wtorek, 17 grudnia 2013

Długi nudny polonistyczny wpis

Co trzy lata staję się kolejno – poganinem, potem ogarnia mnie teocentryzm, bym za chwilę wpadł w ramiona antropocentrycznej wizji świata, potem gardzę wszystkim jako podłą marnością świata, potem świeci mi żarówka Rozumu, którą za chwilę zgasi romantyczny podmuch z zaświatów, dalej już z górki – raz pracuję w pocie czoła, potem przestaję wierzyć w jakikolwiek sens czegokolwiek… I tak w koło Macieju…

Co parę miesięcy kolejne klasy poznają nowe epoki (literackie), a żegnają się z innymi. Starujemy od antyku, by dowlec się w klasie maturalnej aż do naszej kulawej współczesności. A ja co parę miesięcy muszę rewidować wizje świata, jakimi wcześniej częstowałem młodych. W średniowieczu muszę wiarygodnie trąbić o Bogu w centrum świata, w renesansie muszę rzetelnie obalać założenia wcześniejszej epoki. W oświeceniu peany na cześć Rozumu wygłaszam i twierdzę, że Rozum to całkiem niezła lampa wskazująca nam drogę w życiu. Po chwili romantyzm ze mnie bije jak z zepsutego hydrantu, znajduję kolejne dowody na to, że Czucie dużo lepiej nadaje się na narzędzie poznawcze.

Rozumiecie? Nie mogę być wiarygodny, bo co chwilę zmieniam front, optykę, światopogląd… Aż dziw bierze, że żaden uczeń jeszcze nie zadał pytania: „To jak to w końcu jest? Która epoka była najbliżej prawdy o świecie?” Nie wiedziałbym, co powiedzieć.

Zawsze przypominam sobie pewną zabawną okoliczność, z jaką miałem do czynienia na trzecim roku polonistyki. W środy (bodajże) mieliśmy do zaliczenia dwa wykłady prowadzone przez dwóch wybitnych specjalistów. Najpierw pojawiał się profesor P. i opowiadał o rozwoju powieści realistycznej, a po krótkiej przerwie na katedrę wchodził profesor L. i zaznajamiał nas z obliczami poezji młodopolskiej.

Krótka przerwa dzieliła te dwa wykłady, a my w ciągu 10 minut pokonywaliśmy, nie ruszając się z miejsca, cały wszechświat literatury polskiej XIX wieku. I mówię Wam, nikt z Was nie pomyliłby się, gdybym zapytał, który z naszych bohaterów „w jakiej epoce żyje.” Profesor P. elegancki, dopięty, ogolony, wyprostowany, wysoko podbródek, profil „rzymski.” Profesor L. z brodą czarną, z dłuższymi włosami zaczesanymi na łysiejącą czaszkę, ubranie za luźne, gesty rozrzucone, wzrok rozbiegany. Tak, oni „żyli w swoich epokach”, „swoimi epokami.”

A ja? Hmmm… Gdybym  chciał być wiarygodny, nosiłbym na sobie togę, na którą narzuciłbym czarną pelerynę, na nogach średniowieczne ciżmy, w oku monokl a la Słonimski, koszula (na togę zarzucona) z obowiązkowym szerokim kołnierzem Słowackiego…

Jednak strój to jednak małe piwo (bezalkoholowe, wszak o pracy piszę…). Pomyślcie sobie o tych wszystkich bohaterach lektur. Łatwo NIE BYĆ Kordianem-nieudacznikiem lub Konradem-narwańcem. Łatwo NIE BYĆ Judymem, który (głupek) wolał pracę od kobiety, i Edypem – bagatelka, zabił ojca i sypiał z matką. Tak, są drażniący główni bohaterowie i łatwo wykazać, że coś jest nie tak z nimi, że potrzebują lepszych drogowskazów moralnych, bo wybierali źle lub gorzej, więc łatwo ich oskarżać, mierząc współczesnymi kryteriami moralnymi.

Ale już ciężko mi wiarygodnie skrytykować takiego Ziembiewicza (zdradził żonę, kochance zrobił dziecko, na żonę zrzucił odpowiedzialność za losy nienarodzonego dziecka). Nie, nie fantazjuję o tym, by być na miejscu bohatera „Granicy”, ale jego słowa o tym, że „człowiek może być tylko sobą” brzmią tak, że podpisałbym się pod nimi prawą i lewą ręką. To jedno z moich najgłębszych przekonań, a tymczasem muszę skrytykować taką postawę jako śliską moralnie i w sumie (ponoć) skrytykowaną przez samą Nałkowską.

A nie wierzę, że można być kimś więcej niż sobą. No nie wierzę…

Wiem, że ten wpis pewnie skończy się Waszym ziewnięciem, bo pewnie szkoły już pokończyliście, a lektury zamazują się już w Waszej pamięci, ale ja postanowiłem sobie w słowa ubrać to, o czym ostatnio myślałem.


Ubrałem. Poście, możesz iść między ludzi i wstydu mi nie przynieś!

5 komentarzy:

  1. W sumie Cię rozumiem. Ja też, żeby wypaść wiarygodnie, utożsamiałem się z bohaterem. I tak raz mówiłem o świecie Idei, w którym u podstaw wszystkiego leży twardy fundament (bo jak tu inaczej opowiadać o Platonie) a raz tłumaczyłem, że wszystkim rządzi przypadek i wyśmiewałem wszystkie wielkie narracje. Trochę się tym przejmowałem, że tak niby sam sobie przeczę, ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja nie jestem księdzem katechetą. A im bardziej przekonujący będę przy okazji tych różnych (jak bardzo różnych!) opowieści, tym więcej wątpliwości zasieję, zmuszę do myślenia, może do własnych poszukiwań a o to mi przecież chodziło.
    I tyle.
    Ty też nie jesteś księdzem katechetą przecież, też powinieneś uczyć krytycznie myśleć a nie odkrywać jakąś Jedną Wielką Prawdziwą Prawdę.Gdybyś to próbował robić, to byś dopiero wypadał mało wiarygodnie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, prawdy o świecie nie trzeba szukać w szkolnej literaturze pięknej. Nawet nie wolno. Owszem, są książki, w których ona jest, lecz w polskiej szkole nie zwraca się na nie uwagi. U nas tłucze się frazesy. Ględzenie w oderwaniu od rzeczywistości. Chociaż... nie jestem na bieżąco, może się mylę, może już nie wałkuje się Konrada Wallenroda, niech imię jego będzie zapomniane. A czytanie Idioty Dostojewskiego, Anny Kareniny, albo książek Zygmunta Baumana to chyba za wielkie wyzwania dla młodzieży.
    Zatem mielisz te epoki, przerabiasz, wtłaczasz do głów, skutkiem czego absolwent uzyskuje w głowie coś w rodzaju salcesonu z kaszanką. Sens musi sobie z tego wyekstrahować później, jeśli potrafi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, mnie się w ogóle wydaje, że życia to najlepiej uczy życie samo. A literatura jest w końcu częścią życia, prawda?

      Jakaś tam prawda o życiu jest w tych lekturach - w "Lalce", w "Granicy", w "Ferdydurke", w "Dżumie" może... Nie uogólniałbym, ale fakt - dużo przebrzmiałych nut, fałszywych tonów, frazesów...

      Bosy

      Usuń
    2. A byli tacy - Bachtin, Kundera... - co twierdzili, że jest coś takiego, jak 'mądrość powieści'. I że ona więcej może wnieść refleksji, niż wszystkie razem wzięte podręczniki etyki. Bo lektura ma nie tyle uczyć o jakiejś prawdzie, co pobudzać wrażliwość. Pokazywać przykłady, choćby i fikcyjne, i na nich czegoś uczyć.
      Czyli człowiek myślący niekoniecznie życia musi się uczyć z życia (własnego) i na (własnych) błędach. Literatura też może być lekcją, byle ją dobrze wyłożyć. Tę lekcję.

      Usuń
  3. Jest coś w ludziach, że jak czegoś nie zobaczą to nie uwierzą. I jest też ich chęć i pęd do ciągłych zmian, a już na pewno niechęć do czytania o tym. Zamiarem moim był wydźwięk zabawny wręcz groteskowy bo w ogromie pracy i "problemów dnia" znajduję chwilę, żeby zajrzeć do życia osób na blogach. I widzę światy przedziwne i piękne. Piękne jest to, że są jeszcze ludzie, którzy upatrują wartości moralnych w literaturze. To coraz rzadsze zjawisko... Twój post wywołał we mnie falę refleksji i chylę czoła, czyta się wybornie!

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.