poniedziałek, 4 listopada 2013

Portret rodziny zlaicyzowanej

- Kurcze - mówię do Żony wczoraj znad talerza pierogów - nie myślałem, że tyle ludzi dzisiaj tu będzie.

Żona uśmiecha się tylko z politowaniem, kolejny raz nie wierząc w moją naiwność.

- Przecież dzisiaj normalna niedziela - mówi - w piątek było święto.

Tak, myślę sobie, normalna niedziela, gdy nie można znaleźć miejsca parkingowego przed poznańską IKEĄ, gdy w lejącym deszczu ludzie pokonują czasem dziesiątki kilometrów, by się przejść po dwupoziomowym OGROMNYM sklepie z meblami, najeść się tanio (obiad dla czterech osób kosztował nas około 30 złotych), pogonić się z dzieciakami labiryntami szaf, kanap i foteli...

Cóż, myślę sobie, zlaicyzowaliśmy się szybciutko. Myślę tak o sobie też, o mojej rodzinie. O mnie samym, który jakoś średnio widzi różnicę pomiędzy grupowym wyjściem do kościoła (czego nie robimy) a na ten przykład wyjazdem do ZOO lub do jakiejś galerii handlowej (każdorazowo w celu jakimś - tu buty na zimę, tam kurtka dla Synka etc).

A nawet, powiem uczciwie, w ZOO głębsze interakcje zachodzą, bo rozmawiamy ze sobą, tłumaczymy coś sobie, zwierzaki na nas łypią i jest o czym rozmawiać w drodze powrotnej. 

Nie dziwi mnie więc fiasko obywatelskiego projektu zakazującego handlu w niedzielę. Nie dziwi fakt, że autorom nie udało się zebrać wymaganych 100 tysięcy gotowych niczego nie kupować i niczego nie sprzedawać. I nawet wydaje mnie się, że wielu z tych, którzy by chcieli tego zakazu, i do kościoła, i na zakupy w niedzielę pójdą.

Czyżby jakieś wnioski? Podsumowanie? Ależ skąd! Po prostu taka drobna obserwacja. Być może to smutne, że błyskawicznie uciekamy z "aury dnia zadumy" w błyszczącą i pachnącą przestrzeń oswojonej "typowej niedzieli."

Ale tylko "być może," bo bardziej być może, że następuje na naszych oczach typowe przesilenie, przewartościowanie, że rozrywka a nie zaduma są ludziom bardziej potrzebne. A może my zawsze tacy byliśmy? Wierni, ale z małymi wyjątkami? Jak lawa? Z wierzchu sucha i plugawa? Wewnątrz gorący jak kartofle wygrzebane z popiołu?

Może ta nasza podwójność polska jest czymś na stałe i na zawsze naszym? Rozpięci między rytuałem a swobodą. Między kościołem a karczmą?

Nie wiem. I bardzo dobrze, że nie wiem. W sumie.

17 komentarzy:

  1. Myślę, że większość z nas akceptuje tę dwoistość.
    Bywają gorsze rzeczy, jak choćby katolik piorący przy sobocie żonę i dzieci, pijący itp., ale w niedzielę grzecznie u spowiedzi i sakramentu itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę. To kwestia dostosowania się do środowiska przy jednoczesnym minimalizowaniu strat własnych.

      pzdr

      Usuń
  2. Zdarza mi się w niedzielę iść na zakupy chociaż staram się tego unikać. Kiedyś pracowałam we wszystkie niedziele, w zamian poniedziałki miałam wolne, a Synuś był malutki ( 4 miesiące). Panie w marketach pracują na zmiany, więc cały ten krzyk, że zaniedbują rodziny jest trochę przesadzony. Wszystko można pogodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się staram tego unikać w niedzielę jak mogę, chociaż... Ech, czas przeszły. Unikałem. Teraz to zobojętniało, niestety.

      pzdr

      Usuń
  3. Staram się zawsze zrobić zakupy w sobotę, niedziela jest na odpoczynek, spotkania ze znajomymi i mszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sobota jest okrutna z zakupami. jak nie zrobię rajdu po sklepach przed godziną 8 rano, to potem umieram w kolejkach.

      pzdr

      Usuń
  4. Nie ma co się smucić. Trza pogłówkować co zmienić, by i do Kościoła się chciało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Auroro, tylko silna wola. A ja mam tak słabą silną wolę.

      Usuń
  5. Pewnie, że nie ma się co smucić. Prawda jest taka, że jesteśmy za biedni na to, by w weekendy wypoczywać sobie w Barcelonie. Spacer po supermarkecie jest rozrywka Polaka. Przyjemne z pożytecznym. Wreszcie można zrobić zakupy bez pośpiechu. Po co walczyć z tym, co jest naturalną potrzebą większości z nas?
    Przeżywanie mszy niedzielnej jest za to potrzebą mniejszości, wiec większość chodzi do kościoła "bo się chodzi", a potem do sklepu.
    Jeśli chodzi o religijność to akurat nie jesteśmy jak lawa, tylko odwrotnie. Z zewnątrz udajemy pobożność, odprawiamy rytuały na pokaz, a w środku mamy to w dupie. Na szczęście. Gdybyśmy byli naprawdę wierzącymi i serio praktykującymi katolami, to dopiero byłby koszmar. Boże broń! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że tak samo było z naszym stosunkiem do komunizmu. Z wierzchu czerwoni (w większości) i na pochody i na akcje społeczne się chodziło w wolne soboty. A potem przy wódeczce w gronie kanapowych opozycjonistów się krzyczało: "Precz z komuną!"

      Tak, masz rację.

      Usuń
  6. W niedzielę do Ikea nikt mnie nie zaciągnie, wiem czym to pachnie, oprócz zapachu szwedzkich klopsików rzecz jasna. Święto miałam bardziej w sobotę w Zaduszki, bo Wszystkich Świętych traktuję z przymrużeniem oka, żadnych świętych nie znam i szczerze wątpię w ich istnienie. A w niedzielę byłam na cmentarzu zasłużonych Wielkopolan. Polecam, przyjemne i piękne miejsce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izo, to muszę ten cmentarz odwiedzić. Najlepiej w środku tygodnia. Nie w niedzielę. A cmentarze lubię. Tylko pogrzeby mniej.

      pzdr

      Usuń
  7. Sam sobie odpowiedziałeś na pytanie - u nas taka tradycja, wyjście na mszę zawsze wiązało się z późniejszą wizytą w karczmie. Może to i dobrze, utrzymywać proporcje między tym co dla ducha a tym co dla ciała... i ducha (bo przecież rytuał niedzielnego relaksu na ducha również pozytywny ma wpływ, jak Twoje ZOO).
    Osobiście się cieszę, że pomysł zakazu handlu w niedzielę nie został zrealizowany. Przeżył bym oczywiście, gdybym nie mógł w niedzielę zrobić zakupów, ale byłoby to ograniczenie, niepotrzebne. Narzucone większości przez lekko fanatyczną grupkę. Nie mam zwyczaju odwiedzać galerii handlowych z okazji niedzieli, ale nie mam też nawyku robienia zakupów na zapas, więc w niedzielę wyskakuję do pobliskiego Lidla po coś na obiad, podobnie jak w inne dni. Dobrze, że mi nie odebrano takiej możliwości.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli zakazać handlu w niedzielę, to zoo też zamknąć! Dlaczego kasjerka w Tesco ma mieć lepiej niż kasjerka w zoo? ;-)

    Nie robię zakupów w niedzielę, bo mogę sobie na to pozwolić - mieszkam w mieście, wykonuję wolny zawód i mogę się rzucić na centra handlowe rano w zwykły dzień. Ale co mają zrobić osoby, które pracują do 16.30 codziennie? Mają robić zakupy przez internet? Oferta spedzania czasu "rodzinnie" w weekendy jest w miastach zbliżona do zera. Zwykli Kowalscy nie widzą innych możliwości, więć pędzą do galerii na spacer z dzieći!
    Nie chcę bronić ani jednej, ani drugiej opcji, ale widzę, że po każdej z nich są "plusy dodatnie i plusy ujemne"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda. "Nieruchoma" niedziela... Tego sobie nie wyobrażam.

      A co do ofert "rodzinnych" - znów zgoda. Ok, weźmy taki Poznań. Niby sporo się dzieje, ale... No właśnie. Ile razy możesz jechać do Zoo (zwłaszcza zimą), pochodzić po muzeach, a nawet szwendać się po starówce?

      Usuń
    2. Wczoraj się dowiedziałam (ale mówię ci to szeptem, tak żeby inni nie usłyszeli!!), że w zoo w Poznaniu zamieszkały niedźwiedzie! Więc w najbliższy weekend warto dzieciaki zapakować w samochód i... Tylko błagam, nie mów nikomu, bo nie zniosę tłumu przed klatką ;-)

      Usuń
  9. Zgadzam się z Kaliną. Jak dać wolne to wszystkim, dlaczego tylko tych kasjerek w sklepie wszyscy się uczepili. A Zoo, restauracje, bary, itp.
    Tyle że za tym pójdą pewnie zwolnienia z pracy.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.