niedziela, 13 października 2013

With a little help from my Teściowa

Od połowy zeszłego tygodnia przeżywałem wyjazd Żony na kilkudniową wycieczkę w Góry Stołowe. Pojechała razem ze swoim gronem nauczycielskim, a ja zostałem z dzieciakami. 

Na początku bagatelizowałem sprawę, a nawet dworowałem sobie z całej sytuacji. Mówię na przykład w szkole:

- Oglądajcie uważnie TVP Info w weekend. Jak usłyszycie, że młody mężczyzna spod Poznania trafił do szpitala dla baaaaaardzo nerwowo chorych, to będę ja.
 - Jaki młody? Jaki młody? - zaśmiała się koleżanka i tyle wyszło z moich prób wyłudzania współczucia.

Prawda była taka, że nieco się bałem. A co? Bałem się, bo ponad dwie okrągłe doby, noce i dnie z dwójką małych dzieci (jedno dopiero co wyszło z choroby) mogły się okazać ponad moje siły. A już na pewno ponad moje nerwy. 

Wciąż myślałem, co im zrobię... To znaczy, jak zorganizuję im czas, co będziemy robić w sobotę, w niedzielę. Różne warianty - z pogodą lub bez pogody w tle. 

Najbardziej oczywiście obawiałem się sytuacji, gdy nagle Tymkowi lub Kalinie przypomni się, że jednak gdzieś tę Mamę swoją mają i "A kiedy będzie mama?" będę słyszał co 10 sekund. Okazało się, że mądre te dzieciaki mamy, bo wystarczyło im raz powiedzieć, jak się sprawy mają, by uciąć wszelkie tęsknoty. 

1:0 dla mnie.

W sobotę Poznań odwiedziliśmy. Ja jeden. Duże miasto. Dwójka dzieci. Ogromna galeria handlowa w centrum. I...daliśmy radę. Pociechy usłuchane, grzeczniutkie, posłuszne. To chyba więc prawda, że dzieci instynktownie czują, że zajmuje się nimi tylko jeden dorosły i muszą się pilnować - nie ma zmiłuj.

Jeden duży minus tej eskapady był taki, że kolejny raz miasto Poznań potwierdziło swoją brzydotę i brud. Przejść się ponoć reprezentacyjną prostą od Starego Browaru do Rynku oznacza kontakt z wszelkiej maści patologiami - architektoniczną, społeczną, estetyczną...



Odrapane mury, bazgroły na ścianach, wciskająca ulotki studenteria, zaszczane bramy, krzykliwe papuzie w ubarwieniu reklamy, sklepy z notorycznymi przecenami...

Taka scenka - siadamy na jednej z nielicznych ławek. Obok grupka bezdomnych. Rzucają mięsem, kurwują, aż uszy więdną, a ja tu z dziećmi, które przeglądają akurat książeczki, które im kupiłem. Nagle do bezdomnych podchodzi jakiś ubrany w dres młodzieniec, coś wykrzykuje, jakieś zaprzeszłe pretensje i ...cios w nos bezdomnego. Głowa tamtego tylko lekko odskakuje, ale z nosa puszcza się krew.

Jakiś przechodzień reaguje. Kawał chłopa, więc może reagować bez obaw. Dresowy tłumaczy, że ten bezdomny ostatnio papierosy chciał od niego wyłudzić. Do dresowego podchodzi kobieta w dresie, starszawa, i mówi:

- Chodź, synek, tamten już dostał.

Odchodzą. (Czujecie klimat stolicy Wielkopolski?) 

A ja zabieram dzieciaki i Bogu dziękuję, że mogę żyć w malutkim miasteczku, gdzie patologia i barbarzyństwo w mikroskopijnych ilościach występują. Gdzie nie boję się wieczorem wyjść z dziećmi na spóźniony spacer.  

Tyle dygresji.

Kończy się niedziela. Pociechy w łóżkach. Cały dzień znowu ze mną. Stacjonarnie, bo mży od rana do wieczora. O dziwo, nawet udało mi się sprawdzić 3/4 sprawdzianów jednej klasy, więc jestem i z siebie, i z dzieci dumny. Rzecz jasna miałem do pomocy jeszcze Teściową (nie, nie sprawdzała sprawdzianów z "Cierpień młodego Wertera"), ale starałem się jej nie angażować za bardzo. Wiecie, ambicja...

Jutro przedszkole. Wraca Żona. Ufff...

I tylko nie mówcie, żebym nie chwalił dnia przed zachodem słońca, bo słoneczko już dawno zaszło.

12 komentarzy:

  1. U nas, w Krakowie podobnie...też brudno (gołębie), też pełno menelstwa i dresiarzy...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mieszkam w dużym mieście, ale wcale nie odczuwam tego na co dzień. Dla mieszkańców wielkiej aglomeracji miasto składa się z mnóstwa małych miejsc, które są oswojone, znajome i nieobce. Poruszamy się utartymi ścieżkami, spotykamy na nich znajome twarze, mamy swoje okoliczne sklepiki, stacej benzynowe, place zabaw...
    Zwróć uwagę, że w weekendy pod centrami handlowymi dominują "nieautochtoniczne" rejestracje... My traktujemy centra handlowe jak zło konieczne. Zakupy robimy tam z konieczności, najchętniej w dni robocze przed południem, bo nie ma wtedy tłumów...
    Jeśli ktoś lubi wielkie watahy ludzkie to duże, błyszczące, tętniące życiem miasta są dla niego. Ale jeśli lubi spokój, nieduże społeczności, znajome miejsca to też w mieście się odnajdzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, teoretycznie się zgodzę. Ale co mają zrobić ludzie, którzy na przykład w pobliżu centrum takiego na przykład Poznania mieszkają? Lub dzień w dzień tam krążą?

      Skąd wielkie plany rewitalizacji środkowych partii miasta (w całej Polsce mysli się o tym, co zrobić z umownym centrum miasta, które gdzieś się pogubiło w momencie przenoszenia się ludzi na obrzeża)?

      Jest coś na rzeczy, skoro ludziom się nie podoba to, jak wyglądają wizytówki ich miast.

      Usuń
    2. Nie chcę do upadłego bronić miast, ale też nie uważam, że są tylko sieldiskiem brudu, smrodu i degrengolady. Mnie się Poznań podoba. Obok katedry są takie miejsca, w których zimą, gdy spadnie pierwszy śnieg, można znaleźć biegające po wąziutkich uliczkach duchy Mieszka i Chrobrego :-) Na Jeżycach można się nabawić bólu karku od zadzierania głowy i oglądania tych wszystkich cudów na fasadach budynków... Oczywiście, że jest też Półwiejska, Głogowska i Garbary, które mogłyby być natchnieniem dla Zoli... Ale tak jest wszędzie - plusy fruwają obok minusów ;-)

      Usuń
    3. Kalina dziękuję za to co napisałaś :)
      Kocham Poznań takim, jaki jest - "za i pomimo". Tak mi się trochę przykro zrobiło po tym wpisie, choć - niestety, zdaję sobie sprawę, że patrząc na Poznań jako całość można widzieć głównie brud i chaos. 10 lat temu wyprowadziłam się 20km za P-ń (do męża, który dostał tu pracę) i nie ma dnia bym nie żałowała :( Nie znoszę tej małomiasteczkowej zawiści, plotkarstwa i wścibstwa; dopiero tutaj zobaczyłam co to patologia: alkohol, gromada dzieci mamusiek wystających pół dnia pod blokiem, ciągłe okradanie siebie nawzajem, śmieci wszędzie, latające luzem "pańskie" psy. Brak akceptacji inności, granicząca momentami z agresją. Nigdy, mieszkając w mieście, nie bałam się wieczorami sama siedzieć w domu jak tutaj - przestałam dopiero, kiedy przygarnęliśmy znajdę amstaffkę a później drugiego amstaffa - były już dorosłe, sąsiedzi bali się ich ("bo, pani, w telewizji gadali!..")i nienawidzili. grożono otruciem, sąsiad nawet próbował zabić nam psa grabiami, kiedy te pod naszą nieobecność zostały same na ogrodzie! Fakt, że mieszka tu wiele osób zamożnych, ale wszelkie sprawy załatwiają w P-niu: wyjścia, większe zakupy, rozrywkę. Tu nawet nie ma gdzie pospacerować... też się jeździ dalej. Ale część rdzennych mieszkańców... (przepraszam, że uogólniam) umysłowe prostactwo, brak ciekawości świata, ćwierćanalfabetyzm. Szczytem rozrywki są festyny i imprezy w remizie, a w weekendy - tłumy agresywnych i pijanych wylegających z jedynej dyskoteki, specjalizującej się w techno i disco-polo, bójki na noże i ciągłe interwencje policji. Tutaj po zmroku wychodzę TYLKO z dwoma psami, w Poznaniu nigdy się nie bałam. Dla mnie ta miejscowość to wszystkie wady dużego miasta skumulowane na niewielkiej przestrzeni + brak zalet: komunikacji miejskiej (a i podmiejska nie powala na kolana), parków, porządnych sklepów, niewiele miejsc pracy. Ma tylko jedną zaletę, którego brak miastu: życie raczej jest tu nieco tańsze. Uff, wyżaliłam się ;) Zapewne są też i cudowne małe mieściny, tak, jak i zalety i piękne miejsca mają wielkie miasta :) (nawet Poznań ;) )
      Pozdrawiam A.

      Usuń
    4. Och, dziękuję za ten emocjonalny i szczery wpis. Dziękuję i współczuję sytuacji, "atrakcji." Ja też mieszkam 20 km od Poznania, w malutkim miasteczku. I widzę, że mam szczęście.

      Faktycznie - stężenie patologii w małych mieścinkach bywa porażające.

      Ja na szczęście nie doświadczam tego wszystkiego u "siebie." Komunikacja dobra, park ogromny, dobre biblioteki, sklepy... Może mi się poszczęściło?

      Sam pochodzę z Kalisza. Średniego miasta. I powiem Ci tak - im większe miasto (a żyłem w Poznaniu 6 lat), tym gorzej się w nim czują tacy ludzie jak ja. Mnie bardzo przeszkadzał hałas, tempo, ruch tysięcy osób, o które się ocierałem. Nieustające życie obcych ludzi. Wolę swojskość. Tubylczość.

      Ale to już chyba taka moja patologia.

      pzdr ciepło

      Usuń
    5. No tak mi się troszkę wylało goryczy z serca ;) Zazdroszczę miejscowości :)
      Polska jest pięknym krajem i - na szczęście, coraz szybciej rozwijającym, mentalnie i gospodarczo. Do tego coraz więcej mieszczuchów przeprowadza się za miasto tworząc wokół siebie piękne, czyste i zadbane małe miejscowości, do których faktycznie z przyjemnością wraca się po wielkomiejskim zgiełku. Wokół P-nia znam kilka takich, łączących zalety miasta i wsi w niemal doskonałą mieszankę.
      Jeśli chodzi o mnie, to wniosek jest taki: ktoś o mentalności totalnego mieszczucha nie powinien przeprowadzać się w pobliża starych popegeerowskich osiedli, ponieważ zderzenie tak kontrastowo różnych podejść do świata może boleć, nawet bardzo! Gdyby nie to, może centrum mojego miasteczka zyskałoby więcej w moich oczach?

      Mój połówek kochany też pochodzi z (dużo) mniejszego niż P-ń miasta, w P-niu kilka lat pomieszkiwał (kilka dni/ tyg.), później przeprowadził się w obecne miejsce, kilka lat przed ślubem. Kiedy czytam twoją wypowiedź widzę, że prezentujecie podobny typ: M. widzi przede wszystkim korki, spaliny, hałas i tłumy, nienawidzi dużych sklepów i Centrów H. :) Dobrze czuje się w małym, dobrze znanym środowisku z niewielką, ale sprawdzoną grupą ludzi. No, cóż... "widziały gały, co brały" ;)
      Przyznam szczerze, że te 10 lat temu z niedowierzaniem słuchałam ludzi, którzy moją tęsknotę za miastem kwitowali stwierdzeniem, że NIGDY PRZENIGDY nie zamieszkaliby w P-niu. Wydawało mi się to takie niezrozumiałe i nieprawdopodobne, ha ha :D Na szczęście starość ;) przyniosła mi nieco więcej rozumu i zrozumienia świata.

      Dziękuję za wyrozumiałość, Tomku. Bardzo lubię Twój blog, a ten wpis, jakoś dziwnie mocno poruszył mój (nieco już zaśniedziały długą banicją) lokalny patriotyzm ;)

      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie A.

      Usuń
  3. Chciałam napisać, ale Kalina mnie wyręczyła. A reprezentacyjna prosta przy Browarze to najpaskudniejsza ulica. Omijam :)
    P.S dzielny ojciec, brawo! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ byłes dzielny! mam nadzieję, że małżonka cię doceni ; )

    OdpowiedzUsuń
  5. Aleś zrobił reklamę Poznaniowi...
    Ta ulica przy Browarze nie jest reprezentacyjna, ona po prostu jest przy Browarze (nie Browar przy niej) i wygląda, jak wygląda. Przypadek.
    Gdzie spotkałeś tych meneli i dresiarzy? Tam?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, na samym początku Półwiejskiej. Tak się zakotłowało, chociaż nikt nie zwrócił na to wszystko uwagi. Widać to normalka...;-)

      A co do reprezentacyjności - samo miasto Poznań chciało zrobić z Półwiejskiej zrobić przeciwwagę dla Galerii Handlowych z obrzeży miasta. Jak widać niewiele się dało zrobić.

      Usuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.