środa, 30 października 2013

...gdyby cię znali naprawdę..."

670 postów. Około. Tyle razy coś się odkrywało, obnażało, poddawało pod ocenę, rozwagę innych. Niemal 700 razy opisywałem coś, co było kawałeczkiem mnie. Drobinką. Okruchem tego, jak patrzę na świat.

Zdarzało się, że kogoś rozdrażniłem, zdenerwowałem, moje poglądy, dość jednoznaczne w paru kwestiach, dość płynne w kilku innych, mogły jednych do mnie przekonywać, innych odstraszać. 

Co można dalej? Pytam się, bo męczy mnie to. Co można dalej, będąc blogerem? Coraz bardziej się obnażać? Coraz głębiej sięgać do tych pokładów, poglądów, wydarzeń, o których dotąd milczałem? Gdzie będzie granica ekshibicjonizmu? 

To w końcu nie jest poezja. Pisanie wierszy. Przecież nie strzelę (sobie) jak Czesław Miłosz wiersza takiego:

Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis

Moje uszy coraz mniej słyszą z rozmów, moje oczy słabną, ale dalej są
nienasycone.

Widzę ich nogi w minispódniczkach, spodniach albo w powiewnych tkaninach,

Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno.

(...)

Nie, na podobną uczciwość rzadko kogo stać i rzadko komu na dobre wychodzi takie obnażanie się. 

Zawsze uciekałem szybciutko z blogów, na których piszący rozdrapywali swoje rany, epatowali potrzaskaną psychiką, wypruwali sobie publicznie flaki. Nie chciałem się w to mieszać. Zawstydzało mnie to. Czułem się niezręcznie, słuchając czyjejś spowiedzi.

Ale może tylko to zostało? Komuś, kto niemal 700 razy się odsłonił?

Nie wiem.

Wiem, że nie mam butów na zimę, a w grupie przedszkolnej mojego Synka dzieciakom hurtowo wypadają zęby. A Kalina chce się zapisać na karate. I to by było na tyle typowo blogowego wpisu. 

Na koniec zdjęcie. Od czapy zupełnie. Nie w temacie. Ale podoba się...


wtorek, 22 października 2013

Samotność - cóż

Samotność - cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?  Tak grzmiał Konrad w Wielkiej Improwizacji i tym samym wygłaszał najczystszą z możliwych apoteozę indywidualizmu, fundamentu bycia geniuszem.

Tak...

Tymek ostatnio lubi, jak mu się czyta wieczorem książkę o zwierzętach domowych. Zdumiewająco precyzyjną i bogatą w szczegóły opowieść o życiu i losie kotów, psów, papug, świnek morskich i chomików.

Okazuje się, a nie wiedziałem, że chomiki lubią samotność, ale jednocześnie są skłonne do zabawy i czasem hałaśliwe.

Gdy Tymek to usłyszał, stwierdził:

- Mama, a ja ja jestem jak taki chomik, prawda?
- A dlaczego tak ci się wydaje?
- No popatrz - zaczyna tłumaczyć - ja też jestem czasem hałaśliwy, bardzo lubię się bawić. No i w przedszkolu jestem takim samotnikiem. I w domu też jestem sam...
- Jak to w domu jesteś sam? - zaniepokoiła się Żona.
- No mama nie wiesz? - dziwi się Synek - Ja, gdy się tak ZAEKSPERYMENTUJĘ to tak, jakby mnie nie było. Sam jestem wtedy...

Sami widzicie - Samotność - cóż po ludziach, gdy się jest chomikiem...

piątek, 18 października 2013

Wierzcie lub nie

Tydzień się kończy. Ciężki tydzień, bo i pogoda się popsuła, i "Dziady cz. III" w szkole omawiam i nie mogę się powstrzymać, by nie wyobrazić sobie Konrada walczącego w Wielkiej Improwizacji z Bogiem i Konrad ten miałby twarz naszego ex-trenera reprezentacji piłki nożnej Fornalika... 

Nie pytajcie mnie, dlaczego - podświadomość wieje kędy chce...

Trudne miałem poranki, bo dzieciaki budziły przed 6 rano, trza je było wyprawić do przedszkola, skąd ciężko było je wczesnym popołudniem odbierać, bo Kalina zaczęła pokazywać rogi. Nie słucha pań, wylewa (specjalnie) wodę lub herbatę na siebie, ewentualnie na stoliczek. W czasie leżakowania chodzi zasypiającym dzieciom do łóżeczek, budzi je. Wspina się na meble. Rysuje kredką po ścianach. Panie skarżą. Ja się pytam Córy:

- Powiedz mi, dlaczego jesteś niegrzeczna?
- Bo lubię.

I gadajcie tu z taką...

Podłą miałem historią ostatnio. Możecie wierzyć lub nie. Ale jak dobrzy z Was ludzie, to uwierzycie.

Siedzę na przystanku. Po kilku ładnych godzinach starć w niesprzyjających warunkach atmosferycznych (ciśnienie spadało, w głowie ćmił ból głowy)  czekałem na autobus, który miał mnie bezpiecznie zawieść do domu. Mam parę minut. Wyciągam książkę z torby, lokalizuję ostatnio przeczytany fragment i zaczynam czytać. Tak naprawdę usiłuję czytać... Literki się rozmywają. Kurde! Nie wziąłem okularów ze szkoły. Ja nie mogę... Ale jestem idiotą? Gdzie ja je mogłem zostawić? Na moim stole? Nie, tam bym ich nie odkładał. Za duży tam bałagan, nie, nie... Może w jakiejś klasie? Parę razy zdejmowałem, przecierałem oczy, więc może w jakiejś klasie leżą? Kurde, tego mi brakowało! Patrzę na zegarek - mam trzy minuty do autobusu. Może zdążę? Może autobus się spóźni? Lecę. Bieg przez ulicę. Wpadam między bloki, widzę już budynek szkoły. Nagle czuję, że coś uwiera mnie w nos. Dotykam. Okulary.

Jakby się zmaterializowały. Możecie wierzyć lub nie.

A inna historyjka? Ech, Polska, myślę sobie. Wychodzę popołudniem do sklepu. Mam dobry humor. Usłyszałem w radiu wesołą skoczną piosenkę. Przyczepiła się melodia, więc gwiżdżę ją sobie, a trzeba Wam wiedzieć, że gwiżdżę dość dobrze, podejrzewam nawet, że mam do tego talent.

No więc gwiżdżę sobie całą drogę do sklepu. Wchodzę z gwizdem między półki, gdzie docierają do mnie słowa kasjerki. Kobieta mówi do klienta, na tyle głośno, żebym słyszał:

- A moim zdaniem gwizdać to można w lesie...   

niedziela, 13 października 2013

With a little help from my Teściowa

Od połowy zeszłego tygodnia przeżywałem wyjazd Żony na kilkudniową wycieczkę w Góry Stołowe. Pojechała razem ze swoim gronem nauczycielskim, a ja zostałem z dzieciakami. 

Na początku bagatelizowałem sprawę, a nawet dworowałem sobie z całej sytuacji. Mówię na przykład w szkole:

- Oglądajcie uważnie TVP Info w weekend. Jak usłyszycie, że młody mężczyzna spod Poznania trafił do szpitala dla baaaaaardzo nerwowo chorych, to będę ja.
 - Jaki młody? Jaki młody? - zaśmiała się koleżanka i tyle wyszło z moich prób wyłudzania współczucia.

Prawda była taka, że nieco się bałem. A co? Bałem się, bo ponad dwie okrągłe doby, noce i dnie z dwójką małych dzieci (jedno dopiero co wyszło z choroby) mogły się okazać ponad moje siły. A już na pewno ponad moje nerwy. 

Wciąż myślałem, co im zrobię... To znaczy, jak zorganizuję im czas, co będziemy robić w sobotę, w niedzielę. Różne warianty - z pogodą lub bez pogody w tle. 

Najbardziej oczywiście obawiałem się sytuacji, gdy nagle Tymkowi lub Kalinie przypomni się, że jednak gdzieś tę Mamę swoją mają i "A kiedy będzie mama?" będę słyszał co 10 sekund. Okazało się, że mądre te dzieciaki mamy, bo wystarczyło im raz powiedzieć, jak się sprawy mają, by uciąć wszelkie tęsknoty. 

1:0 dla mnie.

W sobotę Poznań odwiedziliśmy. Ja jeden. Duże miasto. Dwójka dzieci. Ogromna galeria handlowa w centrum. I...daliśmy radę. Pociechy usłuchane, grzeczniutkie, posłuszne. To chyba więc prawda, że dzieci instynktownie czują, że zajmuje się nimi tylko jeden dorosły i muszą się pilnować - nie ma zmiłuj.

Jeden duży minus tej eskapady był taki, że kolejny raz miasto Poznań potwierdziło swoją brzydotę i brud. Przejść się ponoć reprezentacyjną prostą od Starego Browaru do Rynku oznacza kontakt z wszelkiej maści patologiami - architektoniczną, społeczną, estetyczną...



Odrapane mury, bazgroły na ścianach, wciskająca ulotki studenteria, zaszczane bramy, krzykliwe papuzie w ubarwieniu reklamy, sklepy z notorycznymi przecenami...

Taka scenka - siadamy na jednej z nielicznych ławek. Obok grupka bezdomnych. Rzucają mięsem, kurwują, aż uszy więdną, a ja tu z dziećmi, które przeglądają akurat książeczki, które im kupiłem. Nagle do bezdomnych podchodzi jakiś ubrany w dres młodzieniec, coś wykrzykuje, jakieś zaprzeszłe pretensje i ...cios w nos bezdomnego. Głowa tamtego tylko lekko odskakuje, ale z nosa puszcza się krew.

Jakiś przechodzień reaguje. Kawał chłopa, więc może reagować bez obaw. Dresowy tłumaczy, że ten bezdomny ostatnio papierosy chciał od niego wyłudzić. Do dresowego podchodzi kobieta w dresie, starszawa, i mówi:

- Chodź, synek, tamten już dostał.

Odchodzą. (Czujecie klimat stolicy Wielkopolski?) 

A ja zabieram dzieciaki i Bogu dziękuję, że mogę żyć w malutkim miasteczku, gdzie patologia i barbarzyństwo w mikroskopijnych ilościach występują. Gdzie nie boję się wieczorem wyjść z dziećmi na spóźniony spacer.  

Tyle dygresji.

Kończy się niedziela. Pociechy w łóżkach. Cały dzień znowu ze mną. Stacjonarnie, bo mży od rana do wieczora. O dziwo, nawet udało mi się sprawdzić 3/4 sprawdzianów jednej klasy, więc jestem i z siebie, i z dzieci dumny. Rzecz jasna miałem do pomocy jeszcze Teściową (nie, nie sprawdzała sprawdzianów z "Cierpień młodego Wertera"), ale starałem się jej nie angażować za bardzo. Wiecie, ambicja...

Jutro przedszkole. Wraca Żona. Ufff...

I tylko nie mówcie, żebym nie chwalił dnia przed zachodem słońca, bo słoneczko już dawno zaszło.

sobota, 12 października 2013

Drogi Przyszły Ja,

jeżeli odbierasz ten list jako właściciel małej wysepki na Morzu Śródziemnym, jest dobrze. Ale jeżeli wciąż jesteś nauczycielem, a dzieciaki jako tako rozumieją Twoją pokrętną filozofię przedmiotu, Twoje fascynacje, Twoje głupawe żarty, też jest dobrze.

Mam nadzieję, że jesteś zdrowy. I mam nadzieję też, że zarzuciłeś głupawy pomysł laserowej depilacji twarzy, która miałaby Cię uwolnić od mąk golenia zarostu.

Mam nadzieję, że Twój Synek jakoś sobie radzi w szkole, nie boi się nowego miejsca i znalazł w końcu odpowiadających mu kolegów. Mam też nadzieję, że Córka w drugim roku chodzenia do przedszkola zaczęła w końcu słuchać pań.

A jak tam Twoje dwie rozgrzebane powieści, którymi masz zyskać sławę i uniezależnić się finansowo od budżetu państwa? Masz je w końcu skończyć! Bo jak nie, to w ryj!

Trzymaj się!

Mam nadzieję (co ja z tą nadzieją wciąż???), że po prostu dobrze Ci się żyje. I jeżeli nawet nic nie osiągnąłeś, to przynajmniej nic nie straciłeś.

Pzdr

Tomek 

PS
Jeżeli byście chcieli wysłać samym sobie podobny list, wejdźcie tu 

niedziela, 6 października 2013

Kim ostatnio byliście?




Ja? Ostatnio romantyczny kochanek, co dwa razy samobójstwo popełnił. 

Prywatny detektyw z alternatywnego świata. 

I podmiot (w sumie podmiotka liryczna) pewnego nagrodzonego zbioru wierszy. 

Ale coś nudna kobita była...

A Wy?

czwartek, 3 października 2013

Jak szybko zwiększyć wartość samochodu

Wychodzę ze szkoły. Na chodniku grupka maturzystów. Chłopaki. Komentują samochód kolegi, którym właśnie będzie wracał do domu.

- Niezły wóz, co? - mówi jeden, pokazując na auto.
- Eeee, a gdzie tam... - drugi wydaje się być nieprzekonany - Ja mam lepszy.
- Tak? A on ma dziewczynę w środku.

środa, 2 października 2013

Na co chłopaki czekają?

Z okazji poniedziałkowego Dnia Chłopaka koleżanki z pracy podarowały nam, panom (nielicznym) zestaw taki - bombonierka + roślinka. Taka roślinka:



Kaktus symbolem może być wieloznacznym - albo to aluzja do zarostu notorycznie odrastającego (ja akurat szczególnie się kłaniam i wiecznie nieogolony chodzę, wybaczcie, nieogolony też piszę te słowa), albo do naszych kolczastych charakterów, albo w ogóle miła odmiana, bo co to za przyjemność raz na rok dostawać kwiaty, prawda?

W każdym razie kaktus wylądował na parapecie obok łóżka Tymka, a ten ma go podlewać (nie za często) i oczywiście dbać o tę? roślinę? kwiat?

- Kwiat? - zastanawiamy się z Żoną - przecież kaktusy kwitną. Rzadko, ale kwitną. A może to co innego? Trzeba się spytać znawców.

Zgodziłem się, bo co jak co, ale rośliny i w ogóle kwiaty nie fascynują mnie ani trochę i nie zamierzam zgłębiać na własną rękę tego w 1000% obcego mi świata. 

No więc pytam w szkole:

- Co to jest ten kaktus? Kwiat?

Odpowiedź padła konkretna:

- Kwiat to mylne pojęcie. Upraszczające. Kwiat to przecież CZĘŚĆ rośliny służąca do celów rozrodczych. A ten kaktus to roślina. Po prostu. Tak jak człowiek to człowiek.
- Czyli - przekładam na swój humanistyczny antropomorfizujący wszystko sposób - Ludzie to rośliny, a kwiaty to... włosy.... Nie! Źle mówię! 
- Kwiaty to narządy służące celom rozrodczym. No, oczywiście zależy kto co tam ma.

- Krótko mówiąc - wtrącił się kolega, podsumowując tę porcję wiedzy z biologii - wciąż czekamy na kwiaty.