sobota, 23 listopada 2013

Dyzio S.

Dziś imieniny Teścia, dziadka moich pociech. Dzieciaki rzecz jasna trzeba było poinstruować, co by ładne laurki narysowały, elegancko się ubrały i "Sto lat!" zaśpiewały. Wszystko wypaliło, nawet fajerwerk na torcie (tort i sztuczne ognie raczej się z urodzinami kojarzą, ale Tymek miał frajdę iście piromańską z faktu podpalenia wyżej wymienionego, więc czemu nie?). Uroczyście było do tego stopnia, że Synek wpadł na pomysł, by swojego ulubionego pluszowego psa również odświętnie udekorować. Najpierw chciał mu zrobić krawat papierowy, ale powstrzymałem go:

- Poczekaj, mam coś lepszego - mówię i idę do szafy, by otworzyć Kartonowe Pudło, W Którym Trzyma Się Wszystko, Co Nie Pasuje Gdzie Indziej. Wyciągam z niego krawat. Cudaczny, baśniowy, turkusowy z powtarzającym się psychodelicznym motywem słońca.

- To mu założymy - informuję i wiążę ten krawat psu. Żeby było zabawniej, węzeł wyszedł mi całkiem niezły, chociaż gdybym chciał samemu sobie krawat zawiązać, pewnie by się prędzej na nim powiesił. 

Tak wyelegantowany psiak poszedł z nami świętować i delektować się iście hedonistyczną atmosferą - ten tort, ta kawka... 





Mnie natomiast przypomniała się historia związana z tym krawatem. Kiedyś, w odległej przeszłości, gdy liceum miało jeszcze 4 lata, a na studiach wyższych nie znalazłby się nikt, kto nie umiał czytać i pisać, zbierałem takie dziwaczne krawaty (koszule hawajskie też zbierałem, ale o tym innym razem). Plądrowałem bliższe lub dalsze lumpeksy, by wygrzebać perełkę, w której mógłbym błysnąć i oślepić płeć przeciwną.

;-)

A więc proszę ja Was paraduję w tym krawacie (resztę garderoby też mam) po korytarzach Instytutu Filologii. Wchodzę na zajęcia z literatury XX wieku. Od kilku tygodni wałkujemy przedział "okupacyjny", ten Baczyński, Gajcy i cała reszta morowych chłopaków. Zajęcia poważne, ale moim towarzyszom siedzącym w ostatniej ławce humory dopisują.

- W czasie wojny pokolenie Kolumbów stanęło wobec wyboru - za co chwycić: za pióro, czy za pistolet?

Kolega dopowiada konspiracyjnym szeptem:

- James Bond nie miałby takiego problemu. Widziałem, jak w jednym odcinku miał strzelający długopis.

Czujecie, prawda? Takie mniej lub bardziej udane dowcipasy...

No więc wchodzę na zajęcia. Siadam w ostatniej ławce. Zaczynamy. Profesor oznajmia, że dziś, zgodnie z zapowiedzią, będzie wyjątkowo poważnie, bo o holocauście przyjdzie nam rozmawiać. Cisza. Chyba nie tylko dlatego, że jako grupa coś się średnio przygotowaliśmy.

Mija połowa zajęć. Wystarczył jeden. JEDEN mój jakiś dowcip, którym rozbawiłem kumpla i wywołałem parsknięcie śmiechem. Profesor wstał, przyjrzał mi się, zeskanował wzrokiem i rozpoczął miażdżącą tyradę przeciwko mojej postawie, mojemu krawatowi (tak!), mojemu pojmowaniu powagi problemu. Zostałem nazwany Swawolnym Dyziem (proszę sprawdzić w "Ludziach bezdomnych" Żeromskiego, cóż to był za ancymonek) i przesadzony do pierwszej ławki.

Do końca roku kisiłem się tuż obok pulpitu profesorskiego, ubrany adekwatnie do powagi zajęć i rozpracowywanych tekstów. W życiu nie byłem grzeczniejszy. Pamiętałem doskonale, u kogo miałem zdawać egzamin...

Tu widzicie, jak mniej więcej zapamiętałem siebie z tamtych heroicznych czasów. Dziś większość prostych linii musiałbym zaokrąglić, a czoło zaorać zmarszczkami doświadczenia i mądrości...



2 komentarze:

  1. Tekst o Bondzie pierwsza klasa :)
    Portret bardzo zgrabnie narysowany, tylko czoło odrobinę za niskie, by zmieściły się na nim zmarszczki... eeee... jak to powiedziałeś? Aha, doświadczenia i mądrości :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czoło mi urosło, a może włosy się cofnęły? Nie wiem, sam nie wiem...

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.