sobota, 13 grudnia 2014

Tak brzmi przerażenie

Świat nie zapomina przesyłać mi swoich dziwnych, zabawnych, kuriozalnych komunikatów. Oto jeden z cyklu "Edukacja najmłodszych."

Prowadzę Tymka do szkoły. Jesteśmy lekko spóźnieni. Minęła ósma rano, więc pędzimy. Synek błyskawicznie rozbiera się w szatni. Wpuszczam go do sali, gdzie jego koledzy i koleżanki siedzą na dywanie w kółeczku i bawią się w coś z wychowawczynią.

Zabawa polega na tym, że każde dziecko musi coś zrobić. Jakiś rodzaj "głuchego telefonu" czy coś w ten deseń.

Pani łagodnie traci cierpliwość:

- Kochani, jak nie zrobimy całego kółeczka, jak każdy tego nie powtórzy, to chyba będziemy tu siedzieć do trzynastej.

- W nocy?! - pyta z szekspirowską rozpaczą w głosie jedno z dzieci.

sobota, 6 grudnia 2014

Tyle wygrać...

No i się dowiedzieliśmy...

Po całej sekwencji badań nieinwazyjnych (UGS, tomografia, prześwietlenie, krew) już wiemy (chociaż nie do końca) co mi jest.

Nie brzmi to optymistycznie ani pesymistycznie - 8 lat temu pojawił się u mnie pewien guz i został on wycięty. Przez 8 lat był spokój. Chyba. Teraz wszystko wróciło.

Trzeba mnie będzie otworzyć, wyciągnąć "to coś" i zbadać. Inaczej się nie da. 

Potem możliwa chemioterapia.

Mówię Wam... Tyle wygrać. Człowiek sobie nad książką pracuje, musi ją do końca roku oddać, by światło dzienne ujrzała szybciej niż później, a tu rośnie w nim spokojnie coś, co bardzo (naprawdę bardzo) potrafi zdekoncentrować.

Życie, życie jest nowelą...

PS

Wybaczcie, że mam zawiechę z odpowiadaniem na komentarze, ale nawet ten post z trudem skleciłem.

Czołem!

środa, 26 listopada 2014

Ząb

Jestem, jestem, żyję. 

Cóż tu po drodze było? Tymek stracił pierwszy ząb. Dolna jedynka. Atrakcji było przy tym co niemiara. W ogóle późno mu się te zęby zaczęły ruszać, bo on już pełną (szczerbatą) gębą sześciolatkiem jest, a niektórym jego kolegom i koleżankom zdążyły już wyrosnąć zęby stałe.

Generalnie panikował, gdy przypominał sobie, że kiedyś też go to spotka. „Będą na mnie mówić szczerbol” – jęczał.

- A ty tak mówisz na innych? – pytamy.

Spuszcza głowę i szybko zmienia temat rozmowy.

A więc trzy tygodnie temu się zaczęło. Tymek ma niemowlęcy zwyczaj nieświadomego gryzienia różnych rzeczy. A to rękaw od bluzy lub kurtki sobie żuje. A to poduszkę. (Najgorzej pod tym względem wygląda żucie samego jedzenia…)

Kładziemy się do łóżka. Wieczór. Piżamy. Synek słucha czytanej bajki, aż tu nagle krzyk, wrzask, rozpacz.

- Co się stało? – pytamy autentycznie przerażeni.

- ZĄB MI SIĘ RUSZA!!! – odpowiada Tymek i zaczyna zawodzić jak zawodowa płaczka. Ryczy jak bóbr. Łzy ciekną po policzkach, ślina cieknie z rozchylonych ust. Pół godziny go uspokajaliśmy. Całe szczęście, że nie przytrafiło mu się to w szkole przy śniadaniu, bo pewnie musiałaby przyjeżdżać karetka pogotowia, a na 100 % byłby telefon do rodziców.

Ok.,. Z tygodnia na tydzień ząb ruszał się coraz mocniej, ale paradoksalnie zaczął być coraz bardziej ignorowany.

Przedwczoraj mleczak wisiał już „na jednym włosku”, więc wróciło widmo „szczerbola.” Tymek biegał po domu, wrzeszcząc… w sumie nie wiem, co wrzeszczał, bo ciężko się cokolwiek artykułuje, gdy się człowiek lata z otwartymi szeroko ustami.W końcu, widząc naszą wymuszoną obojętność na widok tego typu histerii, stanął gdzieś w kąciku i sobie ząbek po prostu wyjął.

Duma go rozpierała. Ząbek schował pod poduszkę, licząc się z wizytą tzw. Wróżki Zębuszki, która (jak chce pewna miejska legenda) zamienia w nocy mleczaki na monety lub inne dobra materialne, tudzież słodycze.

Z racji tego, że Synka wciąż fascynuje świat elektrotechniki zmieniliśmy nieco konwencje i zamieniliśmy Wróżkę Zębuszkę na Wróżkę Dioduszkę, która w zamian za mleczne zęby przynosi dzieciom diody (plus rezystory, żeby się dioda nie spaliła pod napięciem 9V z bateryjki).

Pytacie, co z Córą. Na widok brata, który dumnie paraduje z pierwszą szczerbą w dolnej szczęce, oświadczyła, że też już nie chce mieć zębów i „wyrwijcie mi je!”

Oczywiście płaczem skończyły się nasze próby tłumaczenia, że „na każdego przyjdzie jego kolej”, jak to mawiał robot kolejkowy Ewa 1 z serialu „Alternatywy 4.”


Czołem!

piątek, 24 października 2014

Ekskuza

Choruję.

Od ponad tygodnia leczę się niby na grypę, ale tak naprawdę nie wiem, co mi jest. Lekarze widzą tylko stan zapalny, ale ani chirurg, ani urolog, ani USG nic nie znalazło. Nie wiadomo, skąd te skoki temperatury, rwanie w mięśniach, bóle... Paradoksalnie, żadnych typowo przeziębieniowo-jesiennych klimatów. Zero kaszlu, kataru.

Truję siebie i innych tymi wizjami swojej niewesołej przyszłości. Śni się, że umieram, że mam ciało młodego człowieka, ale liczę sobie około setki lat. Serio, taki sen miałem...

Pociechę znajduję w słowach wiersza Krzysztofa Jaworskiego, który również na swojej drodze krzyżowej via oddział onkologiczny taki oto wiersz napisał:

SŁODKIE LATA 90.

Żyliśmy jak zwierzęta.
Bez iPodów, LTE i Internetu.
Dziewczyny bobry miały zarośnięte.
Rzadko goliły nogi.
Nic nie było wyjebane w kosmos.
Nic nie było zapisane na pendrivach.
Wszystko było zapisane w gwiazdach.


Z pewnych względów ilustracji do wiersza dawać nie będę...

Czołem!


piątek, 17 października 2014

Z okazji

W jednym ze swoich wierszy amerykański poeta Billy Collins napisał takie słowa: "Wszyscy moi studenci, których kiedyś uczyłem, zaludniliby niewielkie miasteczko." Coś w tych słowach jest. Nawet jeżeli odpuścimy sobie całą resztę utworu (dobrego tekstu zresztą), będziemy mieli pewną ciekawą prawdę o zawodzie nauczyciela.

Czy ja, który przepracowałem już w zawodzie tych 12 lat, też swoimi uczniami zaludniłby małe miasteczko? Taka od czapy refleksja się przypętała w Dniu Nauczyciela.

Moich uczniów wszystkich los już dawno rozrzucił po świecie, Europie, Polsce, województwie, gminie. Spotykam ich ulicach, w autobusach. Niektórzy sprzedają mi w chleb, inni przynoszą mi pocztę. Czasem ktoś się jakoś via Internet odezwie, do grona znajomych chce dołączyć. 

Mają dzieci. Niektórzy już w szkole się przykładali się praktycznych elementów wychowania do życia w rodzinie.  

Idę ostatnio po Synka do szkoły. Nagle na ulicy zatrzymuje się czerwony samochód dostawczy. Kierowca macha to mnie i szczerzy zęby. Po chwili go rozpoznaję. Jedno z moich największych utrapień i klęska pedagogiczna. Niemal każda lekcja musiała być przez niego "urozmaicona", czasem zupełnie rozbita. Męczyłem się niemożebnie, a kolejne oceny ndst nie robiły na nim wrażenia. 

To zdaje się być regułą, którą nie do końca rozumiem. Największe obiboki, lenie patentowane, pospolici chuligani po wyjściu ze szkoły (definitywnym wyjściu) zawsze kłaniają się, poznają na ulicy, nawet rzucą bezpośrednim: "Poznajesz mnie?" 

Gdzieś tam utkwiłem im w pamięci i nie rzucają we mnie kamieniami z tego powodu.

Dlatego nie mogę się nie zgodzić z tymi słowami:



Natomiast średniacy z ambicjami... Dla nich już jestem niewidzialny. Wypadłem z orbity ich zainteresowania. Cóż, życie...

Sentymentalnie się zrobiło. Trzeba rozbić w proch ten pompatyczny nastrój. 

Uczniowie mojej klasy osobistej pytają się mnie na jednej z pierwszy lekcji:

- Mamy do pana mówić "panie profesorze"?

- Eeeee, gdzie tam! Jak ktoś tak mówi, to czuję się, jakbym miał 50 lat albo i więcej.

- To jak mamy mówić?

- Możecie po prostu "proszę pana" albo "mistrzu", jak wolicie.

Mieliśmy w tym tygodniu Dzień Papieski. Jedną z jego atrakcji były kremówki, które można było w hurtowych ilościach kupić, a potem się nimi opychać.

Powiem Wam jedno - żałuję, że papież po maturze na pizzę nie chodził...

Czołem!

niedziela, 12 października 2014

Mydło, powidło, podręczniki

Idę w miasto. Ok, w miasteczko na poszukiwanie musu jabłkowego. (Szczegóły, szczególiki...) Mijam jedyną w okolicy księgarenkę. Malutki budyneczek z drewna wtopiony w szereg innych budynków. W środku ledwie mieszczę się ja, dwójka dzieciaków, Żona i właściciel. Książek, przeróżnych, od podłogi po sufit.

Zawsze, gdy mam ochotę na jakaś nowość, idę do księgarza i zamawiam egzemplarz. Wiem, szybkiej i taniej pewnie przez Sieć, ale staram się wspierać faceta, bo walczy z podłymi realiami rynku książki jak może. Podziwiam w sumie gościa, bo wiadomo jak jest z czytaniem w naszym pięknym narodzie. A i w małych miasteczkach też pewnie odpowiednio "wysokie" nasycenie molami książkowymi istnieje...

Ale do rzeczy - przechodzę obok księgarni i myślę sobie, że w sumie jedną książkę nowszą mógłbym zamówić.

- Dzień dobry - wołam od progu - Mógłbym jedną książkę zamówić?

- Jeszcze tak - odpowiada księgarz.

- A co? Już pan zamyka na dziś?

- Chyba w ogóle się poddam...

Lekko mnie zmroziło. I, parafrazując klasyka, wiadomość ta "w pysk mi dała i poszła."

Opowiadam Żonie o wszystkim. A ona na to, że za wszystko trzeba winić niestety dwa sklepy papiernicze (!!!), które zaczęły w zeszłym roku handlować podręcznikami. Do tej pory to "mój" księgarz się tym zajmował i dzięki podręcznikom właśnie jakoś wiązał koniec z końcem. Teraz zagryzły go dwie inne placówki nijak z podręcznikami nie związane. No chyba że wspólnym mianownikiem uczynimy papier...

Tu dochodzimy do sedna problemu - nie da się chyba zakwestionować prawa do handlowania, czym się da. Takimi pomocami naukowymi obracać może fryzjerka, rzeźnik lub bioenergoterapeuta. Ja jednak wychodzę ze staromodnego przekonania, że mięso się u rzeźnika właśnie kupuje, bułki w piekarni, a gazety w kiosku.

Inaczej dojdziemy do sytuacji, gdy pan z saloniku prasowego oferuje petardy i znicze, pani w aptece wyposażenie do obcinania paznokci, a w pasmanterii kupić można zestawy do przyjmowania kolędy (krzyżyk, kropidło i aluminiowa miseczka na wodę święconą).

Co tu dają?


Dojdziemy?

Już tu jesteśmy... 

sobota, 11 października 2014

Ogłoszenie parafialne

Założyłem na twarzowej książce stronę, która ma zbierać obrazki z życia polskiej prowincji. Nie polowałem i nie będę nigdy polował na popularność. Poluję i będę polował na zwyczaje, obyczaje, paradoksy, żenujące i wstydliwe oblicza naszego gatunku. Na wszystko, co ludzkie. Stąd. Jeżeli zechcecie dołączyć i publikować czasem tam swoje obserwacje, będzie to największym sukcesem. 


Tomek.

czwartek, 9 października 2014

Typowe problemy dorastających dziewcząt

I znów życie funduje mi podejrzaną/podsłuchaną scenkę z życia bliźnich. Przystanek autobusowy. Odkąd mamy zepsuty samochód - ponoć alternator, więc moje trzaskanie łapami w kierownicę chyba nie było aż tak dewastujące - muszę dzień w dzień korzystać z dobrodziejstw transportu publicznego. Ma to swoje zalety oczywiście - czytam, czytam i czytam...

Wracając jednak do obserwacji...

Stoją dwie małolaty ze szkoły ponadgimnazjalnej. Jedna żali się drugiej:

- Matka mnie nie chce puścić na tę domówkę.

- Dlaczego?

- Bo ją w rękę uderzyłam.

- Co?

- No tak... Wczoraj coś ją napadło i zaczęła sprzątać w szafie na korytarzu. Powyciągała wszystkie buty i mówi: "Coś mi te buty brzydko pachną" i kazała mi po kolei każdy but wąchać. Po którymś jej powiedziałam, że nie mam więcej ochoty wąchać butów. A ona następny mi podtyka pod nos, więc odepchnęłam jej rękę. A ona w krzyk, że ją uderzyłam i że nigdzie nie pójdę!


PS

Noszę się z zamiarem założenia na znanym portalu społecznościowym, co to mam twarz i książkę, grupy "Blogerzy z prowincji." Jakbym nie miał co robić z czasem...


sobota, 4 października 2014

Autor! Autor!

Takiego typu opowieści ZAWSZE otwiera się wstępem: "Znajomy mojego znajomego widział coś takiego..." No, czujemy już, że jakaś większa ściema się kroi lub przynajmniej całą historię trzeba w kategoriach anegdoty traktować.

No więc możecie mi wierzyć albo i nie, ale takiego czegoś byłem ostatnio świadkiem:

Po drugiej stronie ulicy postawiono nam przystanek autobusowy. Od rana do wieczora czekają tam, snują się lub spotykają przeróżni ludzie - i gimnazjaliści rzucający mięchem, i zażywne starsze panie, które tychże upominają. Ruch jak w Paryżu, prowincjonalnym dość, ale jednak.

Wychodzę z domu, spieszę się po Tymka do szkoły. Do moich uszu docierają podniesione głosy z przystanku właśnie. Dwóch zaniedbanych panów w średnim wieku siedzi obok siebie i zawzięcie się o coś spiera. Wyglądają jak klasyczne ofiary transformacji ustrojowej - poszarzałe twarze, znoszone ubrania, włosy w nieładzie, facjaty nieogolone. 

- Ty naprawdę jesteś, wiesz co... Z tobą to już naprawdę źle! - zaczyna pierwszy - Coraz gorzej!

- No co? No co?

- Wiesz co? Idź i zapisz się z powrotem do przedszkola, to tam ci wytłumaczą wszystko! No przecież autorem "Kordiana" był Słowacki! Nie Tuwim! To już dzieci w przedszkolu wiedzą!

Musiałem pędzić po Synka, ale żałowałem, że nie mogłem dłużej przysłuchiwać się tej branżowej dyskusji. 

Jedno Wam powiem - ciekawy jestem, w jakim przedszkolu "Kordiana" się omawia. Chyba tam Córkę zapiszę... 

wtorek, 30 września 2014

Co było?

Co mnie nie było, to mnie nie było. Stęskniliście się ? 

(Nie!)

Ja nieco tak, ale nie mam czasu na zbyt wielkie ballady i romanse na temat mijających dni. Czasu nie mam. W diabły roboty w szkole. Powieść pęcznieje, obrasta w kolejne sceny i rozdziały. Dzieci prywatne też się coraz mocniej domagają uwagi taty, a doba ma wciąż tylko 24 godziny, z czego przynajmniej 8 muszę przespać, by nie umrzeć w trakcie pozostałych 16.

Kuchnia wciąż leży rozgrzebana. Teoretycznie wszystko gra oprócz tego, że płytki na ścianie fachowcy źle położyli. Życie. No i meble kuchenne zaczną nam kłaść dopiero 7 października. Życie...

Dziś Dzień Chłopaka. Ładny prezent od  mojej klasy dostałem - książkę kucharską. Do nowej kuchni będzie jak znalazł. A wierszyk, jaki mi napisały dziewczyny... Cud, miód poezja okolicznościowa.

Niestety, samochód się zepsuł nam. Pewnie mam w tym jakiś udział, bo baaardzo głośno słuchałem progresywnego metalu w czasie jazdy, wystukiwałem rytm na kierownicy i zanim skończył się pierwszy utwór, zapaliła się czerwona kontrolka i wyświetliła się informacja:

Uszkodzony system wspomagania kierownicy.


Życie...

poniedziałek, 15 września 2014

"Siedź w kącie,

znajdą cię." Takie hasło niepopularne dzisiaj. W czasach, gdy wyszarpywać, wygryzać trzeba sobie drogę kariery, rozwoju osobistego etc.

W czasach, gdy trza się promować, naginać, łokci używać nie tylko do podpierania głowy przy stole, ale również do rozpychanie się. 
A pamiętacie moją notkę sprzed roku?

To był tak zwany "List do samego siebie z przyszłości", miła i bezbolesna inicjatywa, za pomocą której miałem jakoś zmotywować siebie do działania, pracy, doskonalenia wewnętrznego. No bo czyż motywująco nie brzmią słowa:

"A jak tam Twoje dwie rozgrzebane powieści, którymi masz zyskać sławę i uniezależnić się finansowo od budżetu państwa? Masz je w końcu skończyć! Bo jak nie, to w ryj!"

Nie traktowałem tej notki, listu wysłanego w przyszłość, wyjątkowo poważnie. Jeżeli by miał już o czymś przypominać, to raczej o kolejnym mijającym roku. O bezlitosnym czasie, co liście zrywa z drzew i sił ludzi pozbawia. 

Aż tu nagle trzęsienie ziemi. Pewna osoba, której nigdy na oczy nie widziałem, ale w Internetach znajomymi jesteśmy i kojarzymy swoje nazwiska, pyta się, czy dobrze pamięta, że pracuję nad jakąś książką. Oniemiałem, bo tak. Mam rozgrzebane 3 lub 4 powieści. "No to przyślij próbkę, bo wydawnictwo moje szuka nowych ciekawych autorów." 

Oniemiałem drugi raz, ale posłałem mniej więcej połowę maszynopisu. Nie liczyłem na nic specjalnego, bo mimo licznych talentów mam jedną wadę - niewyleczalną nieumiejętność oceny własnych dokonań. Ktoś taki nigdy nie powie, że zrobił coś dobrego, przyzwoitego, porządnego. 

Po tygodniu dostaję pozytywną odpowiedź. Tekst zrobił "duże wrażenie." 

Dziś jestem po pierwszych wstępnych rozmowach z Wydawnictwem. Za chwilę umowa. Do końca roku dopisać resztę. Wiosną być w dobrej formie, by serce wytrzymało moment, gdy w księgarni znajdzie się własną książkę...

Niech ta notka będzie przykładem działania Losu, Opatrzności lub czego tam chcecie, w co tam wierzycie. Morał jest jeden - życie zawsze będzie inne niż nam się wydaje, że będzie. To po pierwsze. 

A po drugie - przepraszam za moralizatorstwo - nigdy nie pisałem z wyrachowania, licząc na jakikolwiek sukces oprócz własnej (skromnej) satysfakcji. Być może brak jakichkolwiek oczekiwań + uparta spokojna praca to klucz do ... sukcesu (?).

Może...

sobota, 13 września 2014

Eksplozja w Sparcie

Od miesiąca nie mamy kuchni.

Tak, to prawda. Miesiąc temu wynieśliśmy z kuchni wszystkie meble, bo liczyliśmy, że jeszcze w wakacje uda się przeprowadzić głębinowy remont tego najważniejszego pomieszczenia w całym domu. 

Wynieśliśmy meble, zlew, kuchenkę gazową. Wszystko wylądowało na tarasie. 

W salonie złożona została nowa kuchnia. W 99 paczkach leży. Od miesiąca mniej więcej. 

W korytarzu mamy stół, na którym jest WSZYSTKO, co niezbędne do kulinarnego funkcjonowania. Do kontaktu podpięty czajnik i mikroskopijna kuchenka turystyczna.

Na szczęście w pomieszczeniu gospodarczym obok domu (brzmi dziwnie) mamy kuchenkę gazową podłączoną do butli gazowej. Tam jakoś gotujemy dania obiadowe. Lodówka w garażu.

Warunki spartańskie w praktyce.

W tych warunkach takie oto wydarzenie. Dzisiejsze śniadanie. Siedzimy przy stole kuchennym w korytarzu. Żona mówi:

- Coś mi się wydaje, że te soki co tu stoją, to już chyba trzeba będzie wylać. Pewnie sfermentowały już.

Sprawdzę, myślę sobie i wyciągam rękę, by sprawę zbadać, a tu nagle...

PUFFFFFFFF!!!

Głośny wystrzał i rozbryzg czegoś czerwonego w powietrzu. Tuż obok mnie. Okulary mam w czerwonych cętkach. Bluza tak samo. Pół stołu obryzgana. Jedna ściana. Druga ściana. Obie w zeszłym roku pomalowane. Na biało.

Eksplodował sos Jalapeño. Czerwony. Pikantny.


Sceneria rodem z filmu o polowaniu na seryjnego mordercę. W naszej kuchni. To znaczy w korytarzu...

środa, 10 września 2014

Po przerwie

Dawno mnie nie było. Przygód miałem więcej niż Indiana Jones, ale niestety mniej malownicze były i żadnych skarbów nie wygmerałem nigdzie. A szkoda...

Moja odyseja, w czasie której starałem się odwiedzać kolejnych lekarzy, rozbiła się o kilka raf. Przyjemna rafa to moja pani doktor pierwszego kontaktu, która skutecznie przekonywała mnie, że wszystkie (albo większość) z moich dolegliwości mają podłoże nerwowe. Uf, dziękuję pani doktor, bo już zacząłem siwieć. Serio, zdobyłem kilka siwych włosów na mojej bujnej czuprynie.

Inna rafa była już mniej sympatyczna. Chciałem, jak co roku, iść na kontrolę do szpitala onkologicznego. Tak, miałem kiedyś przygody w ten deseń, więc co jedno okrążenie Słońca wokół Ziemi, chodziłem się badać. Przez wiele lat można było po prostu wejść z ulicy, zarejestrować się i już. A teraz? Dzwonię, a okazuje się, że najbliższy możliwy termin przypada na styczeń. Bez komentarza.

Trzecia rafa - zapisałem się na badanie USG w miejscowym ośrodku zdrowia. Konkretnie. Na 9 rano. 45 minut później miałem lekcje, więc zależało mi na konkretnej i w miarę wczesnej godzinie. Przychodzę 8:55. Okazuje się, że... jestem za wcześnie, przede mną jeszcze jeden pacjent, pani doktor przyjechała później, więc wszystko się przesunęło. 

Jak się wkurzyłem! Nic, absolutnie nic nie można w Polsce załatwić na daną godzinę. Nie po to umawiam się na taką a nie inną, by potem gnić w poczekalni i dzwonić do szkoły, że się spóźnię, bo pani doktor nie przyjechała na czas.

No wściekłem się i już.  

Na froncie szkoły jest też wesoło. Już pierwsze objawy zdartego gardła zaliczyłem. Ledwie w domu mogę mówić, gdy wcześniej przez bitą godzinę tłumaczyłem (skutecznie mam nadzieję) klasie, czym jest platońska filozofia Idei. Mojej klasie, osobistej, tłumaczyłem. Mili są i sporo się odzywają. Szczęściem, sensownie.

Za to wpadłem na rewolucyjny pomysł metodyczny. Muszę sobie zmajstrować koszulkę. Zwykłą koszulkę, która na plecach będzie miała nadrukowane istotne przedmiotowe treści. na przykład "Rodzaje narracji", "Podział środków stylistycznych", "Najważniejsze gatunki romantyczne."

Pisać będę na tablicy, a z moich pleców popłynie strumień informacji. 

Muszę tylko trochę przyłożyć się do kształtowania górnych partii mięśni - więcej się materiału zmieści.

I na koniec rodzynek - uczeń omawiając wiersz Tuwima "Wiosna. Dytyramb" zamiast określenia "choroby weneryczne" użył sformułowania "choroby wegetatywne."

I tym chorobowym akcentem kończę, tak jak zacząłem zresztą...

poniedziałek, 1 września 2014

Plankton

Nie piszę.

Nie piszę, mimo "moich" blogowych urodzin, Dnia Blogera i takich tam innych okoliczności. 

Zdrowie mi szwankuje. Od przeszło dwóch tygodni przeróżne niefajne rzeczy moje ciało mi prezentuje. Wygląda to jak rasowy pokaz multimedialny z opcją "BÓL" włączoną do pewnych niepokojących wartości.

(W takim stanie nie polecam korzystania z internetowych zasobów wiedzy dot. zdrowia. Można się poważnie zastanawiać, czy ma się mononukleozę, zapalenie stawu skroniowo-żuchwowego, wrastające gdzieś ósemki, zapalenie ucha środkowego czy inne malownicze  przypadłości...)

Kardiolog, neurolog, laryngolog, dentysta... Człek tylu profesjonalistów na swej drodze spotyka...

Nie straszyć Was już więcej?

Ok.

Ostatnio czytałem, że Polki rodzą coraz więcej dzieci. Mam prywatną teorię tłumaczącą ten fenomen. Każda chce zostać uznaną blogerką parentingową.

Wybaczcie czerstwy dowcip.

wtorek, 26 sierpnia 2014

I V

Z okazji czwartych urodzin MASZYNY DO PISANIA chciałbym podziękować Wam za obecność
 i wszystkie komentarze. 





Życzenia oraz materialne dowody uznania mojego trudu można składać w komentarzach.

Ściskam!

Bosy Antek

niedziela, 24 sierpnia 2014

Stalówką na dół

Znam ludzi, którzy uwielbiają zmiany. Jedni nie mogą usiedzieć na miejscu i wciąż szukają kolejnych atrakcji poza domem ("W domu to ludzie umierają" - mawiała moja koleżanka), nosi ich z kąta w kąt, a największym nieszczęściem jest stabilizacja, kanapa, na której można spokojnie posiedzieć i perspektywa spędzenia całego dnia w domu w swoim własnym towarzystwie. 

Szukają innych, nawiedzają znajomych, tropią imprezy "na mieście"...

Znam takich, co to już osiedli, przywykli do mniej nomadycznego trybu życia, ale wciąż generują spory chaos wokół siebie. Ich żywiołem są remonty, przemeblowania, przemalowywania kolejnych ścian na kolejne kolory, przewieszanie obrazów, przestawianie przedmiotów... 

Tak, znam takich. 

A że obiecałem sobie, że będę milszy dla bliźnich, nie posłużę się żadną barokową konstrukcją, by napisać, co o takich ludziach myślę. Powiem tylko jedno - za czasów PRL-u, który jednak pamięcią zagarniam, był w telewizji program pt. "Domator", który pokazywał, jak miło i spokojnie można spędzić czas w domu właśnie nie przeobrażając go w pobojowisko...

Cóż, ostatni tydzień taki pobojowiskowy miałem. 

Pojechałem do rodziców do Kalisza, by napisać scenariusz przedstawienia o pewnym świętym człowieku. Plus tego wszystkiego jest taki, że ma mi się za to nieźle zapłacić. Minus taki, że ów święty człowieka napisał 4 opasłe tomy pamiętników, na których miałem bazować. Ale, cóż, dałem radę. W 85% mam napisane.

Przeczytałem parę książek, wszedłem w zażyłe stosunki telefoniczne z pewną zakonnicą, która przysłała mi sporą część brakujących mi materiałów i jest. W 85%. 

Skończyłbym, gdyby nie pewna słabość, która nie wiem skąd się przyplątała - serce coś mi nierówno bije i mam (chyba powinienem napisać "miałem") zawroty głowy, które nie pozwalały mi normalnie funkcjonować. Czułem się tak, jakbym wciąż nosił za silne okulary. Rozumiecie, o co chodzi, prawda?

Dodam do tego remont kuchni. Ech, na fachowców czekaliśmy 1,5 miesiąca. Z tygodnia na tydzień przekładali swoje wizyty. A my zdążyliśmy nad morzem być, u moich rodziców być, a oni nic. Teraz, gdy wakacje się kończą i wypatrujemy początku roku szkolnego - oni przychodzą.

Na Jowisza! Ależ mamy burd..., przepraszam, bałagan w domu. Kuchnia rozryta, teraz pokryta betonem czeka na płytki. Salon mamy wypełniony 99 paczkami, z których fachowcy złożą nam nowe kuchenne meble. Kuchnię (polową) mamy w korytarzu... 

Nie wspominam już nawet o tym, całe podwórko mamy zawalone styropianem, workami cementu, piachem i bogowie wiedzą, czym tam jeszcze. No a panowie fachowcy mają swoje radyjko, którego słuchają tak głośno, by przekrzykiwało pracującą betoniarkę, i słuchają RMF-u. Boże...

Na dodatek Żona wyjechała na cały tydzień na szkolenie i od poniedziałku do piątku byłem słomianym tatą...

Ok, tak to wszystko wyglądało.

Na koniec jeden drobny epizodzik. Znaczący być może. W zeszły piątek musiałem już znaleźć się w szkole i pogadać z nauczycielami z mojego zespołu przedmiotowego. Takie drobne zebranko. Otwieram piórnik, wyciągam pióro, kładę na stole. Ono leży. Potrącam je, spada i ląduje precyzyjnie wycelowane stalówką w dół. Niemal wbija się w podłogę. Zostawia na niej kilka kropel czerwonego atramentu. Jak krew z martwego pióra.

Stalówka rozszczepiła się. W lewo i prawo.

Ofiara bóstwom szkoły złożona.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Werter, mój człowiek

Wiem, dobrze wiem, że "Cierpienia młodego Wertera" są jedną z najbardziej nielubianych lektur szkolnych. Pokolenia całe musiały czytać o przygodach aspołecznego, nadwrażliwego, smętnego młodzieńca, któremu niemal wszyscy czytelnicy życzyli śmierci od pierwszego wejrzenia.

Ja jednak nie znajduję mi bliższego bohatera. Nie, nie chodzi o romantyczną fatalną miłość, platoniczną, chorą, pozbawioną szans na realizację. (Chociaż sam takową w liceum i na studiach przetrawiłem i powiedziałem sobie "Nigdy więcej!").

Chodzi o coś więcej. 

W jakimś mądrzejszym omówieniu książki znalazłem zgrabną metaforę, która opisuje/tłumaczy przyczyny samobójstwa Wertera. "Odwaga rezygnacji." Za każdym razem, gdy pytam uczniów, jak rozumieją te słowa, padają słowa oskarżające Wertera o tchórzostwo.

- On nie powinien rezygnować ze swej miłości!
- Powinien znaleźć inną!
- Powinien olać swoich pracodawców!
- Mieć w nosie to, co myślą o nim inni!
- Poddają się tylko najsłabsi!

Taką oto litanię można usłyszeć za każdym razem. A ja wtedy wiem, że Werter miał jednak rację. Czasem największą odwagą, najsłuszniejszą drogą, jest rezygnacja z tego, o co się walczyło wcześniej do upadłego.

Nie, nie chodzi o popełnianie samobójstwa za każdym razem, gdy coś nam w życiu nie wychodzi. Chodzi o pokorę w stosunku do rzeczywistości, o szanowanie samego siebie, o odmowę wzięcia udziału w wyścigu...

Jak mnie znacie, kochani, to wiecie, że nigdy nie piszę takich teoretycznych blubrów bez jakiegoś podczepienia do życia. Mojego, osobniczego...

A więc co mnie strzeliło? Przeglądam internety, strony poświęcone pisarstwu, pisaniu, czytaniu i... Cóż, czuję, że już nie chcę. Już to nie moje. Nigdy nie będzie. Jeśli setki, tysiące osób, aspirujących do bycia pisarzem. Dziesiątki stron autorów, którzy marzą, fantazjują, mają niemal perwersyjne życzenia związane z pisaniem książek... Targowisko próżności, samozadowolenia, miłości własnej, rozbuchanych fantazji...

Wybaczcie emocjonalny wpis, ale po kolejnej podesłanej na skrzynkę mailową prośbie o recenzję "młodego zapowiadającego się autora", po kolejnym kontakcie z książką beznadzieją, w którą "autor włożył całe serce, by opisać trud dojrzewania i wchodzenia w życie społeczne", mam dosyć. 

I jeżeli sam też wzdychałem do bogini Fortuny, by zesłała mi wenę, życzliwego wydawcę i grono licznych czytelników, teraz powoli zaczynam się z tych westchnień wycofywać.

Zatem - czy chcesz zrezygnować ze swojego największego marzenia, bo inni marzą o tym samym?

Tak! Po stokroć tak!

Podobnie rzecz się ma z blogowaniem. Dziś jeśli nie zdajesz relacji z żywota swego na blogu. Jeśli nie polecasz, nie doradzasz, nie reklamujesz się, nie wygłaszasz głupkowatych opinii (mądrzejszych jeszcze wyrobić sobie nie umiesz), nie istniejesz w social mediach.  

Pal sześć, gdy piszesz o życiu, swoim, osobistym, prywatnym folwarku, którym zarządzasz tylko ty. Gorzej, gdy blog staje się nieznośnym, pretensjonalnym narzędziem służącym autopromocji. To gorsze, o wiele, od ekshibicjonizmu lub narcyzmu wszelkiej maści.

Zatem - czy chcesz zrezygnować z pisania bloga, bo inni też piszą?

...

środa, 13 sierpnia 2014

Kolaże nadbałyckie

O czymże dumać na bałtyckiej plaży,

skoro piąty rok z rzędu na niej słońce nas praży?

Wybaczcie ten rymowany wstępniak, ale nie dało się inaczej. Zainspirował mnie pewien sprzedawca kursujący regularnie po plaży i wołający: NALEŚNIKI WIELKIE JAK BYKI!

A skoro już jedzenie i plaża... Taki obrazek. Młoda mama, nawet kształty wzbudzające zainteresowanie, woła swojego synka. Chłopiec ma około pięciu lat.

- Chodź, no chodź na chipsa!!!

I wyciąga z torby całą paczkę Lay's... 

Może nie mam (już) kształtów greckiego boga ( a jeśli tak, to do Dionizosa mi najbliżej), to jednak uważam, że karmienie dzieciaków chipsami jest absolutnie karygodne. Dziwić się potem, że polskie pociechy należą do najszybciej tyjących w Europie? Zdziwienia zero, jak to mawiał mój kolega, gdy wychodził z kolejnego egzaminu z kolejną oceną niedostateczną.

A idąc w stronę wychowania - taki sen miałem. Autentyczny. 

Mam przed sobą książkę o ojcostwie. Książka poważna. Naukowa. Psychologia i tego typu gusła. Otwieram na przypadkowej stronie i czytam passus o roli ojca w... "Tytusie, Romku i A'Tomku." 

Żałuję, że sen trwał tak krótko... 

Z tak pięknego snu szybko budzi szpetota nadbałtyckich bud, straganów, tras spacerowych. Wiecie, o czym mówię - tryliony i tony obrzydliwych pamiątek, zabawek, dupereli, które nijak mają się do tego, czym miasto nad morzem powinno być. Kilometry kwadratowe obrzydliwych banerów, reklam, ogłoszeń...

I mój pomysł, nieco faszystowski, przyznaję, ale myślę, że w ciągu jednego sezonu problem by się rozwiązał. Zabroniłbym nad Bałtykiem handlu towarami, które nie są związane z regionem i nie zostały wyprodukowane w regionie. Koniec. 

Dyktator przemówił. I żadnego biadolenia o wolnym rynku i tego typu zabobonach.

A co sądzicie o tym cudzie? 


Park miniatur w Niechorzu. Latarnie morskie, okręt podwodny jeden i okręt nawodny drugi. W tle, za mną, miniaturowa replika katedry z Kamienia Pomorskiego. Z katedry dochodzą nawet miniaturowe dźwięki zapewne miniaturowych organów.

Padłem obok, leżę sobie jak Guliwer w tej krainie niedorzeczności... Wyobraźcie sobie, że odwiedzony przez nas park miniatur dumie głosi następującą nowinę: "Postawiliśmy trzy nowe repliki zbudowane za łączną sumę 600 000 złotych!"

Nie wiem, ale przyjmując nawet najprostszą metodę dzielenia przez trzy tej bajońskiej sumy, to i tak nam wyjdzie, że katedra, obok której spoczywam, postawiona została za około 200 000 złotych! 

Nie chcę marudzić, bo może nie czuję tych klimatów i w ogóle jakiś dziwny jestem, ale za dwieście baniek to ładne mieszkanie można kupić, wspomóc kogoś czymś a nie stawiać miniaturową katedrę z której wybuchają organowe akordy?

Nie wiem. 

I z tą niepewnością kładę się spać. Nie pisałem na komputerze od tygodnia i wszystko mnie boli.

Dobrej nocy.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Drobny problem

No i mamy problem. Problem się „chodzenie do kościoła” nazywa. A dokładniej „chodzenie do kościoła z dziećmi.”

Dopóki nie było dzieci w naszej rodzinie – u nas i na najbliższych gałęziach – wszyscy dość regularnie na niedzielne msze chodzili. Rzadko, od święta (nomen omen) zdarzało się, że ktoś kościół opuścił.

Dzieci zaczęło przybywać, czasu ubywać, niedziele w inne zupełnie koleiny wpadły. Kościół znalazł się na bocznym torze. I o ile byłem kiedyś w stanie walczyć do upadłego o „istotność” praktyk religijnych, tak z biegiem czasu coraz bardziej docierało do mnie, że ¾ religijności zdobywa się na drodze żmudnego notorycznego przyzwyczajania się do pewnego rytmu dnia/tygodnia/miesiąca/roku. Zaniedbywanie praktyki owocowało rosnącym przekonaniem o tym, że w sumie nic się nie zmienia – ilość moich wad i zalet jakoś nie uległa zmianie. Wiara, a raczej jej rytualne odbicie, przestały dotyczyć.



A dzieci? Skoro my nie chodzimy – ja z przekonania, że „niewiele mi to daje, taki czas przyszedł, fluktuacja, pewnie kiedyś się odmieni” – to jaki jest sens wdrażać dzieciaki w religię. Ok., Kalina ma 3 lata i jest kompletnie uodporniona na wewnętrzne bogactwa mszy. Ostatnio w Kaliszu w czasie jakiejś pieśni zaczęła tańczyć i śpiewać po swojemu. Kręciła piruety, ślizgała się na lśniącej posadzce. Wszelkie próby upominania jej kończyły się buntem, a karcenie jej ergo przeszkadzanie innym w prawidłowym odbiorze mszy, było kiepskim pomysłem. Wyszedłem z nią w połowie mszy i wróciliśmy do domu.

Z Tymkiem sprawa jest bardziej złożona – on kojarzy mszę z nudą (zrozumiałe), monotonią (zrozumiałe) i niejasnością (to jasne).

- Tata, ja z tego nic nie rozumiem, nie rozumiem – marudzi żałosnym głosem i muszę mu przyznać rację. Liturgia i jej warstwa słowna jest szalenie enigmatyczna. Dziecko ma w tym uczestniczyć? Przeżywać? Z zaangażowaniem odpowiadać?

- No to weźcie dzieciaki na jakąś mszę dla dzieci – proponują znajomi – Tacy podobno fajni księża są u was…

- No dobra – odpowiadam – A ile czasu na mszy przeznacza się na dzieci? 10 minut kazania? A reszta jest normalna, prawda?

- No tak…

Za dwa lata młodego czekać będzie pierwsza komunia. Po drodze kilkadziesiąt godzin katechizacji, bezpośrednio przez pierwszą komunią kilkadziesiąt godzin mszy, nauk dla dorosłych i dzieci, jakby nie można było tego skrócić do kilku prób i teorii w czasie lekcji religii w szkole.

Pytanie jednak brzmi – czy on w ogóle pójdzie do komunii? Skoro teraz z kościołem jest nam i jemu nie po drodze, to jakim cudem rzetelnie i uczciwie przygotowywać dziecko do sakramentu??? Pójść z nim, bo „jego cała klasa idzie”? Uczyć go od początku tej polskiej specjalności polegającej na tym, że mamy potężną reprezentację „niewierzących praktykujących”? Tego chcemy? Ścierać się z rodziną, której się w głowie nie pomieści, że „DO KOMUNII GO NIE POSYŁACIE???”

A z drugiej stronie – być może kiedyś będzie nam wyrzucał, że nie zadbaliśmy o jego rozwój duchowy???

Dylemat jest okrutny i nie wiem, jak z tej sytuacji wybrnąć. Pal sześć mnie, bo ja już się na straty spisałem na pewien czas przynajmniej. Inną kwestią jest dziecko. Na ile nimi dysponujemy. Na ile mogą realnie decydować o swojej ścieżce rozwoju…

sobota, 26 lipca 2014

Raport z opuszczonego miasta

Pisałem kiedyś wiersze. Dobre, złe i średnie. Większość z nich oskarżano jednak o hermetyczność. Opisywały one moje miasto. Nawet nie całe miasto. Jego jedną komórkę – moją ulicę i kilka krzyżujących się z nią innych ulic.

Nie było w niej niczego nadzwyczajnego. Niczego. Kiedy bywało się w świecie (ho ho ho) i widywało się dużo piękniejsze miasta, dzielnice i ulice, wołały one do mnie: „Jesteśmy piękne. Jesteśmy twoje. Weź nas…”

(Ech, chciałoby się tak mieć z kobietami…)

Jednak żadna strona świata nie potrafiła mi dać niczego więcej niż moja ulica.

Tak, jestem bardzo miejscowym szowinistą. Kiedyś, gdy niemożliwie męczyłem się z opanowaniem tajników jazdy samochodem, pewien instruktor postanowił dać mi niezły wycisk i objechaliśmy w czasie dwóch godzin niemal całe stutysięczne miasto. Podjeżdżamy do jednego z rond:

- Na rondzie skręcamy na Majków – komenderuje instruktor.
- Czyli gdzie? – pytam.
- W lewo – rzuca nerwowo mój przewodnik – Całe życie mieszkasz w Kaliszu i nie wiesz, gdzie jest Majków?!

Nie istnieje instrument badawczy, który zmierzyłby zdumienie siedzącego obok mnie człowieka, a ja nie chciałem się przyznać, że nie interesują mnie inne dzielnice. Mało gdzie byłem poza własną. Nie umiałem nawet znaleźć w sobie ciekawości innych miejsc.

Podobnie mam z ludźmi… Ech…

Mijam na ulicy kobietę. Po kilku chwilach orientuję się, że to moja koleżanka z podstawówki. Z jednej klasy. Nie poznała mnie. Ja ją z trudem. Wdzięczny jestem za takie spotkania.

Niech dalej zamieszkuje terytorium pamięci. Tę przestrzeń, z której rok po roku znikają fakty i daty, zamieniane przez fotomontaż fantazji i przypuszczeń. Lepiej mojej koleżance będzie właśnie tam. Zmieści się pomiędzy innymi, których kiedyś znałem i których zostawiłem lub zostałem przez nich zostawiony.

Przyjemnie pielęgnować to zmiennokształtne muzeum wspomnień i nie szukać pocieszenia w teraźniejszości ani w magicznym „tak to już jest”, które słyszy się za każdym razem, gdy uświadamiają człowiekowi, że nic nie zostało na swoim miejscu.

Rozmawiam z Mamą o znajomych (moich) z ulicy. Ten wyjechał, tamten we Wrocławiu, ten ma dziecko z kobietą, która już wcześniej miała jedno z innym mężczyzną.

- A ten, jak mu było… Oskar?

- Oskarek? – Mama zawiesza głos – nie za bardzo wiadomo, gdzie jest.

Brzmi to jak eufemizm. Umarł?

- Chyba świat zza krat ogląda – wtrąca się Ojciec – Chyba jakieś narkotyki? Nie wiadomo…

Wolę pamiętać Oskara inaczej. Mały chłopczyk, blondynek, biegający w ogrodzie za swoimi dwoma psami. Tak. Tak jest o wiele lepiej.

Wychodzę wieczorami na spacery. Znam na pamięć każdą pękniętą płytę chodnikową. Każde okno. Każdy komin. Rytm dachów, które wgryzają się w lipcowe niebo. Jestem u siebie. Czuję się gospodarzem. Czuję się jak Boryna z „Chłopów”, który przemierza pewnym krokiem swoją ojcowiznę.


Tak, pewnie i zamaszyście idzie. Ostry krok. Po piwo idzie do najstarszego nocnego sklepu.

Spod jednej z bram dwa psie pyski. Warczą i szczekają na nogi przechodniów. Za bramą na składanym plastikowym krzesełku siedzi stara kobieta w kwiecistym fartuchu. Narobiła się dzisiaj. Od dwóch tygodni nie padało a obok niej wije się gumowy wąż, z którego sączy się woda.

(Ok., wymyśliłem sobie tę kobietę. Co by było ładniej. Psie pyski autentyczne)

Mijam rzeźnika. Sklep, na którego wystawie tkwiła kiedyś uśmiechnięta figurka świnki w kolorze brudny beż. Sam rzeźnik miał dwójkę dzieci. Młodsza Marysia cierpiała pewnie na chorobliwą otyłość. Nikt w mojej podstawówce nie mógł uwierzyć, że można tyle zjeść, by tak się roztyć.

Jej starszy brat uśmiercił motor. Chłopak ważył chyba ze sto kilo i uwielbiał jeździć na swoim Simsonie. Kiedyś spróbował wjechać na pełnym gazie pod górę mojej ulicy. Motorower zajęczał straszliwie (podobny efekt dźwiękowy słyszałem potem tylko jeden raz – sąsiad kupił sobie wieprzka i po kilku miesiącach tuczenia urządził w swoim ogrodzie regularne świniobicie), zatrzymał się bez ducha i brat Marysi obalił się całym swoim ciężarem na bok.

Ulica jest zakurzona. Brakuje deszczu. Wiatru. Powietrze stoi w miejscu. Domy.

Sklep spożywczy. W zasadzie to, co z niego zostało. Ostatni bastion broniący się do samego końca przed inwazją kas fiskalnych. Grubawy sprzedawca zwany „Zajączkiem” lub „Krecikiem” – w zależności od upodobań kupujących. A więc „Zajączek” nie miał kalkulatora. Wszelkie niezbędne obliczenia, z reguły sumowanie kolumn cyfr lub mnożenie tychże, dokonywane były na olbrzymich płachtach papieru pakowego. Papier wyściełał całą ladę. Rachunki wyściełały kolejne i kolejne płachty. Gdy już brakowało miejsca na kolejne zapiski, „Zajączek” pierwszemu lepszemu klientowi zawijał całe zakupy w tenże papier i miał przed sobą nową, czystą, szarobeżową płaszczyznę.

Gdy sklep zamknięto – bankructwo? emerytura? – zdjęto szyld znad okna wystawowego. Ukazał się przedziwny widok – starte wyblakłe litery SKLEP KOLONIALNY.

Dziś zobaczylibyście szyld z napisem SOPHIE – markowa odzież z Zachodu. TOMMY HILFINGER, MARK O’POLO, CALVIN KLEIN…

Szybę zasłania płachta papieru pakowego z rytmicznie powtarzającym się logiem kolejnego egzotycznego producenta odzieży.

Wybraliśmy się na niedzielną wycieczkę łodzią – imitacją łodzi św. Wojciecha. Nasza miała potężny silnik, mogła więc płynąć pod leniwy prąd Prosny. Dziób rozdzielał wijące się pod powierzchnią wodorosty. Rzeka zarasta, przeczytałem kiedyś i zrozumiałem, że nie ma ani krzty przesady w tym stwierdzeniu. Zarasta kołysząc wodorostami, trzciną barykadującą dostęp do brzegów, brzegami porośniętymi zasiekami krzaków i drzew. 


Zarasta moja pamięć. Pracuje coraz wolniej. Mam dyplom z uniwersytetu zapomnienia, wymyśliłem sobie kiedyś.

Wypłynąwszy nieco poza miasto (choć administracyjnie to wciąż jego granice), czujemy się jak na wsi. Słychać pasące się krowy. Trzech mężczyzn w średnim wieku wskakuje do wody. Nie pływają. Stoją w niej po pachy i dyskutują jak rzymscy patrycjusze w marmurowych łaźniach. Czwarty z nich, najgrubszy, usiłuje zdjąć spodnie z trudem łapiąc równowagę – stoi na jednej nodze i długo szamoce się z nogawką długich spodni.

Pamiętam te czasy, gdy całe rodziny kąpały się w Prośnie. Był bród (nie brud), przez który czasem przejeżdżał wóz ciągnięty przez konie. Wielkie bydlęta uparcie deptały piaszczyste w tym miejscu dno.

Mijamy piętrową willę z czerwonej cegły. („Dom Kowalskiego” – mówi moja Mama, ale nie rozwija tematu, gdy pytam, cóż to za Kowalski). Wygląda na zdewastowaną, zrujnowaną posiadłość sprzed II wojny światowej. Dom nad rzeką, z którego dzień w dzień można gapić się na wijące wody, słuchać szelestu trzcin, czekać na odwiedziny nikogo, bo takich domów się nie odwiedza. One stoją. Tylko.


 Częściowo zasłonięty dzikimi bzem, otoczony stertami cegieł, ramy okienne w jeden stos, za podwórzu majaczy gołębnik. Szeroki balkon podparty filarami obrośniętymi bluszczem. Jest jakaś tajemnica w tym domu, jednak czar szybko pryska, gdy widzę, jak pod willę podjeżdżają na rowerach dwaj młodzieńcy. Trzymają papierowe torebki z McDonald’s…

Na brzegu rzeki krótki pomost, z którego skakałem kiedyś do wody. We wrześniu pani poprosiła nas, byśmy opisali swoje wakacje. Napisałem, że dużo pływałem i uczyłem się skakać na główkę. „Na główkę” wzięła pani w cudzysłów. Ocena niżej.

Ledwie przyjechaliśmy, a ja już do Mamy po prośbie. „Mama, zetniesz mi włosy?” Cóż ma zrobić? Wystawiam na podwórko taboret, granatową tkaninę zarzucam na ramiona i czekam aż na pierwsze cięcia nożyczek. Dużych, krawieckich.

Włosy spadają na ziemię, skąd porywa je wiatr. Brzuch mojej Mamy, gdy tak krąży wokół mojej głowy, ociera się o moje plecy, ramiona… To jest taka prywatna pieta. Żadnej śmierci w okolicy, żadnych ofiar z własnych dzieci.

Ojciec po zawale wyraźnie zwolnił – nie może niczego dźwigać, dużo spaceruje (choć upał mu nie służy), dużo poleguje czytając wszystko, co wpadnie mu w ręce. Mam podobnie. Biorę „Historie Niesamowite”, których czytelniczką jest moja Mama. Opowieści w stylu „Mam diabła za skórą” (o przynoszącym pecha tatuażu), „Lubieżny sędzia” (nawet nie pytajcie…) etc.

- Mama, a macie jeszcze jakieś te niesamowite historie w domu?

- Nie, wszystkie wydałam dalej.

- Kiedyś to były dużo lepsze opowiadania – wtrąca Ojciec – ten numer jest słabszy. A pamiętasz tę książkę „Demony Normandii” (Mastertona – dodam)? Albo te świadectwa ludzi, których porwało UFO? To się dopiero czyta! Człowiekowi się włosy na głowie podnoszą.

Raz byłem w pracy na nocnej zmianie. Czytam właśnie o tym wszystkim, a tu w pokoju obok jak coś nie huknie. Pół godziny się zastanawiałem, czy wchodzić tam w ogóle. W końcu wszedłem, a tam jarzeniówka spadła na podłogę.

- A ty myślałeś, że UFO pewnie? – pytam.

- Kto wie – dodaje Mama – może to UFO strąciło tę jarzeniówkę.

Co rano Synek budzi się i mówi: „Uwielbiam te dźwięki zza okna.” Szum oddalonej o pół kilometra trasy wylotowej na Częstochowę, monotonny dźwięk pociągów, dźwięk prześlizgujący się po tych wszystkich polach i sadach, z którymi sąsiaduje dom moich rodziców. Nawet pianie koguta, chociaż jesteśmy niemal kilometr od ścisłego centrum miasta.


Uświadamiam sobie, że Synek za dwa miesiące będzie miał sześć lat. Tyle samo, ile miałem ja, gdy zacząłem zbierać i zapamiętywać obrazy, które zapewne będą towarzyszyć mi do końca życia. Miałem sześć lat, gdy zacząłem zastępować Rodziców i cały świat samym sobą. 

sobota, 19 lipca 2014

Uzupełnimy stan...

...miasta Kalisza.

Ostatnio moje rodzinne miasto przestało nosić dumne imię stutysięcznej metropolii. Jest go mniej.

Jedziemy z dzieciakami do mich Rodziców. Do Kalisza właśnie.

Uzupełnimy nieco stan.

Ubyło dużo w pioruny, przybędzie 4.

środa, 16 lipca 2014

Mroczna sekwencja

Nie umiem, no nie umiem obojętnie przejść obok dziecka, któremu rodzice na chrzcie dość oryginalne imię nadali. Nie najlepiej to o mnie świadczy. Jakiś taki mało tolerancyjny wobec gustów rodaków jestem. Nie bijcie, ale już tak mam...

Nic dziwnego więc, że dziś, gdy byliśmy z dzieciakami nad jeziorem i usłyszałem głos wołającej z pomostu matki: "Lorenzo! Lorenzo!!", zamurowało mnie. Wypatrzyłem młodego Lorenzo i zacząłem się zastanawiać, jaką fantazję trzeba mieć, jakie filmy oglądać, by tak dać na imię chłopcu.

Jednak pokarało mnie. Błyskawicznie, powiedziałbym... Matka Lorenza zaczęła nagle wygłaszać jakąś rozbudowaną, pełną wykrzykników tyradę po... francusku! Wstyd mi się zrobiło. Może we Francji to imię jest równie naturalne jak nasz nie przymierzając Norbert czy Miłosz? Ech, głupi ja, głupi i ciemny. 

Młody Lorenzo, sześciolatek (sądząc po wyglądzie i budowie ciała), nie był jednak najgrzeczniejszym synkiem swojej mamusi. Woła go i woła kobieta, a ten siedzi w wodzie i ani myśli wychodzić na brzeg. W końcu matka sięga po najostrzejszą broń, jaką mają do dyspozycji rodzice. 

Zaczyna liczyć do trzech:

UN! DEUX!! TROIS!!!

Przy trzech chłopak już stał obok mamy, która skończywszy liczyć, kontynuowała niezrozumiałą dla mnie tyradę. 

Zaśmiałem się w duchu. My też liczymy. I też się sprawdza, przynajmniej w przypadku Tymka ("Mama! Nie licz! Nie licz!"). Następujące po sobie liczby niosą jakąś mroczną zapowiedź przyszłych kar, przynajmniej konsekwencji. A najlepsze jest to, że ten sposób przywoływania do porządku wydaje się być skutecznym i jawi się jako...hmmm... ponadnarodowy?

Ludzie na całym świecie, jak się uwalą na łące, żują źdźbła trawy. Jak siądą nad rzeką, wrzucają do niej coś, by porwał to jej leniwy nurt. Gdy siedzą przy ogniu, lubią w nim grzebać kijami. Taki zestaw uniwersalnych człowieczych, automatycznych niemal zachowań mi się zebrał. 

Dodaję teraz do niego liczenie do trzech, by uspokoić dziecko.

Dodam jeszcze, że powiedzonko o kimś, kto do trzech zliczyć nie umie, nabiera nowego wymiaru. 

Będzie miał kłopoty z dyscyplinowaniem dzieciaków.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Gryzonie w mojej zonie, o nie

Stało się. Obiecaliśmy dzieciakom zwierzątko, więc trzeba będzie dotrzymać słowa. Nie ma zmiłuj...

Zapewne gdzieś pod koniec wakacji zjawi się w naszym domu... No właśnie. Mnie, jako fanatyka kotów, nie trzeba przekonywać, jakie zwierzę domowe jest najodpowiedniejszym towarzyszem życia inteligentnego człowieka. Bardzo długo też Tymek myślał podobnie - kot, kot i tylko kot. 

Pierwsze rysy na tej niezłomnej pewności pojawiły się, gdy Synkowi uświadomiłem, że małe koty uwielbiają się bawić, a zabawa często kończy się podrapanymi rękami i nogami.

- Tata, koty są głupie - wypalił Tymek, który ma baaaardzo niski próg odporności na ból. Najdrobniejsza ranka, skaleczenie, otarcie kończy się kilkuminutowym spazmem. A ja wciąż pamiętam z dzieciństwa swoje wiecznie poharatane ręce, gdy z moimi kotami ćwiczyłem dżudo i karate. 

Nastał więc szał na gryzonie - chomiki, świnki morskie, myszoskoczki... Powoli czuję się ekspertem w temacie, bo już kilka książeczek a propos Tymkowi przeczytałem. Wiem, na co chorują, co jedzą, ile żyją, ile śpią trzymane w domu gryzonie. Wiem też, że są nieprawdopodobnie głupie, nie ma z nimi kontaktu i nie można w jakikolwiek sposób nawiązać kontaktu.

Mój znajomy miał królika. Mieszkając w bloku tylko na takie zwierzątko mógł sobie pozwolić. Skubany w ciągu jednego dnia poprzegryzał mu kable łączące głośniki z wzmacniaczami, przewód antenowy i Bóg wie co jeszcze. Królik, tyle powiem.

Inny znajomy zaserwował taką oto brutalną anegdotkę o białej myszce:

Miałem kolegę, którego synek, przedszkolak, miał białą myszkę. Bardzo się lubili. Chłopiec z myszką rzecz jasna. Pewnego dnia myszka coś osłabła. Nie chciała chodzić, jeść, spała-nie spała. Chłopiec w płacz, że myszka choruje.

Jadą do weterynarza, znajomego taty chłopca z chorą myszką. Weterynarz przygląda się myszce, bierze ją w ręce i zaprasza do gabinetu ojca chłopca. Chłopiec zostaje w poczekalni. 

Wewnątrz weterynarz ukręca łepek myszce ("nic już z niej nie będzie"), bierze z wiwarium inną białą myszkę i mówi:

"Powiedz synkowi, że myszka już jest zdrowa."

Cóż...

Dziś Tymek odwiedził koleżankę-posiadaczkę świnki morskiej. Bawili się (z) nią ponad godzinę. Po powrocie Synka mówię:

- Tymek, idziemy do wanny! Brudny jesteś jak ziemia święta.

- Tata, od dzisiaj jestem chomikiem. I nie mam na imię Tymek tylko Fifi.

- No ale to jakieś takie imię dla dziewczyny...

- No to mów mi Pufek.

czwartek, 10 lipca 2014

Właściwa proporcja

Na fundamencie najnowszej fascynacji moich dzieci. Fascynacji owadami.

Bawię się z Kaliną. W pewnym momencie Córa bierze jakąś książeczkę i zaczyna mi nią machać przed nosem.

- Kalino, co ty robisz? Muchy przeganiasz?

- Nieeee - odpowiada przeciągając końcówkę wyrazu.

- No bo tata nie jest przecież muchą, prawda?

- Nie - potwierdza zdecydowanym głosem - tata jest za mały na muchę. Tata jest żukiem gnojakiem.

środa, 9 lipca 2014

Wewnętrzny głos


W zeszłym tygodniu zabrałem Synka i Córkę na dwa koncerty rockowe. Powiem tak - niech się schowają te wszystkie Openery i inne burżuazyjne imprezy. My poszliśmy na dwa darmowe, korzenne, nieoszlifowane sety.

Najpierw w piątek poszliśmy posłuchać grającego obok tutejszego Zamku zespołu Centrala 57. Klasyczny skład - wokalista z gitarą robi dobre wrażenie, showman i jajcarz; basista długowłosy odpowiada za mroczny klimat (tatuaże, długie pióra), perkusista, ciut za wysoki dla zestawu perkusyjnego, z jakim musiał sobie radzić.

Chłopaki dawali radę. Publika siedząca w ogródku piwnym (publiczność) reagowała. Napoje wyskokowe rozluźniły niektórych, więc nawet refreny się chóralnie powtarzało.

Siedzieliśmy z Tymkiem na trawie. Synek klaskał, kiwał głową do taktu. Generalnie - pozytywny odbiór.

Nazajutrz koncert nad jeziorem. Cotygodniowy "sparing" dwóch kapel z powiatu/województwa. Młodzi, gotowi rzucić na kolana świat (lub powiat) artyści. Najlepsze było to, że przed koncertami działała "Akademia młodego rockmana." Dzieciaki mogły sobie pograć na prawdziwej, działającej i podłączonej do głośnika gitarze elektrycznej. Obok stała akustyczna. Jeszcze bardziej obok miły zestaw perkusyjny.

Gdy Tymek z Kaliną zobaczyli te cuda, oczy im się zaświeciły i już - młody łoił na przesterowanym fenderze, a młoda tłukła w bębny. Mi została gitara klasyczna, chociaż czułem, że to trochę niesprawiedliwe, bo ja chciałem grać na perkusji...

Niemal pokłóciłem się z Żoną, która uważała, że powinienem ustąpić innym dzieciom miejsca przy tych wszystkich instrumentach, bo nie jestem już "młodym rockmanem."

Nie ma sprawiedliwości na świecie...

Synek całą drogę do domu piszczał, że chce mieć swoją gitarę, że w Lidlu na pewno jakaś jest do kupienia, że on już umie doskonale grać. W domu cały dumny oznajmia babci:

- Babcia! Nie wiedziałem, że w ciągu jednego dnia człowiek może nauczyć się grać na trzech różnych instrumentach. Na bębnach i dwóch gitarach!

Następnego dnia mieliśmy z Tymkiem nagrywać płytę. Tak, nie przesłyszeliście się. Mamy mikrofonik, komputer, płyty czyste. Nagramy się na komputer. Kilka piosenek. Wypalimy płytę i będziemy sprzedawać razem z lemoniadą (o lemoniadzie napiszę innym razem).

Jednak gdy młody usłyszał swój własny zarejestrowany głos (pierwszy raz w życiu), zwątpił.

- Nie, tata, nie nagrywamy.

- Dlaczego?

- Bo mam bardzo głupi głos...


poniedziałek, 7 lipca 2014

Schizmka

Wiem, wyjdę na hienę żerującą na cudzym życiu, ale trudno, popiszę się. 

Idę ulicą. Mijam pewną około sześćdziesięcioletnią damę, która w kwiecistej paraduje środkiem chodnika. Na szyi pobłyskuje jej medalik z Matką Boską i większych rozmiarów krzyżyk. Coś mnie tknęło, więc zwolniłem kroku i ... słyszę, jak damę tę zaczepia kobieta wychodząca z urzędu pocztowego.

- Halo, pani Krysiu, halo - woła rówieśnica naszej bohaterki - Pani Krysiu! Muszę pani coś powiedzieć...

Zatrzymałem się i zacząłem udawać, że piszę sms-a. Wiem, niskie, ale nie mogłem inaczej. Nos blogera "życiowego" mnie nie zawiódł. 

- Słucham - odpowiada pani Krysia grzecznie.

- Wiem pani... Nie wiem, jak pani to powiedzieć, ale te pani modlitwy, które pani w kościele zostawia. Wie pani które. Te co to jedną trzeba 30 razy odmawiać, a drugą 50 razy... To te modlitwy są złe. Nie wolno.



Nie pytajcie, jak to się skończyło. Poszedłem sobie. Pani Krysia szybko ruszyła za mną. Gdy się obejrzałem, szła uśmiechnięta. 

piątek, 4 lipca 2014

Zły harmonogram

Jaki koń boży byłem taki jestem. 

Sprawdzam ostatnio w Internetach, kiedy wywożą śmieci z naszej ulicy. Śmieci posortowane, posegregowane jak ustawa nakazuje (chociaż sortować nienawidzę). Mam - 3 lipca. Ok, myślę sobie, rano wystawię, bo i tak mnie dzieci o 6:00 budzą, więc zdążę. 

Budzę się. Ubieram w jakieś zgrzebne lumpy i lecę po worki wypełnione makulaturą, plastikiem, szkłem. Wystawiam to wszystko przed bramę i cały zadowolony idę w miasto po świeże bułki, jakieś mięsko na kanapki i ser. Ale coś mi nie gra, coś mi nie pasuje... Jeszcze nie wiem co.

Wracam po 20 minutach do domu. 

- Kubły wystawiłeś? - pyta Żona.

- Segregowane wystawiłem...

- Ale dziś też zwykłe, z kubłów, zabierają.

No ładnie. Wybiegam na ulicę. Patrzę, a wszystkie kubły sąsiadów puste. "O w mordę misia!" - myślę subtelnie i przeklinam własną głupotę.

Puszczam się w pogoń za śmieciarką i po 10 minutach doganiam ją.

- Będziecie panowie jeszcze przejeżdżać (nazwa mojej ulicy)?

Gruby jegomość w jaskrawym kombinezonie analizuje i analizuje sytuację, by stwierdzić, że mam wystawić kubły na ulicę Poznańską, bo tamtędy jeszcze dziś nie jechali. Ok, nie stać mnie na komfort czekania dwóch kolejnych tygodni z niewyrzuconymi śmieciami.

Chcąc, nie chcą idę po dwa ciężkie, wypchane do granic możliwości kubły. Wlokę więc jeden po drugim przez kilkaset metrów po wyboistych chodnikach,  przechodzę przez ulicę, przeciskam się przez rozryte remontem rynku okopy. Wyglądam zaiste komicznie. Jak z czeskiego filmu. Lub z jakiejś nieudanej etiudy Polańskiego - zamiast "Dwóch ludzi z szafą" "Człowiek z dwoma kubłami."

Szczególnie dramatycznie wyglądałem na tle ogromnego krzyża, który wisi na pobliskim budynku. Tu potężny uniwersalny symbol, pod spodem ja - baran, który źle sprawdził harmonogram wywozu śmieci.


Morału tradycyjnie się nie spodziewajcie. A może jeden, malutki - firma, która nam remontuje rynek i okolice, firma, która rozgrzebała całe malutkie centrum mojej mieścinki i zmusiła autobusy, by zatrzymywały się dokładnie przed moimi oknami...

A więc ta firma zbankrutowała i szykuje się kolejny przetarg, który ma wyłonić kogoś, kto domknie prace.

Polska.

środa, 2 lipca 2014

= Wielka Szalona Miłość Pod Słońcem

No dumny jestem. A jeszcze bardziej dumny Tymek. Nauczył się w końcu jeździć na rowerze. Jeździć, czyli samodzielnie zatrzymywać się, zsiadać z roweru, a co najważniejsze-startować. Teraz, gdy idziemy do parku czy na promenadę, można go puścić przodem (nie trzeba za nim biec, jak jeszcze parę tygodni temu, gdy krzyczał: "Tata! Łap mnie! Nie umiem się zatrzymać!"), a on jedzie i jedzie, i jedzie... Zatrzymuj się i jedzie z powrotem.

Sukces taki na początku wakacji.

Na promenadzie od czasu do czasu zatrzymujemy się, żeby usiąść. Na jednej z ławek Tymek zauważył napis:

A J  +  L K = L O V E

- Tata, co to znaczy?

No więc tłumaczę, że ktoś kto ma takie inicjały kocha kogoś, kto ma takie inicjały.

- Ale dlaczego to jest napisane na ławce?

- No widzisz... Nie powinni tego pisać na ławkach. To jest niszczenie.

- Tata - zaczyna Synek oburzony - To jacyś wandale chyba! Jak ja bym się w kimś zakochał, to bym wiesz jak napisał?

- Nie.

- Wziąłbym farbę i bym na chodniku napisał, a nie na ławkach ani nie na drzewach.

No więc jak gdzieś kiedyś na chodniku zobaczycie jakieś wyznanie miłosne, to wiecie już, kogo można podejrzewać.