witam tu maleńką garstkę wiernych czytelników, dwunastu, niech się dobrze czują w tych skromnych progach.

Witajcie w 2014, ja też już tu jestem...


środa, 1 stycznia 2014

Taka zapowiedź

Jeżeli ktoś budzi się rano, pierwsze rano nowego roku, i widzi taki oto obrazek na szybie samochodu osobistego


może mieć pewne wątpliwości co do jakości zaczynającego się 2014. Poważne wątpliwości...

Tymek też wyjrzał przez okno:

- Tata! Co tam jest napisane? - pyta, bo odkąd nauczył się rozpoznawać litery wciąż coś czyta.

Nastała krępująca cisza, w której słychać był mój skwierczący, pracujący na wysokich obrotach mózg.

- Tam? "K A R N Y." Słowo "karny."

- Karny? A to (trzymajcie się) serduszko z kłódką? Co to znaczy? To jakiś szyfr? Ktoś nam wiadomość jakąś zostawił?

- Tak. To taki szyfr - mówię - Ktoś przechodził. Zobaczył, że mamy szron na szybie, więc nam napisał, że jak jeszcze raz będziemy mieli taką nieprzejrzystą szybę, to za karę nam zamknie samochód na kłódkę...

Tymek się delikatnie zdenerwował.

- Nieładnie - mówi przez zaciśnięte zęby - Tata, wiesz, co zrobimy? Jak znajdziemy tego kogoś, to mu też coś takiego na samochodzie narysujemy!

- Zgoda.